Polacy muszą się mieć na baczności. – „Poszukiwaczy i kolekcjonerów ściga w Polsce aparat III RP z jej chorą mentalnością rodem z PRL, zabobonami, prymitywizmem intelektualnym, agresywną ochroną wpływów środowisk branżowych i jakąś zawiścią niespełnionych naukowców, których zresztą często pasjonaci ośmieszają swoją zarówno skutecznością jak i momentami wiedzą, a niemal zawsze tym co nazywam aspektem edukacyjnym” – w wywiadzie dla portalu Pressmania.pl podkreśla dziennikarz i poszukiwacz skarbów. – „Bo przecież jeśli robi się coś pro bono publico a potem wpadają specjaliści od terroru i zabójstw pytając czy posiadam wykrywacz metalu i nawet jaki model, to nie jest normalne. Posiadam także jako mężczyzna narzędzie gwałtu, ale, do cholery, nie jestem gwałcicielem” – mówi Robert Wit Wyrostkiewicz, prezes MSH Exploratorzy.pl w rozmawie z Krzysztofem Sitko.

Krzysztof Sitko: Państwo PiS-owskie ściga Pana za poszukiwania zabytków? Dlatego miał Pan wizytę „smutnych Panów” w domu?

Robert Wit Wyrostkiewicz: – Poszukiwaczy i kolekcjonerów nie ściga w Polsce PiS, PO czy SLD, ale IIIRP z jej chorą mentalnością rodem z PRL, zabobonami, prymitywizmem intelektualnym, agresywną ochroną wpływów środowisk branżowych i jakąś zawiścią niespełnionych naukowców, których zresztą często pasjonaci ośmieszają swoją zarówno skutecznością jak i momentami wiedzą, a niemal zawsze tym co nazywam aspektem edukacyjnym. To pierwszy i fundamentalny powód niechęci do poszukiwaczy. Jeśli my odnajdziemy guzik z powstania listopadowego tu szukamy historii pułku działającego na tym terenie, studiujemy źródła, a ci, którzy się nie boją dodatkowo lecą z tym do szkół, mediów lokalnych i eksponują w jakiejś izbie pamięci w gminie. Te znaleziska „pracują”, chyba, że poszukiwacz obawia się pokazać tego co znalazł albo ma złe intencje, a to też się zdarza jak w każdym dużym środowisku. Świat nauki za to, zwłaszcza w archeologii, bardzo często poza różnymi działaniami komercyjnymi nie zawsze mającymi cokolwiek wspólnego z badaniami, stosuje starą zasadę, „tisze jediesz, dalsze budiesz”. To co odkryją, ustalą, opracują, często jest fascynujące, edukujące, zapalające młode umysły i rozbudzające chęć wiedzy, ale nikt tego nie przeczyta, bo zostaje taki dokument złożony w formie sprawozdania z badań u konserwatora zabytków i często nawet on sam się z tym nie zapoznaje…. Takie są fakty. Co do przeszukania w moim domu, wpisywałem się od lat w nagłaśnianie sprawy poszukiwań, zabytków, historii odkrywanej w sposób nowatorski i często przy tym bez cenzury mówiłem o funkcjonariuszach państwa wymieniając ich z nazwiska. Zresztą policja już dawno się na mnie obraziła (poza setkami policjantów-poszukiwaczy, z którymi często mam kontakt, ale nie będę ich „wsypywał” i życzę im  „szerokości”).

Ilu Was jest i kim jesteście?

– Jest nas około 100 tysięcy! Rozmawiamy z świadkami historii, czytamy pamiętniki, studiujemy stare mapy, korzystamy z różnych urządzeń technicznych, także z wykrywaczy metalu; kochamy to co robimy i pieścimy to co znajdujemy. Tacy przynajmniej są ludzie, z którymi od lat wychodzę w teren i przez te ostatnie lata nigdy nie czuliśmy się nie tylko doceniani za setki naszych inicjatyw społecznych związanych z zabytkami, ale zazwyczaj czuliśmy ciężkie spojrzenie państwa na plechach. Tu nad Wisłą nikt poszukiwaczy nie nazywa tak jak w Anglii „bohaterami dziedzictwa kulturowego”, jak powiedział kiedyś o nas brytyjski minister kultury. W III RP jesteśmy albo napiętnowani albo tolerowani, co najwyżej. Przypadki ochoczej współpracy i pochwał zdarzają się, tak, coraz częściej, bo wymiera jakieś pokolenie. Przepraszam, ale w końcu i nareszcie! Niech im ziemia lekką będzie. Bez nich istnieje szans na zmianę. Bez ludzi pokroju prof. Przemysława Urbańczyka, archeologa, który zresztą mam nadzieję niedługo odpowie w sądzie za zniesławienie mojego kolegi, Artura Troncika, a który w Sejmie, w mojej obecności, wszystkich jak leci poszukiwaczy przyrównał do hien pałających obsesją złota… I takie postawy różnych archeologicznych „Niesiołowskich”, takich kipiących jadem naukowców, doprowadziły do tego, że w Polsce poluje się na poszukiwaczy i społecznie morduje się ich dobre imię. To trochę jak przypomina polowanie na zwierzęta. Czasami mam takie skojarzenia… Na szczęście jednak są media, a archeolodzy jeszcze tego ich zauważyli… Na nasze szczęście i ku ich pohańbieniu w wielu materiałach telewizyjnych i prasowych.

