Koniec lipca, a więc sezon Ogórkowy w pełni. Teraz do walki wkracza REM.

W pierwszej chwili, gdy rzuciłem okiem na wiadomość dnia lisiego portalu (Onet), pomyślałem sobie, że Magdalena Ogórek przyśniła się któremuś z prowadzących żurnalistów. Bo przecież skrót REM oznacza tzw. sen paradoksalny, w czasie którego pojawiają się marzenia senne.

Niestety, myliłem się. REM w onetowym znaczeniu to Rada Etyki Mediów.

Dość ciekawy to twór, najwyraźniej niedostępny dla internauty. Otóż po wrzuceniu w googlownicę hasła rada etyki mediów jako pierwszy pojawia się link do strony Oddziału Warszawskiego SDP.

Wchodzę zatem.

Jednak próba wyszukania Rady Etyki Mediów kończy się w taki sposób:

Tylko na stronie SDRP będącego następcą niesławnej pamięci SDPRL znajdujemy więcej informacji.

31 sierpnia nastąpiła inauguracja VII kadencji Rady Etyki Mediów, działającej od 1994 roku. Uczestników spotkania powitał jego gospodarz, red. Jerzy Domański, przewodniczący Zarządu Głównego SDRP, a red. Piotr Górski, przewodniczący Stowarzyszenia Konferencja Mediów Polskich, wręczył nominacje członkom REM, wybranym przez SKMP.

Przewodniczącym Rady został ponownie red. Ryszard Bańkowicz. Na wiceprzewodniczących powołano red. Helenę Kowalik (także ponownie) i red. Krzysztofa Bobińskiego. Stanowisko sekretarza REM objęła red. Barbara Markowska-Wójcik, pełniąca tę funkcję również w poprzedniej kadencji.

http://dziennikarzerp.org.pl/vii-kadencja-rady-etyki-mediow/

Popatrzmy więc bliżej, kto dba o etykę medialną w Polsce.

Ryszard Bańkowicz, lat 78 (r.1939). Od 1961 zawodowo związany z dziennikarstwem prasowym. Pisał w „Kurierze Polskim”, „Świecie”, „Dookoła Świata”, „Razem”. Od 1986 do 1992 był korespondentem „Życia Warszawy”, później publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”.

(za wiki).

Helena Kowalik. Jej strona w wikipedii jeszcze nie powstała, ale za to znajdujemy teksty autorstwa tej pani w postkomunistycznym Przeglądzie.

O, tutaj np.

 https://www.tygodnikprzeglad.pl/piszczyk-ja/

Krzysztof Bobiński, lat 68. Prywatnie mąż Leny Kolarskiej-Bobińskiej, europosłanki z ramienia PO. Sam również kandydował w 2004 roku, ale bez skutku. W 2013 odznaczony przez Bronisława Komorowskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Barbara Markowska – Wójcik. Przewodnicząca Związku Zawodowego Pracowników Twórczych Wizja oraz szefowa Syndykatu Dziennikarzy Polskich.

Jak widać w zarządzie Rady Etyki Mediów brak jest osób związanych choćby przelotnie z prasą i mediami prawicowymi.

Nie dziwi zatem wytoczenie najcięższego działa w stronę Magdaleny Ogórek.

Zdaniem nieznanej w necie z miejsca pobytu Rady Etyki Mediów red. Ogórek poprzez przypomnienie korzeni Markowi Borowskiemu „złamała zasadę szacunku i tolerancji, czyli poszanowania ludzkiej godności, praw dóbr osobistych, a szczególnie prywatności i dobrego imienia, wytykając senatorowi Markowi Borowskiemu, w utrzymanym w antysemickiej retoryce wpisie na forum społecznościowym, rzekomą zmianę nazwiska na polsko brzmiące”.

Zupełnie tak, jakby kupiec bławatny Aaron Berman postanowił w nowej rzeczywistości zmienić nazwisko na polskobrzmiące, bo chciał objąć akurat wakującą posadę woźnego w szkółce niedzielnej.

Ewentualnie palacza w szpitalu powiatowym.

