Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia doczekaliśmy się kolejnego objawienia.
Odkrycia tego dokonała skromna, mało znana poza środowiskiem (pisuje w niszowej Polityce) krytyk teatralny Aneta Kozioł.
Jej zdaniem objawieniem roku jest sztuka napisana przez Magdę Umer (bratanicę zbrodniarza komunistycznego Adama Humera – właśc. Umera) o wdzięcznym tytule „Zapiski z wygnania”. Monodram ( oczywiście w wykonaniu Krystyny Jandy) powstał na podstawie książki Sabiny Baral (de domo Binder).
Zdanie, które wg pani krytyk jest najgenialniejszą przepowiednią dame Baral:
„My wyjedziemy, ale wy zostaniecie ze swoim antysemityzmem„
Bo wg Anety Kozioł teraz, po 50 latach, fala antysemityzmu w Polsce znowu wzbiera.
To samo zresztą mówiła w wywiadzie udzielonym TVN24 Sabina Baral:
Ja się na Polskę obraziłam i trwało to wiele lat.
„Teraz nie mam bólu, nie mam złości, teraz mam żal. Nie do Polski w jakimś teoretycznym pojęciu, ale do ludzi – nikt się za nami nie ujął” Sabina Baral
Rozumiem, że w rządzie była jakaś banda, która walczyła o swoje polityczne sprawy, ale czemu nikt się za nami nie ujął? Polacy to naród, który wychodzi na ulicę, który krzyczy, który walczy. Nie w tym przypadku. Co więcej, napisałam książkę dla przestrogi, a tu już mamy powtórkę.
Kolejny raz słyszymy to samo. Nie tak dawno przecież pewien profesor z Izraela (Shlomo Avineri) mówiąc o Polakach użył podobnej konstrukcji myślowej – jesteśmy winni Holokaustowi, bo nie wywołaliśmy ogólnonarodowego powstania w obronie Żydów w 1942/3 roku.
Co prawda zginęłoby może 9 a może 15 mln Polaków, ale za to ilu ocalałoby Żydów. I to bez wzięcia przez nich udziału w walkach.
Sabina Baral (de domo Binder) również dziwi się, dlaczego nikt nie protestował.
Ale dlaczego nie protestowała sama Sabina i inni, postawieni w tej samej sytuacji?
Powróćmy do wywiadu, jakiego udzieliła:
Podjęłam decyzję, że ja wyjeżdżam i im to oznajmiłam. Moi biedni, starzy rodzice, którzy dopiero co przeżyli Shoah, którzy ponieśli niewyobrażalne, niedające się opisać straty… I ja im mówię: „wyjeżdżam, czy ze mną pojedziecie?”. Nie wahali się przez chwilę, powiedzieli „tak”. Chyba najtrudniejsza decyzja ich życia. Mój mąż pytał swoją matkę, która była ordynatorem szpitala dziecięcego, wdową, czy wyjedzie z nim do Szwecji, ale odpowiedziała „nie”. Bała się, że będzie od niego zależna, że będzie dla niego ciężarem. Wyjechał sam, a ona po jakimś czasie wyemigrowała do Australii. Klara, koleżanka, która wyjeżdżała z Łodzi, opowiadała mi, że jej rodzice też postanowili zostać. Jej ojciec był kaleką wojennym i oboje nie wyobrażali sobie życia w obcym kraju. Wyjechała w końcu z jakimś wujostwem, które mieszkało we Wrocławiu.
(…)
Musieliśmy załatwiać absurdalne rzeczy, jak na przykład tłumaczyć mój akt urodzenia na język angielski. Nie dlatego, że sobie wyobrażałam, że pojadę do Ameryki, ale tak było trzeba. Później się okazało, że w Stanach nikt tego nie wymagał. Nie dość, że dokumenty musiały zostać przetłumaczone, to jeszcze potem uwiarygodnione przez inne osoby. Mam zdjęcie tylnej strony tłumaczenia aktu ślubu moich rodziców z 1947 roku, gdzie widnieje 13 pieczątek, w tym z trzech ministerstw. To oznacza 13 kolejek, w których trzeba było stać, aby taką pieczątkę uzyskać, 13 opłat fiskalnych i wszystko to w trzy tygodnie, które mieliśmy na wyjazd. W tym czasie też sprzedawanie wszystkiego, co do nas należało. Sąsiedzi, którzy przychodzili i mówili, że ta kanapa się na pewno nie sprzeda, „to może my ją zabierzemy, bo państwo i tak musicie zostawić puste mieszkanie”. Jak sępy czekali, aż coś zostanie. Pojawiały się dziwaczne wyobrażenia o tym, co nam się przyda na Zachodzie i gdzie to można dostać. Wydawanie tych ciężko ciułanych przez moich rodziców pieniędzy na bzdury: brzydkie kryształy, których nikt w Ameryce nie chciał, więc się je rozdawało sprzątaczkom, mnóstwo pieniędzy na adamaszkową pościel, która faktycznie była ładna, ale ciężko ją było prasować. Po dotarciu do Stanów ciocia skomentowała: „W Ameryce pościel jest non-iron”.
