Cytat z wierszyka – dość makabrycznego przyznaję – autorstwa Stanisława Lema, zawiera…, niestety… często nie ziarnko, ale całe ziarno, a nawet niekiedy worek ziarna prawdy. Dlaczego właśnie w rodzinie najtrudniej o harmonię, czułość czy wreszcie – użyję tego wielkiego słowa – miłość?

Przypomina mi się zasłyszana historia – ich kopalnią jest moja przyjaciółka, której maksymy czy opowiadania będę cytować na łamach moich felietonów, gdyż jakże trafnie oddają wiele typowych zachowań ludzkich. Otóż owa przyjaciółka w jednej z naszych rozmów wypowiedziała takie słowa “chcesz się zdołować do reszty, to zadzwoń do własnej matki” – a potem rozwinęła swoją maksymę, opowia-dając, że z tęsknoty za rodzicielką sięgnęła po słuchawkę, po to, aby usłyszeć, jak źle prowadzi swoje życie, że powinna znaleźć stałą, dobrze płatną pracę, bogatego męża, zrobić doktorat etc., etc…

Na nieśmiały protest córki – “ależ mamo, tylu moich znajomych mnie lubi i wcale nie uważa, że mam cokolwiek zmieniać w życiu” – zabrzmiała zdecydowana odpowiedź – “A któż ma ci powiedzieć prawdę, jak nie własna matka?”.

Inna z kolei znajoma opowiadała mi, jak jej umierająca matka konając zdołała wykrztusić – “jesteś za gruba, powinnaś schudnąć.”

Czy wypowiadanie “prawdy” w rodzinie zawsze musi ranić? Chciałoby uciekać się pod skrzydła bliskich z tą ufnością, że zawsze nas przygarną. I to się nie tyczy tylko relacji dziecko-rodzic. Z czasem to też rodzice oczekują tego przygarnięcia od dzieci. Oferując im przez długie lata często pełną wyrzeczeń opiekę, pragną być przez dorastające pociechy otoczeni troską, czułością. A tymczasem dzieci miłość rodziców uważają za coś oczywistego i nie doceniają jej tak, jak powinni.

Często myślę o tych relacjach rodzinnych (nie poruszając w tym felietonie tematu mąż-żona czy partner- partnerka) i wydaje mi się, że o wiele prościej jest kooperować z ludźmi zupełnie z nami niespokrewnionymi. Rodziców, dzieci, krewnych się nie wybiera. Powinniśmy ich kochać – toż to są “nasi najbliżsi” – tak często ich określamy. To z nimi siadamy do stołu wigilijnego… A propos Wigilii, podobno został opublikowany poradnik, w którym objaśnia się, jak przy stole wigilijnym usadzić członków rodziny, tak, aby się nie pokłócili. Możliwe, że w pewnych domach taki poradnik byłby bardzo pomocny.

Wielu z nas emigrantów zostawiło licznych krewnych w Polsce. Wzdychamy nieraz wspominając spotkania rodzinne z okazji imienin, chrzcin, pierwszych komunii, kiedy stoły uginały się od jedzenia i alkoholu, a wśród nich uganiała się liczna dziatwa. Te sceny wydają się nam takie sielskie. Czy rzeczywiście było tak cudnie, gdy mieszkaliśmy wśród nich?

Tymczasem z tą “resztką” rodziny, która nam pozostała na emigracji często nie potrafimy dobrze żyć. Ileż nasłuchałam się historii – nie tych przerażających, ale z pozoru błahych, gdzie kilka słów, wzruszenie ramion czy grymas na twarzy zadaje ból nie do opisania. Cierpimy w milczeniu, połykamy łzy, staramy się zapomnieć. A jednak tych cierni wbijanych przez najbliższych nie można łatwo usunąć. Tkwią w nas niekiedy przez lata. Czy jest na to sposób? Czy potrafimy o tym rozmawiać? Są momenty, gdy pozostajemy zupełnie bez pomysłu, jak rozbić mur, który wyrasta pomiędzy “kochającymi się”. Dlatego, gdy słyszę różne historie o złych rodzicach, czy niewdzięcznych dzieciach, nie u-dzielam rad, nie spieszę się ze słowami – “powinnaś, czy powinieneś” gdyż sama nieraz nie znajdowałam doskonałego rozwiązania. A może gdyby było tak łatwo, nie docenilibyśmy tych cudownych momentów, kiedy wszystko jest dobrze i ogarnia nas fala szczęścia z powodu posiadania drogich, związanych z nami więzami krwi osób?

A może wierszyk Lema nas zupełnie nie dotyczy i należymy do tych rzadkich wybrańców, których rodzina jest ową przysłowiową opoką?

Felieton pierwotnie opublikowano na portalu „Gazeta Dziennik Polonii w Kanadzie„.