Czyli coś się jednak zmienia na lepsze?

– Zdecydowanie tak i pisze to pomimo nalotu policji na mój dom i przesłuchań na komisariatach. Zmienia się, ale to powolny proces. Poznałem ostatnio dziesiątku ludzi ze świata archeologii, muzealnictwa czy urzędników podziwiających to co robimy. Dzisiaj oni są kierownikami działów, jutro może dyrektorami… Mam nadzieję, że jeśli rząd zrealizuje plan wywalenia sitwy z wielu urzędów i nie obstawi tych foteli nowymi matołkami w miejsce starych matołków, to coś się zmieni. Niezależnie od tego wiem, że idzie nowe. Poznałem cały szereg urzędników np. z wojewódzkich urzędów ochrony zabytków, czyli urzędów odpowiedzialnych za wydawanie pozwoleń na poszukiwania zabytków z użyciem wykrywacza metalu i coraz więcej widzę tam aniołów, tyle, że zazwyczaj dowodzi nimi jakiś nieudacznik polityk udający specjalistę od zabytków, archeologii i wszystkiego co pod ziemią i nad ziemią. Tak więc mamy rodzynki w masie tępego państwa szukającego wszędzie wyniku, a najłatwiej znaleźć go dowalając nam. I to z tego mechanizmu patrzenia na obywatela w schemacie „domniemanego przestępstwa” dopatrywałbym się przyczyn przeszukania w moim domu i innych sytuacji policyjnych u dziesiątek moich przyjaciół. Bo przecież jeśli robi się coś pro bono publico a potem wpadają specjaliści od terroru i zabójstw pytając czy posiadam wykrywacz metalu i nawet jaki model, to nie jest normalne. Posiadam także jako mężczyzna narzędzie gwałtu, ale, do cholery, nie jestem gwałcicielem.

Więc do przeszukania w Pana domu przeprowadzonego przez funkcjonariuszy z wydziału do spraw terroru i zabójstw jeszcze wrócimy, a teraz, niech Pan powie o co chodzi z tymi poszukiwaczami i IIIRP? Znowu jakiś układ czy coś w tym stylu?