Były też okropne sytuacje, jak ta, kiedy mama potrzebowała podpisu z administracji. Termin wyjazdu mieliśmy wyznaczony na 20 grudnia, a oni jej kazali zapłacić za rachunki do końca miesiąca. Tłumaczyła, że przecież nie będziemy już korzystać z mieszkania, ale kazali jej zapłacić mimo wszystko. Była roztrzęsiona. Pozbywaliśmy się wszystkiego, co znaliśmy. Nie mówię już nawet o ulicy, o domu, o Wrocławiu, o ludziach, ale o każdej bzdurze, nawet uszczerbionej szklance, której przecież się nie zabierze.
(op. cit.)
Szczególnie ten ostatni zarzut zrobił na mnie wrażenie. Doskonale pamiętam bowiem poziom opłat za mieszkanie z nieco późniejszego okresu (byłem na tyle dorosły, że chodziłem opłacić czynsz do administracji w czasach środkowego Gierka).
Mieszkanie spółdzielcze, z opłacanym kredytem, kosztowało miesięcznie ciut mniej, niż cena pół litra „extra żytniej”.
Dame Baral natomiast jeszcze po 50. latach pamięta, że okrutni Polacy kazali przepłacić jej rodzicom czynsz…. o równowartość 100-150 gram narodowego napoju Żydów i Słowian.
Czy teraz nie powinniśmy oddać tak okrutnie zawłaszczonego majątku?
Dame Baral, niech pani odpowie.
Dlaczego Polacy mieli protestować przeciwko temu, że Gomułka uchylił „żelazną kurtynę” nielicznym obywatelom PRL?
Ci bardziej świadomi wam zazdrościli.
Wystarczy wspomnieć zastrzelonych podczas próby ucieczki z socjalistycznego raju do Berlina Zachodniego.
Do Austrii.
A poza tym czy ktoś panią zmuszał do biegania po tłumaczach?
Do potwierdzania dokumentów?
Do wystawania w kolejkach, aby otrzymać odpowiednie wpisy?
Przecież ten „szalejący antysemityzm” jakoś pozwolił zostać i żyć w PRL innym, których korzenie żydowskie były równie mocne.
Ot, choćby bratanek największego zbrodniarza PRL-u Marek Borowski.
Senator.
Albo zboczony sadysta i oprawca więźniów z obozów w Świętochłowicach i Jaworznie – Salomon Morel.
Uciekł dopiero w III RP, kiedy próbowano rozliczyć go za zbrodnie przeciw Narodowi Polskiemu.
Prawda, ukrywana skwapliwie przed polską opinią publiczną, jest zupełnie inna.
Gomułka otworzył przed wami świat. On dał wam bilet w jedną stronę, ale to był bilet do wolności.
Powinniście błogosławić jego pamięć.
Ale dame Baral pisze o powtórce.
Najwyraźniej chodzi jej o to, że żądania zwrotu 65 mld dolarów stanowiących równowartość rzekomo zagarniętego przez Polaków majątku należącego do Żydów budzą w Polsce powszechny opór.
Tak samo, jak próba obciążenia całego Narodu współwiną za Holokaust.
To właśnie jest nowoczesny antysemityzm – odmowa płacenia kwot wydumanych przez Przedsiębiorstwo Holokaust i ośmielenie się przedstawiania prawdy historycznej wydumanym opowieściom.
Roszczenia Żydów wobec Polski są bowiem wyjęte… znikąd.
Prof. Yehuda Bauer stwierdza bowiem kategorycznie: „Żydzi w Polsce, stanowiący 10% populacji, płacili 40% wszystkich podatków”, ale nie podaje źródła takiej informacji.
Tak samo twierdzi Anthony Polansky, który jako źródło wskazuje pracę Simona Segala tyle, że ona również nie podaje źródła tych ustaleń.
Wg Polansky’ego „1 milion z 3 milionów Żydów Polskich prawie w całości uzależniony był od pomocy dobroczynnych organizacji. W 1938 roku 50% Żydów w Polsce nie było w stanie zapłacić 5 zł komunalnego podatku, 50% pozostałych nie było stać na zapłacenie 10 zł”.
Czyli 75% polskich Żydów stanowili ludzie biedni i bardzo biedni.
Kto zatem płacił te 40% podatków?
Przed wojną Polska liczyła 38 milionów obywateli.
