Jakieś szaleństwo z dzikami, którymi znajomi ozdabiają swoje zdjęcia profilowe. Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć, że choroby roznoszonej m.in. przez zwierzęta domowe, lisy, szczury, a nawet owady nie można zatrzymać inaczej, niż redukując populację chorych zwierząt do poziomu, przy którym chore osobniki zdechną, zanim zdążą zarazić zdrowe? Od tysiącleci tak zawsze wygasały epidemie i natura niczego lepszego nie wymyśliła. Mogą sobie chłopi 24/7 chodzić w aseptycznych kondomach na głowach i butach, ale zaraza przenosi się także przez pokarm, który zarażą za kilka miesięcy buszujące w kukurydzy dziki. Co z tego, że chłop postawi zasieki wokół chlewni, jak wirus trafi do środka razem z karmą? Pułapki z trucizną na szczury stoją w „Złotych Tarasach”, w „Arkadii”, a ktoś wierzy, że można wyeliminować je w 100% w chlewniach?

Minister rolnictwa od kilku lat grozi rozwiązaniem Polskiemu Związkowi Łowieckiemu za niewywiązywanie się z limitu odstrzałów, a w sieci bzdury o myśliwych, którzy chcą je wybić. ASF jest śmiertelną, nieuleczalną chorobą, która i tak zabije porównywalną z odstrzałem liczbę osobników, tyle tylko, że te umierając w męczarniach zabiorą jeszcze ze sobą 11 mln świń. Męka dzika w lesie, którą powoduje ASF nie jest tak widowiskowa, jak pokot, ale są jakieś granice szaleństwa. Ktoś te 11 milionów świń trzymanych w Polsce zje, a serduszko pika, gdy trzeba odstrzelić 200 tys. takich samych świń, tylko owłosionych? Aż się przypomina znany dowcip o szczurze z łysym ogonem i chomiku, któremu ten drugi wyjaśnia, że ma ch***y PR i dlatego nikt go nie lubi.

Mieszkam przy lesie i zapytałem niedawno pracowników Lasów Państwowych, dlaczego nikt nie rozrzuca, jak kiedyś szczepionek dla lisów, skoro jest ich tak dużo, że wymordowały już niemal wszystko, co mniejsze od nich i zaczynają polować na koty i drób. Odpowiedź wprawiła mnie w osłupienie – wścieklizna stała się pożądaną chorobą. Zamiast męczyć się ze świrami z „Ludzi przeciwko myśliwym” wystarczy dać działać naturze. Przy takim zagęszczeniu lisów wścieklizna zrobi swoje, a że zginą przy tym także zwierzęta domowe, drapieżniki i padlinożercy leśni nikogo nie obchodzi. Podobnie, jak z ASF kosztem przyrody państwo kapituluje w walce z eko-świrami. Tyle dobrego, że ASF, to nie wścieklizna i każdy obywatel odczuje na własnej skórze koszty wielomiliardowej katastrofy w rolnictwie. Może jako społeczeństwo powinniśmy zapłacić tę cenę, nauczyć się odróżniać eko-hochsztaplerów do naukowców?

P.S. Nie jem wieprzowiny, ani w ogóle mięsa, ale to nie znaczy, że dam się zwariować wariatom.

Autor: Krzysztof Panek

Zdjęcie poglądowe, pixabay