– Układ? Na pewno. Jeśli są ludzie zarabiający na dętych dotacjach na ochronę zabytków a społecznicy często robią to za darmo i czasami nawet lepiej (zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy nowożytne) to zamiast traktować ich jako wsparcie traktuje się ich jak konkurencję. Nie chcemy się licytowac z żadnym zawodem. Jesteśmy często amatorami. Chcemy pomagać, ale nie chcemy być celem. Więc tak, o kasę też chodzi w tej całej układance. Nie naszą. Poszukiwacze skarbów, pasjonaci historii, detektoryści czy może archeolodzy-amatorzy używając tego sformułowania używanego w Anglii, to ruch, który rodził się zdecydowanie już w latach 70. Wówczas używano wykrywaczy metali dość prymitywnych, ale działających jednak wystarczająco skutecznie. Wtedy tacy ludzie z detektorem w ręku, jak chociażby major Waldemar Nowakowski, wychodzili w teren wraz z innymi legendami polskiej eksploracji, np. Henrykiem Smętkowskim czy Leszkiem Wilgatem i szukali historii pod ziemią. Zbierali łuski, militaria, guziki, orzełki z czapek… Major stworzył gigantyczną kolekcję mundurów, galanterii mundurowej, broni pozbawionej cech bojowych i oczywiście to wszystko gdzieś łączyło się ze wspomnieniami o polskim etosie żołnierskim, a w czasach komuny postawa takich poszukiwaczy była przynajmniej podejrzana., jednak wówczas powstający ruch był tolerowany. Zresztą major już swoje odsiedział w latach 50. W czasie stanu wojennego milicja zrobiła mu najście szukając bibuły solidarnościowej. Znalazła tylko broń i amunicję powierconą, zabezpieczoną, to dali mu nawet papier, że w takim stanie może to trzymać i dalej sprowadzać tu wycieczki szkolne itd.. Ale w XXI wieku polska policja stwierdziła inaczej robiąc o świecie kombatantowi wojennemu wjazd do mieszkania i rekwirując zbiory! Odzyskał je po latach i boju zakończonym dopiero w Strasburgu… Wracam do ruchu poszukiwawczego, bo trochę zmieniłem wątek. Po 1989 r. wciąż jego rozwój ze względów technicznych był epizodyczny. Jednak na przełomie XX i XXI wieku, kiedy powszechny dostęp do wykrywaczy metalu i ich doskonałe parametry techniczne były już na wyciągniecie ręki przeciętnego Kowalskiego, pasja stała się ogólnonarodowa, chociaż dotycząca niemal wyłącznie mężczyzn. W 2003 roku, czyli politycznie podczas rządów SLD i PSL, kiedy premierem był Leszek Miller a prezydentem Aleksander Kwaśniewski, powstała Ustawa o zabytkach i opiece nad zabytkami, która – co nie powinno w tamtym czasie nikogo dziwić – była w dużej mierze kopią swojego PRL-owskiego poprzednika z dodanymi passusami ograniczającymi swobodę poszukiwaczy. Problem leży oczywiście nie tylko w samej regulacji, ale atmosferze jaką wówczas wprowadzono. W Sejmie odbyła się niedługo po uchwaleniu nowej ustawy wystawa, w której ludzie z wykrywaczami byli przedstawieni jednostronnie jako rabusie starożytnych grobów, a jakiś imbecyl poświęcił chyba cały swój dzień na obliczenie ile kurhanów poszukiwacz może wyrabować w przeciągu jednego dnia! Możliwość poszukiwań zabytków z pomocą urządzeń elektronicznych (jakkolwiek jest to szerokie i przez to beznadziejne pojęcie) można było przeprowadzać odtąd jedynie w drodze decyzji administracyjnej, czyli opłata 82 zł, wniosek, pozwolenia, oczekiwanie, a w praktyce co urzędnik to inne widzi mi się i po roku jeśli jest decyzja pozytywna można zrobić dołek na własnym podwórku…. Tak to wygląda! Nawet na własnym podwórku. A w Łodzi np. nawet na tym podwórku poszukując zabytku trzeba by mieć jeszcze nadzór archeologiczny. Bzdura! Ewidentna? To dlaczego tego od 2003 roku nikt nie ruszył?

I ktoś występuje o te pozwolenia?

– Więc nikt o to od 2003 r. praktycznie nie występuje. Może pół procenta z tych 100 tysięcy poszukiwaczy, których mamy dzisiaj w Polsce. Ja jestem m.in. takim facetem i często to robię, ale nie potępiam nikogo, kto przez to sito nie przechodzi. Dla wyjścia na jeden dzień na pole nie będące w strefie ochrony konserwatorskiej, to nierealne. I nie bądźmy hipokrytami. Nikt tego w Polsce nie praktykuje. Nikt. Myślę, że ani jeden poszukiwacz. No i jeśli tak jest, to niech archeolodzy nie dzielą nas na legalnych i nielegalnych, bo mniej lub bardziej wszyscy jesteśmy w takiej optyce nielegalni. Mamy wobec tego totalnie martwe prawo, które miało chronić stanowiska archeologiczne, a doprowadziło do powstania armii podziemia, której nikt nie kontroluje zarówno w cudownych przedsięwzięciach jak i tych godnych potępienia. Środowisko samo się nie oczyści, bo jest…. nielegalne. A różni mądrale udają, że wszystko gra, bo mamy przecież prawo i każdy może wystąpić z wnioskiem o poszukiwania, tylko nikt prawie tego nie robi. Tacy przekorni ci poszukiwacze… Wędkarzy jakoś dało się namówić do licencji, opłat, egzaminów, regulaminów. Ale ci nie musza wnosić opłaty 82 złotych i czekać miesiącami na rozwój wydarzeń, by otrzymać zgodę na wyjście na godzinkę w teren…

No to trochę jesteście takimi antysystemowcami….

– Jesteśmy wciąż w tym państwie takim ciałem obcym, nie wiadomo kim… Odkrywcy historii, często doskonali regionaliści, specjaliści od zabytków ruchomych, kolekcjonerzy, społecznicy, ludzie działający non-profitowo… To ostatnie zapewne jest przyczynkiem do tego, że wiele środowisk za nami nie przepada, bo kto lubi wyrzuty sumienia?

Nikt nie próbował tego zmienić odgórnie?