Oznacza to, że każdy z 750 tysięcy bogatych Żydów płacił do budżetu tyle, ile 33 pozostałych obywateli (wszystkich narodowości zamieszkujących II RP).
Przy czym źródło tych danych jest tajne/poufne.
Co więcej, od dekad Światowy Kongres Żydów szermuje opowieściami o biednych Żydach – ofiarach Holokaustu, na których to trzeba dać pieniądze, jednocześnie środki te przejmuje na własne cele.
Prof. Norman Finkelstein:
Utworzono przy Kongresie tzw. fundusz medyczny dla ofiar holokaustu, który ma finansować ich leczenie, pomoc medyczną w latach… 2030-2035. Komu ta rezerwa służy? Przyszłym pokoleniom ofiar holokaustu? Przecież to absurd zakładać, że w 90 lat po wojnie będą jeszcze żyły jej ofiary! Tworzy się więc fikcję, która ma uzasadnić rabunek. A przy okazji jest argument wobec tych nielicznych, którzy odważyli się Światowy Kongres Żydowski z odszkodowań rozliczyć. Dlaczego wypłacono ofiarom tak mało? Ponieważ stworzono „fundusze rezerwowe” na ich rzecz. Tymczasem tu o żadne ofiary nie chodzi. Liczą się jedynie korzyści osobiste aktywistów WJC! Tej bandzie zachłannych cyników nie zależy ani na prawdzie historycznej, ani na pomocy ofiarom, im chodzi tylko o pieniądze! Dla nich nie cofną się przed żadnym trickiem, łgarstwem czyfałszerstwem.
I w tym kontekście jest postrzegana twórczość literacka dame Baral. Jako ideologiczna nadbudowa kolejnej próby rabunku.
Tym razem powinniśmy zapłacić m.in. za starą kanapę oraz setkę wódki pp. Binder. Z należnymi odsetkami liczonymi wg zasad Światowego Kongresu Żydów będzie to równowartość kompletnie wyposażonych 7 sklepów meblowych razem z obsługą oraz półrocznej produkcji poznańskich zakładów Wyborowa SA (dawniej Polmos Poznań).
Oraz za cały majątek pozostawiony często przez byłych funkcjonariuszy UB i kompartii, którym umożliwiono wyjazd z komunistycznego raju, który wcześniej sami współtworzyli.
Raju, w którym wszelka własność prywatna była tępiona przez Państwo.
Potomek marcowych emigrantów Daniel Schatz pisywał cyklicznie w Jeruzalem Post na ten sam temat:
Europejska Konwencja Praw Człowieka (1953), którą ratyfikowała Rzeczpospolita Polska, stwierdza, że „każda osoba fizyczna lub prawna ma prawo do spokojnego korzystania ze swoich dóbr”. Konwencja czyni absolutnie jasnym, że „nikt nie może być pozbawiony własności”, z wyjątkiem interesu publicznego i z zastrzeżeniem warunków przewidzianych przez prawo i ogólne zasady prawa międzynarodowego. ”
Moralna reputacja Polski byłaby większa dzięki osiągnięciu sprawiedliwego porozumienia, możliwego do zaakceptowania przez wszystkie strony, w kwestii odszkodowań dla ofiar wypędzenia z 1968 roku. Najwyższy czas zrekompensować stare urazy i skonfrontować pozostałe duchy przeszłości po 48 latach bierności i bezczynności.
https://www.jpost.com/Opinion/48-years-since-expulsion-of-Polands-Jews-449256
Tak właśnie to wygląda. Jesteśmy antysemitami, ponieważ bredzenie o majątku pozostawionym rzekomo w PRL zbywamy wzruszeniem ramion i pukaniem się w czoło. Najbardziej zaciekli antysemici z kolei przypominają, że część marcowych emigrantów weszła w posiadanie mieszkań wskutek wyrzucenia ich pierwotnych właścicieli przez władzę ludową, a więc trudno mówić, że byli właścicielami czegokolwiek z tego samego powodu, dla którego złodziej nie staje się właścicielem babcinej renty, którą znalazł w wyrwanej jej przed chwilą torebce.
Na nic zdaje się przypominanie, że w Polsce nie ma incydentów antysemickich takich, jak we Francji czy Niemczech.
I że Żyd w Polsce może czuć się bezpiecznie.
W dzisiejszych czasach antysemitą jest ten tylko, kto sprzeciwia się żądaniom finansowym Światowego Kongresu Żydów.
25.12 2018
Fot. w tekście: Sabina Binder z wujkiem, lata 1950. Tak w tym czasie ubierali się tylko funkcjonariusze UB. Zdjęcie na prawach cytatu z: wydawnictwo Austeria.
Zostaw komentarz