Tymczasem

Marek Borowski jest synem wysokiej rangi komunistycznego działacza o bardzo szkodliwej antypolskiej przeszłości. Jego ojciec Wiktor Borowski (właściwie Aaron Berman) był w czasach II Rzeczypospolitej trzykrotnie skazywany na więzienie za działalność wymierzoną w interesy Polski. Zaszedł bardzo wysoko w strukturach KPP – partii zdrady narodowej – stał się członkiem sekretariatu jej władz. Został nawet pracownikiem przedstawicielstwa KPP przy Komitecie Wykonawczym Międzynarodówki Komunistycznej w Moskwie. Można więc powiedzieć, że stał się prawdziwą szychą wśród agentury sowieckiej na Polskę.

Po wojnie ojciec Borowskiego należał do najgorszych stalinizatorów polskiej prasy jako redaktor naczelny „Życia Warszawy”, a od 1951 r. zastępca redaktora naczelnego głównego dziennika komunistycznego – „Trybuny Ludu”.

Młody Marek Borowski był – według „Wprost” – bardzo mocno związany duchowo ze swym ojcem stalinowcem. Polityk Unii Wolności Jan Lityński, który chodził z nim do jednej klasy (w sławetnym liceum dla młodzieży bananowej im. Klimenta Gottwalda), wspominał, że M. Borowski już wtedy „był ideowym wyznawcą komunizmu”. Młody Borowski wcześnie zaprzyjaźnił się z innym synem komunistycznego działacza – Adamem Michnikiem, a w 1962 r. wstąpił do założonego przez Michnika międzyszkolnego Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności. W 1967 r. został członkiem PZPR. W 1967 r., wraz z „oczyszczaniem” przez moczarowców działaczy z partyjnego lobby żydowskiego tzw. puławian, ojciec Borowskiego stracił piastowaną od 1951 r. funkcję zastępcy naczelnego „Trybuny Ludu”. To jeszcze mocniej popchnęło związanego z michnikowcami Borowskiego do opozycyjnego ruchu studenckiego w 1968 r.; odegrał w nim aktywną rolę. Został wyrzucony z PZPR, co ogromnie przeżył; był wręcz zdruzgotany. Pozostał jednak – jak wspominał – nadal wierny wartościom komunistycznym. Pozostał członkiem ZMS-u i dalej studiował na SGPiS-ie. Po ukończeniu studiów zaczął pracować w Domach Towarowych „Centrum”, gdzie został przewodniczącym ZMS. Już po kilku latach – w 1973 r. – wysłano go na staż do francuskich domów towarowych.
Powrócił do PZPR w 1975 r. – roku dość szczególnym, w którym zaproponowano wpis do Konstytucji o wiecznej przyjaźni z ZSRS. W „Życiu” z 3 listopada 2001 r. Joanna Bichniewicz napisała: „Wprowadzenie stanu wojennego przyjął niemal z ulgą. ‚To było racjonalne i słuszne rozwiązanie’ – mówił zarówno wtedy, jak i dziś”. Ciekawe, że akurat w dobie stanu wojennego zaczął się nagły skok jego kariery – zatrudnienie w Ministerstwie Rynku Wewnętrznego. Znalazł jakichś dobrych protektorów. Był to szczególnie dobry czas dla awansów towarzyszy żydowskiego pochodzenia. Jak stwierdził żydowski publicysta Abel Kainer (Stanisław Krajewski) na łamach podziemnej KOR-owskiej „Krytyki”, nr 15 z 1983 r., „WRON grała rolę bardziej opiekunki Żydów”. Znany izraelski naukowiec profesor Chone Shmeruk mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” z 19 kwietnia 1995 r.: „Władze PRL w latach 80. też popierały sprawy żydowskie. Było wtedy takie powiedzonko: ‚Co się nosi w Polsce? Żydów na rękach’ (…)”.