– Śledzę sytuację dopiero od 7 może 8 lat. Odkąd kupiłem sobie wykrywacz metalu. Wówczas pod koniec 2008 r. pomagaliśmy europosłowi Sylwestrowi Chruszczowi (dzisiaj poseł z Kukiz’15) napisać pismo do ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego prosząc, by wprowadził w Polsce pewnego rodzaju pilotaż, program dobrowolnego zgłaszania znalezisk; uprościł prawne aspekty legalności poszukiwań zabytków i skrócił tę całą niewyobrażalną w praktyce dla spontaniczności poszukiwawczej procedurę. Odpowiedź była typowa. „Państwo jest otwarte na współpracę”, a potem litania zagrożeń ze słowami o rabunku, szabrownictwie i złodziejstwie. Dokument podpisał ówczesny Generalny Konserwator Zabytków w randze wiceministra, Tomasz Merta, który później zginał tragicznie 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku. Przed jego śmiercią planowaliśmy spotkanie z generalnym konserwatorem. To nie doszło do skutku z powodu katastrofy smoleńskiej. Do tematu poszukiwaczy odnosił się też wicemarszałek Sejmu Krzysztof Putra z PiS, któremu także razem z Igorem Murawskim pomagaliśmy pisać tekst interpelacji i powtórnej interpelacji do ministra kultury dotyczącej poszukiwaczy. Odpowiedź była żadna, czyli w żadnym aspekcie nie odnosiła się do stawianych pytań i propozycji. Coś w rodzaju głuchego telefonu. Zresztą te odpowiedzi ministerialne to często system „kopiuj-wklej”. Jakaś pani Basia czy Krysia kiedyś w resorcie wysmażyła swoje mądrości o ochronie stanowisk archeologicznych i drodze legislacyjnej do uzyskania pozwoleń na poszukiwania i każda próba pisemnego dialogu kończyła się wklejaniem tej samej formuły z już pożółkłej pewnie dyskietki komputerowej… Później była jeszcze inicjatywa debaty sejmowej posła Marka Poznańskiego, wtedy z Ruchu Palikota. Było to o tyle ciekawe, że poseł jest archeologiem, poszukiwaczem i w swoim życiorysie znalazł się na policyjnym dołku za tzw. nielegalne poszukiwania. Chociaż on akurat musiał odpękać swoje za… krzemienie. Na etapie sądowym sprawa się wyjaśniła na korzyść posła, ale posmakował na własnej skórze co to jest IIIRP. Jednak debata sejmowa przez niego zorganizowana, w której brałem udział, pomimo ambitnych celów, była jedynie konfrontacją dwóch wyselekcjonowanych środowisk i na pewno nie była krokiem do przodu. A szkoda. Ostatnim ruchem i chyba pierwszym, który był sensowny, nie zakładał żadnych rezygnacji, ale opierał się na szczerej debacie, merytorycznych wykładach, uczciwej rozmowie i wspólnej kawie i ciastku, co jest bardzo ważne by zapoznać poszukiwaczy, archeologów, konserwatorów zabytków, była debata i konferencja która odbyła się kilka tygodni temu w Zielonej Górze pod hasłem „Poszukiwacz i Archeolog – możliwości współpracy”. Spojrzały tam sobie w oczy środowiska kiedyś od siebie bardzo odległe jak chociażby Stowarzyszenie Naukowe Archeologów Polskich i stowarzyszenia poszukiwawcze. Miałem zaszczyt reprezentować tam tę druga stronę. Padły takie pomysły jak abolicja, by poszukiwacze mogli pokazać naukowcom te wszystkie cuda, zabytki, miejsca, informacje, które teraz cieszą jedynie oczy znalazców i ich rodzin, a ze strachu przed represjami nie przenikają do świata nauki. Zresztą wszyscy zgadzamy się, że nie tylko o zabytki tu idzie, ale o kontekst ich znalezienia, często znany jedynie poszukiwaczom. Chodzi też o edukację, by poszukiwacz potrafił jak najwięcej informacji pozyskać podczas swojej pasji i aby się nimi dzielił. Poszukiwacze z województwa lubuskiego z tamtejszym SNAP wymyślili nawet program pilotażowy. Daj im Boże, żeby coś z tego wyszło.

Wracając jednak do Pana sprawy, co było prawdziwym powodem przeszukania u Pana w domu i kiedy to się stało?

– Bez wątpienia wiem, że donosił na mnie wielokrotnie jeden z muzealników udowadniając ludziom, że posiadam wśród różnych zabytków także broń i amunicję. Ten człowiek jest także poszukiwaczem i niestety za bardzo się spoufala z jednym ze stołecznych policjantów. Nie wiem, ten może chciał jakąś gwiazdkę na pagonach otrzymać, ale jego koledzy najwyraźniej nie byli przekonani co do słuszności tej nagonki, bowiem o takich działaniach wiedziałem już dużo wcześniej, łącznie z wiedzą o tym, że moje rozmowy są podsłuchiwane. Wiem, że to brzmi jak słaba teoria spiskowa, ale mam pewność, że tak było. Nie byłbym dziennikarzem śledczym, jakbym nie miał swoich informatorów i tu stawiam kropkę.

