Post znajomego, o tym jak młode dziewczyny bywają zaczepiane przez starszych facetów, który niedawno przeczytałam na fb przypomniał mi pewną moją dziwaczną przygodę z bardzo dawnych lat.
Po krotce jest to historia o tym, jak to KSS – KOR i polityka uratowały moją dziewczęcą cnotę, a jeden z morałów, jakie z niej wynikają jest taki,ze ochronić szaloną nastolatkę, to może czasem tylko własny, zielony rozum i Anioł Stróż, bo rodzice bezradni.
Otóż gdzieś tak w końcówce lat 70, moje babcie, czyli babcia i jej siostra spędzały wakacje w Kazimierzu nad Wisła. Prowadził tam pensjonat i coś w rodzaju ubożutkiej restauracji (ale z platerowanymi sztućcami), zaraz nad Grodarzem, ktory wówczas jeszcze nie wysechł – niejaki pan Michalski.
Babcie z wielkim trudem dawały się moim rodzicom przekonać do wyjazdu na wakacje, więc zostałam im podsunięta jako fortel, że to niby „z dzieckiem” powinny pojechać. Łatwo sobie wyobrazić, że spędzanie więcej niż tygodnia w Kazimierzu z dwiema starszymi paniami, średnio uśmiechało się szesnastolatce, więc gdy zasadniczy okres karencji minął, wynegocjowałam sobie prawo powrotu do Warszawy. No PKSem oczywiście. Nie ujawniłam, ze biletu to ja nie mam i nie ma zbyt wielkiej szansy bym się zabrała, bo już w duchu robiłam inne plany. Postanowiłam bowiem pojechać autostopem. Udało mi sie nad wyraz, bo już na kazimierskim przystanku PKSu spotkałam dwóch około 30 letnich dżentelmenów, którzy właśnie jechali do Warszawy samochodem. Panowie wykazali wyraźne zainteresowanie moją osobą, a w dodatku wyobraźcie sobie byli FILMOWCAMI!!! Kto to był, czy jakiś asystent oświetleniowca z pomocnikiem kierownika planu, tego nie wiem, ale wydaje mi się, że padało nazwisko Skolimowskiego i Piwowskiego co zrobiło na mnie wystarczające wrażenie.
Oczywiście w drodze w ramach pogaduszek, nie omieszkałam zaagitować panów w sprawie opozycji, protestów w Radomiu i Ursusie, Wolnej Europy i w ogóle. Dopiero dziś jak to opowiadam uświadamiam sobie jak rozbawieni, ale i zdumieni musieli być ci faceci. No ale czy byli zdumieni czy nie zdumieni, dojechaliśmy do!Warszawy, odwieźliśmy jednego z nich i drugi został ze mną sam na sam… Tu w moim szesnastoletnim mózgu zapaliła się lampka alarmowa, bo mój kierowca oświadczył, że owszem, zaraz mnie odwiezie, ale najpierw podjedziemy do niego do domu, bo on musi się wykąpać(!), przebrać i potem będzie jechał dalej. Facet mieszkał w willi, gdzieś, czy to na Wale Miedzeszyńskim, czy już na Saskiej Kępie, nie pamiętam. Nie powiem Wam już dziś, jakie były przyczyny tego, ze pomimo wszelkich lampek alarmowych, nieco niepewnie i z wahaniem, ale jednak wlazłam do środka, tak jak zapraszał, „żeby poczekać” . Zgodnie z zapowiedzią mój gospodarz pomaszerował do łazienki, potem wyłonił się krzątając po mieszkaniu w szlafroku, a ja coraz bardziej spanikowana zaczęłam mu z wiekim naciskiem i skwapliwie opowiadać, jak bardzo jestem „trefna”… „Bo wiesz, mój tata SAM JEST NAWET CZŁONKIEM KORu…” Facet popatrzył na mnie tym razem uważniej i z jeszcze większym zdumieniem i zapytał czy znam Kuronia, albo Michnika a ja entuzjastycznie potwierdziłam.
Uspokajająco machnął ręką i powiedział: dobrze, dobrze, chwileczkę jeszcze poczekaj zaraz jedziemy. Cos tam poskładał, ubrał się. No i w ten sposób ostatecznie zostałam cała i zdrowa dostarczona do domu.

No i ostatni morał z tego wszystkiego: interesuj się polityką i życiem publicznym- to często naraża cię na dyskomfort i nawet wręcz ryzyko, ale może i ochronić…

Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 do 2016 roku wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.