Redaktor Bichniewicz w kontekście ówczesnego awansu Borowskiego przytoczyła wypowiedź jednego z członków SLD i długoletniego działacza PZPR: „Musiał go ktoś dobrze pilotować. Nie było takich cudów, by ktoś, ot tak, wypatrzył młodego zdolnego w Domach ‚Centrum’ i zapragnął go mieć w ministerstwie. Nie w tamtym systemie”. Być może o awansie Borowskiego zadecydowały wcale nie znajomości rodzinne i nowa filosemicka moda czasów Jaruzelskiego, lecz jego własne kontakty. Były przewodniczący Klubu Parlamentarnego KPN Krzysztof Król zapewniał, że „Borowski prowadził w DT ‚Centrum’ sklepik za tzw. żółtymi firankami, czyli dla KC i uprzywilejowanych członków partii” (według tekstu Anity Gargas w „Gazecie Polskiej” z 5 stycznia 1995 r.). Sprzyjało to poznaniu „odpowiednich” protektorów.
Za rządów T. Mazowieckiego Borowski awansował na podsekretarza stanu w Ministerstwie Rynku Wewnętrznego, gdzie odpowiadał za rynek artykułów konsumpcyjnych i nadzorował prywatyzację handlu i turystyki. Anita Gargas, pisząc w „Gazecie Polskiej” o tym okresie kariery Borowskiego, przypomniała: <<To w tym okresie doszła do skutku afera alkoholowa, za co miał odpowiadać przed Trybunałem Stanu przełożony Borowskiego>>.”

(za: prof. dr hab. Jerzy Robert Nowak)

Ale wg członków Rady Etyki Mediów przypominanie o tym godzi w ludzką godność !

Kiedy więc potępią publikacje o Stalinie czy innym Hitlerze, bo przecież każdy z nich posiada żyjącą rodzinę? !

Cytowany wyżej prof. Nowak uprzedzając niejako to stwierdzenie pisał:

„jak miał się uczyć patriotyzmu np. Jerzy Wiatr (od ojca-agenta gestapo), Cimoszewicz (od ojca  oficera stalinowskiej informacji) czy Dawid Warszawski (od ojca – agenta NKWD). Porównuję drogi licznych wpływowych ludzi i ich rodziców czy całych familii, zastanawiając się nad wyniesionymi przez nich z domów rodzinnych przesłaniami, które spaczyły ich wychowanie. Znać rodowody, to wiele zrozumieć. Na przykład zrozumieć lewicową tendencyjność Moniki Olejnik, córki pułkownika [ponoć majora – HD] MSW, czy uprzedzenia do Kościoła katolickiego ze strony wychowanego w ateistycznym środowisku Jerzego Owsiaka, syna wysoko postawionego partyjnego milicjanta.”

Borowski wpisuje się doskonale w ten scenariusz. Na dodatek był dość blisko spokrewniony z największym katem stalinowskiej Polski – Jakubem Bermanem.

I tylko to było powodem zmiany nazwiska.

Nie rzekomego, jak sugerują lewicowi etycy, ale jak najbardziej realnego.

Dzisiaj REM próbuje nam wmówić, że przypominanie korzeni to coś ogromnie złego. Czy dlatego, że  w społeczeństwie „multi-kulti” nie mają znaczenia poglądy, a jedyne „zło” to przyznawanie się do tradycyjnych wartości – wiary, kultury chrześcijańskiej i rodziny?

Ale my zaściankowi, ksenofobiczni czarnogrodzianie zupełnie po europejsku, tak samo jak współcześni Niemcy, żądamy od potomków katów pokory.

Jeśli bowiem przez tyle lat po wojnie żal okazuje syn Hansa Franka, który w chwili śmierci ojca miał 7 lat to tym bardziej powinien okazywać go Marek Borowski, który w chwili odstawienia ojca na partyjny boczny tor miał lat 19.

I korzystał w pełni z przywilejów, o których obywatele PRL nie mieli nawet pojęcia.

Fenomen dzieci socjalistycznych katów strojących się w piórka autorytetów moralnych w połączeniu z trwającą prawie trzy dekady grabieżą kraju wywoła w przyszłości niekontrolowany wybuch jeśli przełom roku 2015 okaże się tylko chwilowym rozładowaniem nastrojów.

31.07 2017