Szukali zabytków?

Raczej zabytkowych mosinów i mauzerów… Oczywiście pomijam fakt, że w Polsce poza tym, że ustawa o zabytkach nie określa wystarczająco dokładnie tego czym jest zabytek i pozostawia kolosalną uznaniowość powodująca, że na badaniach archeologicznych wszystko co w humusie (wierzchniej warstwie, często organizcznej) traktowane jest zazwyczaj jak śmietnik i odhumusowywane jest ciężkim sprzętem bez ceregieli, a jeśli coś z tego śmietnika wykrywaczem znajdzie poszukiwacz, uuuuu, to gorzej… to wtedy w sądzie ten sam „śmieć” będzie już bezcennym zabytkiem… I jeszcze jakiś ekspert i rzeczoznawca się pod tym podpisze, Narodowy Instytut Dziedzictwa potwierdzi to swoim autorytetem itd. Wszyscy niemalże wiedzą, że tak jest, czasami poklepują nas po plecach, ale mało jest takich archeologów czy konserwatorów czy muzealników, którzy mówią o tym głośno. Z bronią i amunicją jest trochę inaczej. Tu doprecyzowanie jest już konkretniejsze. Tak bardzo właściwie konkretne, że stara łuska z I wojny albo i starsza jeszcze, bez prochu i pocisku, no taka pusta łuska, ale z niezbitą spłonką, to już amunicja! A jakże. Szczerze mówiąc miałem pietra, że coś takiego np. mogłem przytaszczyć z pola 8 lat temu i leży gdzieś pomiędzy szczelinami w podłodze… Mam znajomego poszukiwacza, który za posiadanie takiej pustej łuski dostał 2 lata w zawiasach. Jest przestępcą i ma na to papier, jakkolwiek to brzmi groteskowo! Stracił pracę w banku. Wyjechał z żoną i dziećmi do Anglii. Zatrzymajmy się nad jego sytuacją przez chwilę. Stracił prace i opuścił swój kraj za wykopaną z wykrywaczem metali pustą łuskę! Kocham Polskę, ale takiego państwa nienawidzę… Jak to się stało? Przyszedł biegły na sprawę i powiedział, że to jest nabój możliwy do wystrzelenia w sposób nietypowy i pozamiatane. A spłonka jest istotną częścią amunicji itd. Czyli można kupić sobie gdzieś proch, nasypać, zatkać jakimś metalem, włożyć w rurę, stuknąć spłonkę gwoździem i zrobić napad na bank… Przerażający imbecylizm, ale takie wyroki dostają poszukiwacze i to jest nasza rzeczywistość i co gorsza to wszystko wpisuje się gdzieś w prawo i jego bezduszną interpretację w sądach. U mnie na szczęście znaleziono masę militariów, ale wszystkie legalne. To samo dotyczyło zabytków. Donos na mnie i niechęć wielu ludzi, którzy nie przepadają za tym co mówię i robię nie osiągnęła celu, ale bycie cna celowniku służb to nic przyjemnego…

Jak wyglądało przeszukanie?

Mamy dzień 3 listopada 2015 roku. 6.20 stukot do drzwi. Dlaczego nie o 6.00 jak to bywało u moich znajomych? Mam popsuty dzwonek przy furtce i działającego psa… Funkcjonariusze z wydziału do spraw zwalczania terroru i zabójstw z komendy stołecznej policji przebili się dopiero przez działkę moich rodziców. Obudzili nas mocnym stukaniem do drzwi. Okazali mi blachę przez przeszkolona część drzwi i chwile potem nakaz. Ja z kolei pokazałem legitymację dziennikarską i zapowiedziałem relacjonowanie czynności. Po zacytowaniu kilku paragrafów z naszej dziennikarskiej branży i sprawdzeniu przez policjantów pieczątek w mojej legitce prasowej mogłem pstrykać zdjęcia, ale nie za bardzo miałem do tego głowę. Zrobiłem kilka. Pokazałem szereg dokumentów potwierdzających legalność mojej kolekcji. Większość z tych papierków jest niepotrzebna, ale zbierałem je kiedyś na taką okazję. Decyzje konserwatorskie, depozyty muzealne celem opracowań zabytków, dotyczace konserwacji zabytków, darowizn, przekazań itd. To nie znaczy, że każdy musi to mieć, ale jakoś mi było z tym lżej… Warto jednak pamiętać, że mamy prawo posiadać także kolekcje prywatne bez żadnych papirusów, ale czasami trzeba to dopiero funkcjonariuszom wytłumaczyć, czego nikomu nie życzę, bo wiem, że w Polsce rozmowy z policjantami o zabytkach są trochę groteskowe. W moim przypadku przyszli do mnie profesjonaliści. Prywatna kolekcja w ogóle ich nie interesowała, bo takie też rzeczy posiadam jak chociażby kilka dzieł sztuki i masę różnych pamiątek historycznych. Funkcjonariuszy interesowała głównie zabytkowa broń i wykopana pewnie gdzieś w lesie amunicja. Owszem, łusek było pełno, ale wszystkie puste i ze zbitymi spłonkami. Nawet taki olbrzym jak czołgowa łuska pasująca do słynnego niemieckiego „Tygrysa” stoi u mnie na tarasie. Na szczęście, nawet widok pocisków przeciwpancernych nie przeraził policjantów, bo wiedzieli, że to tak samo bezpieczna rzecz jak żelazko czy hantle do ćwiczeń gimnastycznych. Przede wszystkim takie rzeczy nie podpadają pod ustawę, jeśli nie ma tam prochu czy zapalnika. Tak skracając temat, oczywiście.

