Przeczytawszy dyskusję pod moimi ostatnimi postami doszłam do wniosku, że mamy obecnie ogromny problem z odróżnianiem wierności zasadom od poparcia dla ludzi, ugrupowań i ideologii.

Bardzo wiele osób nie jest w stanie pojąć, że można w jakiejś sytuacji bronic kogoś kogo się nie popiera… i to obojętnie czy oni sami tego kogoś popierają czy też nie. Jeśli popierają to uważają cię za hipokrytę, półdziewicę, która chce zjeść ciasteczko i je mieć i zamiast poprzeć uciśnionego, to wymyśla jakieś „ale”. Jeśli nie popierają, patrzą się na ciebie podejrzliwie uważając, że alboś pomylony, albo tak naprawdę jesteś ukrytym stronnikiem tych, których bronisz.

Generalnie w naszej dzisiejszej rzeczywistości jest miejsce tylko dla sympatii i antypatii, gorącego poparcia i nienawiści… Wyznawanie pewnych ogólnych zasad, nie opartych o poparcie dla kogoś, albo o niechęć do kogo innego, spotyka się z odrzuceniem – przede wszystkim poprzez totalne niezrozumienie, niewiarę, że to możliwe.

To po pierwsze a po drugie: jak to jest, że ofiara nie zawsze jest w 100% niewinna i szlachetna, ale przez to wcale nie przestaje być ofiarą? Z mojego doświadczenia wynika, że bardzo często tak jest. Ba! Powiem więcej: w jakimś stopniu to nawet rzadko bywa inaczej.

Weźmy moje doświadczenia z Kosowa z 1999/ 2000 roku. Albańskie UČK to naprawdę nie byli rycerze bez skazy, a struktura pół partyzancka, pół mafijna, ale czy to znaczy, że z tego powodu Serbowie powinni byli ich dziesiątkami i setkami tysięcy wygnać z domów, spalić ileś ich wiosek (co sama widziałam), przy okazji pewną liczbę mordując? Ano nie…

Ps. A jako bonus, w prezencie dla Was drodzy znajomi i czytelnicy, ode mnie, coś czego się nijak nie da opisać na Fb, ani przekazać przez internet: trochę zapachu skoszonego siana…

Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.