Rok 1982 na uczelniach zaczął się z opóźnieniem. Szok, jaki wielu z nas przeżyło 13 grudnia został wzmocniony nagłym ograniczeniem sporych jak na realny socjalizm wolności akademickich. Mimo to, a może właśnie dlatego, kiedy tylko było to możliwe staraliśmy się wciągać prowadzących ćwiczenia w dyskusje. Jedną z nich zapamiętałem do tej pory.

Po coraz odważniej rzucanych oskarżeniach pod adresem junty Jaruzelskiego musiało w końcu dojść do poruszenia najważniejszego – ZOMO bije.

Nie tylko bije, ale nawet zabija.

Prowadzący ćwiczenia dr X. (obecnie… sędzia Sądu Najważniejszego, pardon, Najwyższego) chwilę zmilczał, by pod wpływem jakiegoś zewnętrznego olśnienia powiedzieć:

– Na problem bicia należy patrzeć dialektycznie. Najważniejsze jest rozróżnienie – kto bije i w imię czego.

Mimo upływu 36 lat ciągle pamiętam nasze zdziwione twarze. Bo z jednej strony raptem kilkanaście tygodni wcześniej słuchaliśmy z wypiekami na twarzy relacji Wolnej Europy z „Wujka”, kopalni położonej góra dwa kilometry w prostej linii od siedziby wydziału i większość z nas była oburzona bestialstwem tzw. władzy ludowej, z drugiej – hamowała zapędy świadomość, że kształcimy się przecież po to, by w niedalekiej przyszłości zasilić kadry socjalistycznej Ojczyzny.

Bo o ile w tamtych czasach zostać sędzią czy prokuratorem mógł praktycznie każdy absolwent studiów prawniczych, to droga do zawodu adwokata była zamknięta dla nie swoich.

 Dr (ówcześnie, obecnie to profesor belwederski) X. podał nam wygodną protezę.

Jeśli kogoś biją zapytaj naprzód, dlaczego, a dopiero potem wkraczaj z interwencją.

Na szczęście sporo osób uznało to za nieudolną próbę tłumaczenia bestialstwa junty. Ale o tym mówiliśmy już w zaciszu akademików, zebrani w gronie osób, którym można było ufać.

Dlaczego o tym piszę?

Nadredaktor coraz bardziej niszowej gadzinówki o nazwie „gazeta wyborcza” raczył był opublikować list do prezydenta Gdańska Adamowicza. Tak, tego samego, który ma problemy z pamięcią, przynajmniej jeśli chodzi o jego monstrualnie wielki majątek. I który ostatnio „zasrał” Zatokę Gdańską, czego następczym efektem jest aktualny zakwit sinic uniemożliwiający kąpiel w Bałtyku w Zatoce i na Helu.

Michnik pisze:

.

.

Szanowny Panie Prezydencie, Drogi Pawle!

Z osłupieniem przeczytałem informację, że wyrokiem sądu gdańskiego zostałeś skazany za to, że stanąłeś w mojej obronie, gdy podczas wykładu, ruszyła na mnie kilkuosobowa bojówka z tzw. Młodzieży Wszechpolskiej.

Dobrze pamiętam ten moment. Ci ludzie na salę wykładową weszli nie po to, by wysłuchać tego, co wykładowca miał do powiedzenia; nie po to też, by z nim dyskutować. Przyszli po to, by zerwać wykład i sprowokować awanturę. Tak zawsze postępowali – i postępują – faszyści.

Pamiętam takie sceny z 1968 r., potem z bojówek inspirowanych przez bezpiekę, które przychodziły na wykłady TKN (Latającego Uniwersytetu), z akcji tzw. zjednoczenia patriotycznego „Grunwald”. Rozpoznaję dziś w różnych salach, różnych miast, ten zapach smrodliwy faszyzmu. Tak było i w Gdańsku. Wtedy ogromna większość sali – i Ty, prezydent Gdańska – stanęła w obronie wykładu. Wśród skandowanego apelu: „Faszyści, won!”, skonfundowani bohaterowie opuścili salę.

Pragnę Ci, Pawle, serdecznie podziękować za twój gest solidarności i obronę prawa do swobodnej rozmowy. Poczułem się wtedy znów w tym Gdańsku, który jest dumą całej Polski; w Gdańsku z Sierpnia 1980 r., w Gdańsku tamtej „Solidarności” i tamtego Lecha Wałęsy.

Bowiem pamiętam i inny Gdańsk: ten z procesu gdańskiego z 1985 r., gdzie Władysław Frasyniuk, Bogdan Lis i ja byliśmy sądzeni i skazani przez sędziego Krzysztofa Zieniuka. To był sędzia ówczesnej „dobrej zmiany”.

Tak więc są dwa Gdański, dwie Polski, dwa rozumienia uczciwego wymiaru sprawiedliwości. Ty należysz do tego Gdańska z Sierpnia 80 r., a ci bojówkarze o obyczajach faszystowskich, którzy tęsknią za klimatem stanu wojennego przynależą do Polski z procesu gdańskiego i sędziego Zieniuka.

Pozostaję optymistą. Wierzyłem, że „orła wrona nie pokona”; wierzę, że w Polsce „faszyzm nie przejdzie”. Przyjmij Pawle wyrazy szacunku i wdzięczności

Adam Michnik

http://adamowicz.pl/2018/07/24/list-adama-michnika/

W tymże samym Gdańsku 20 maja 2018 r. ma miejsce spotkanie z premierem Mateuszem Morawieckim.

Premier Mateusz Morawiecki spotkał się z mieszkańcami Gdańska w niedzielę. Kiedy odpowiadał na pytania zgromadzonej w Sali BHP w Stoczni Gdańskiej publiczności, rozpoczęła się demonstracja. Jej uczestnicy wyciągnęli transparenty między innymi o treści „Pycha i Szmal”, „PiS wyrzuca niepełnosprawne dzieci ze szkół” i „Wspieramy protest niepełnosprawnych w Sejmie”. Premier w asyście ochroniarzy wyszedł ze spotkania.

 https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/przepychanki-i-krzyki-na-spotkaniu-z-morawieckim-w-gdansku,838631.html

Gdyby te same normy stosować w obu przypadkach jaczejkę totalitarnej oPOzycji należałoby wyzwać od… faszystów.

Ci ludzie na salę BHP Stoczni Gdańskiej weszli nie po to, by wysłuchać tego, co Morawiecki miał do powiedzenia; nie po to też, by z nim dyskutować. Przyszli po to, by zerwać spotkanie i sprowokować awanturę. Tak zawsze postępowali – i postępują – faszyści.

Ale Michnik i oPOzycja najwyraźniej wyznaje teorię doktora (obecnie profesora i sędziego SN) X.

Ktoś, kto krzykiem próbuje zarwać spotkanie, na którym prelegentem jest Michnik, to faszysta.

Natomiast ten, kto wrzeszczy by zarwać spotkanie wrogowi Michnika… broni demokracji.

Proste?

.

25.07 2018