To były emocje, które już minęły…?

– Dziewięciu policjantów zachowywało się kulturalnie i ekspercko. Sytuację ustawiła rozmowa na samym początku i dobrze, że zostało tak do końca. Dlatego polecam wszystkim znajomość swoich praw i nie pękanie. Mamy prawo mieć zabytki. Mamy prawo mieć wykrywacz. Mamy prawo być kolekcjonerami. Mamy prawo do wielu rzeczy i pomimo różnych prawnych absurdów, jednak nie jesteśmy bezbronni. Widok jednak takiej ilości chłopów ubranych w te czarne kurtki, rosłych, obcych jednak, o 6.20, to dla mojej żony był szok, a dla mojej córeczki, uczennicy pierwszej klasy szkoły specjalnej, także było to dziwne doświadczenie. Najdelikatniej mówiąc. Moja córeczka jest niepełnosprawna, ale bardzo kochana. Chodziła i mówiła policjantom, że „tata szuka skarbów”. Gdyby nie ten obrazek, pewnie już bym o sprawie zapomniał. Nie będę tych emocji opisywał. Jeśli ktoś jest empatyczny i jest człowiekiem, a zwłaszcza jeśli ktoś jest rodzicem, tym bardziej niepełnosprawnego dziecka, temu nie trzeba tłumaczyć co to znaczy znaleźć się w takiej sytuacji… Kiedy później jeden archeolog powiedział mi, że „policja powinna weryfikować miejsca, gdzie może znajdować się składowisko niewypałów zagrażające życiu i mieniu”; pomyślałem sobie, że każde kurestwo i każde polowanie na ludzi można wpisać w tzw. społeczną konieczność… Tylko po wszystkim postawiłem sobie jeszcze jedno pytanie. Na moją pasję trącę masę pieniędzy, a nie jestem bogaty. Trzy tysiące miesięcznie to dla mnie super miesiąc. Oczywiście wszystko ze śmieciowych umów. Organizuje wystawy w jakiś domach kultury, pisze artykuły o historii, pomagam w ekshumacjach Żołnierzy Wyklętych, spisuję historie życia od starszych ludzi, zbieram pamiątki historyczne, staram się współpracować z archeologami jak potrafię najlepiej, przechodzę te często abstrakcyjne procedury na wydawanie pozwoleń na poszukiwania, nigdy nie zarobiłem na swojej pasji nawet złotówki i siedzę teraz z dzieckiem na kolanach rano i widzę mężczyzn, którzy grzebią w szafkach z bielizną i rzeczami prywatnymi. Nie mam do nich żalu. Byli mili. Jeden z nich zresztą okazał się poszukiwaczem i detektorystą, zresztą znanym i cenionym w środowisku starych wyjadaczy… Kazali im to przyszli… Ale czy ja coś zrobiłem nie tak? Jestem zagrożeniem dla państwa? Kiedyś liczyłem na dyplom od ministra kultury… Dzisiaj widzę jak bardzo byłem naiwny.

Co według Pana należy zrobić, aby nie dochodziło do tak kuriozalnych sytuacji?

– Siedzieć cicho. Nie pisać o swojej pasji na Facebooku. Chodzić z wykrywaczem metali i kłamać, że poszukuje się zgubionego kolczyka żony; nie krytykować muzeów za ginące u nich dziwnie zabytki, nie opisywać działań np. łódzkiej policji prześladującej poszukiwaczy, swojej kolekcji nie pokazywać nikomu, czyli należy robić wszystko to, co jest najgorszą opcją dla piękna tej pasji. Kłamać, ukrywać i kombinować oraz uśmiechać się do państwa zgrywając nieświadomego głupka. Wtedy nalotów policyjnych nie będzie. I większość po części wybiera tę drogę. Nie mam do nikogo o to żalu. Ludzie mają swoje prace, rodziny. Jednak to przerażające, że to, co często w naszym życiu jest najpiękniejsze musimy chować przed systemem zamiast się tym dzielić, zarażać innych i współpracować ze światem nauki, z pokorą, ale też z pasją. Dzisiaj większość najpiękniejszych odkryć zabytków to dzieło poszukiwaczy, zgłaszane jako znaleziska przypadkowe, że niby na grzybach, że niby kopiąc robaki na ryby… Jak długo mamy żyć w takim kłamstwie, na które przymykają oko tak samo poszukiwacze jak i archeolodzy czy konserwatorzy zabytków?

Polska to dziwny kraj? Państwo ściga poszukiwaczy skarbów, a mafiosów sędziowie wypuszczają z kryminału…

– Tu doskonały jest znowu przykład z zabytkową bronią, czy tzw. bronią. Abstrahując od ustawy i tego co określa jako zabytek czy broń, łatwiej złapać kogoś z zardzewiałym doszczętnie pistoletem z przełomu XIX i XX wieku, który nigdy nie odda strzału, ale jest liczony dalej jako jednostka broni niż złapać gangstera z nową spluwą. A na papierze zawsze jest się potem czym popisać w komendzie wojewódzkiej… Tylko, że jak podawał miesięcznik „Strzał”, większość broni użytej w przestępstwach to broń nowa, wyciekająca z magazynów policyjnych i wojskowych do mafii i różnych oprychów. Tu wykrywalność jest minimalna, ale wjechać do poczciwego kolekcjonera i zdjąć mu ze ścinany jakąś myśliwską pukawkę np. z 1870 r., zniszczoną rusznikarsko, ale nie tak jak chcieliby eksperci, bez papierków z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego; ładując mu w sądzie za to wyrok z kodeksu karnego, to już nie problem dla policji. A jak do tego mamy poszukiwacza, ooo, to już pełen sukces służb. Szkoda, że ci sami ludzie nie przyglądają się już tak samo atentywnie prawdziwym przestępcom, zarówno wśród poszukiwaczy jak i archeologów. Dlaczego, bo za takim poszukiwaczem, który na prawdę w nocy ograbił np. grób polskiego żołnierza z nieśmiertelnika policja musiałaby pobiegać po polu, przeprowadzić całą akcję, złapać go na gorącym uczynku, więc łatwiej wpaść do kogoś, kto o swojej pasji opowiada np. dzieciom w szkole i można go namierzyć posiadając jedynie dostęp do Google.pl…  To samo dotyczy archeologów i znanych przecież doskonale w środowisku przekrętów na nadzorach archeologicznych. Zresztą już sam ten system nadzorów jest arcy korupcjogenny, ale tu jakoś policjanci nie wykazują się już taką gorliwością. Może dlatego, że ci którzy donoszą na poszukiwaczy nie donoszą sami na siebie? Nie wiem. Ogólnie, chore to wszystko od początku do końca. Tak więc ludzie układu będą wypuszczani, szef gdańskiego sądu po prowokacji dziennikarskie w sprawie Amber Gold wróci do sądzenia ludzi, syn Wałęsy nie będzie pijakiem za kierownicą, ale chorym człowiekiem na „pomroczność jasną”, śp. Krzysztof Olewnik dalej będzie dla różnych ludzi efektem samouprowadzenia, generałowi Papale po prostu chciano ukraść stary samochód, a gen. Petelicki zastrzelił się sam, tak jak Ireneusz Sekuła zresztą, który strzelił do siebie samobójczo wielokrotnie… Tu sądy nie mają problemów. No, ale to jest właśnie nasza III RP. Łatwiej jest zrobić raz na jakiś czas łapankę na poszukiwaczy, którym należą się tak na prawdę często medale, a nie szykany.

Jak skończyła się ta historia?

– To nie był jedyny donos, jedyna akcja policyjna, jedyna interwencja. Już lata temu, kiedy opisywałem skandaliczne działania policji wobec wspaniałego człowieka, poszukiwacza, Piotrka Adamkiewicza z Sieradza, policja zainteresowała się po raz pierwszy moją osobą, Na dopytywaniu o mnie się wówczas zakończyło. Jako dziennikarz opisywałem ten temat pod hasłem „policyjne sztuczki i niedouczki”. Później było to przeszukanie z 3 listopada 2015. A ponad miesiąc temu donos, że próbowałem ukraść cenny zabytek spod Twierdzy Modlin z zabytkowego Spichlerza Zbożowego z połowy XIX wieku. To był tak olbrzymi idiotyzm, że trudno mi to w ogóle tłumaczyć w jakikolwiek logiczny sposób. Odnaleźliśmy piękny maszkaron w kształcie antycznego hełmu ze smokiem, głównie dzięki postawie regionalisty Sławka Kalińskiego z Nowego Dworu Mazowieckiego, który bezskutecznie zgłaszał obiekt miejskiemu konserwatorowi zabytków, aż w końcu zgłosił to nam. Przekazaliśmy go konserwatorowi zabytków, tym razem wojewódzkiemu, dużo bardziej kompetentnemu niż miejski w tym rejonie. Zresztą od razu poinformowaliśmy go telefonicznie o odkryciu już potwierdzonym namacalnie. Otrzymaliśmy podziękowania i wskazówki co robić dalej. Całą akcje w Modlinie przeprowadziliśmy także dzięki straży pożarnej i WOPR. Wykonywaliśmy zdjęcia statkom na dnie Narwi dzięki użyciu sonaru strażaków. Wówczas tak skomplikowana operacja, z udziałem nurków zawodowych, przy wykonywaniu zdjęć podwodnych, użyciu drona, analizie sonarogramów itd. została wykonana społecznie, z pasji. Po tym wszystkim zostałem zaproszony do Radia Zet, gdzie mówiłem o niechęci pewnych środowisk, które traktują naszą działalność jak psucie im rynku… Do tego zapytano mnie o złoty pociąg i przez 15 minut opowiadałem jak wielkim ubóstwem intelektualno-merytorycznym były głupie wypowiedzi Generalnego Konserwatora Zabytków, rasowego polityka PSL, który na odczytach georadarowych widział już wieżyczki, wagoniki i działa. To niemożliwe technicznie, ale szef wszystkich konserwatorskich szefów plótł bzdury jak małe dziecko, dlatego. trzeba było w końcu powiedzieć, że król jest nagi. Po programie do tego samego Generalnego Konserwatora Zabytków wpłynął donos na mnie, że nielegalnie próbowałem rabować zabytki w Modlinie. Ani jednego argumentu poza takimi sformułowaniami, że trwa susza i z powodu niskiego stanu wód poszukiwacze w całej Polsce okradają społeczeństwo z zabytków znajdujących się na płyciźnie. Coś rodem z filmów Stanisława Barei. To jest paszport? To był paszport! Policjantki na komisariacie miały niezły ubaw czytając mi te bzdury z donosu, ale mi raczej nie było do śmiechu, że zamiast tego dyplomu z podziękowaniami od ministra kultury mam listę takich obowiązkowych spowiedzi… Sprawa oczywiście idzie do umorzenia na etapie wyjaśniającym, ale co z tego? Mam być dumny, że nikt nic na mnie nie ma? To żenujące…

Czego Panu mogę życzyć w 2016 roku?

– Inicjatywy ustawodawczej nowelizującej Ustawę o zabytkach i nowego rozporządzenie ministra kultury regulującego w sposób cywilizowany i mądry status poszukiwaczy; przedstawicieli państwa, którzy będą nas wspierać chociażby dobrym słowem. Pasjonaci historii często są jak dzieci. Jedno „dziękuję” dodaje nam skrzydeł. I dostrzeżenia w nas obywateli! Przecież od 30 listopada 2015 roku mamy zmienione prawo odnoście poszukiwań. Na niekorzyść poszukiwaczy i zdecydowanie na niekorzyść ochrony zabytków w Polsce. Platforma Obywatelska zostawiła nam taki prezent na odchodne. Jest nas 100 tysięcy, ale nikogo z nas nie zapytano o zdanie; żadnych konsultacji społecznych, zero. Wprowadzili nowelizację bocznym wejściem wykorzystując ustawe o regulacji zawodowej zmieniającą szereg innych ustaw w tym sprawy zupełnie z kwestia regulacji nie związane jak poszukiwania. Taki wytrych prawny, by nam dokopać. A zrobiono to po cichu… Tak więc nocne zmiany to specjalność ekip politycznych od dawien dawna… Jeśli więc tylu polityków mówiło ostatnio o jakiejś dobrej zmianie, to chciałbym ją widzieć także tutaj i już w 2017 roku. Czy tak będzie? Mam umiarkowaną nadzieję, ale jej nie tracę.

Dziękuję za rozmowę.

***

Robert Wit-Wyrostkiewicz przeszukuje terenRobert Wit Wyrostkiewicz, poszukiwacz skarbów, dziennikarz (m.in. „Odkrywca”, Archeolog.pl, „Zakazana Historia”), wiceprzewodniczący Oddziału Warszawskiego Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, prezes Mazowieckiego Stowarzyszenia Historycznego „Exploratorzy.pl”, współzałożyciel Komitetu Zachowania Reduty Ordona, uczestnik wielu prac poszukiwawczych i badań archeologicznych w Polsce i zagranicą.

Fot. wprowadzające autor: Jolanta Błasiak Wielgus/portal PoszukiwanieSkarbów.com oraz fot. Kolekcjonerzy Czasu/Internet