Ostatnimi czasy zapasy autorytetów made in Gazeta Wyborcza uległy znacznemu przerzedzeniu i zdewaluowaniu. W związku z tym do obrony demokracji wspomniana Gazeta sięgnęła po posiłki z zagranicy wzywając na pomoc syna niejakiego Hansa Franka, miłego gościa, którego przyjacielskie związki z naszym krajem miały miejsce w latach 1939-1945. Hans Frank twierdził, że jego stosunek do Polaków „był stosunkiem mrówki do mszycy”, czyli zapewniał opiekę w zamian za pracę. Opieka polegała na eliminacji nadmiaru ludności przez rozstrzelania i dewastację gospodarki. Hansowi Frankowi spodobał się nasz kraj do tego stopnia, że kiedy został zmuszony do opuszczenia go, zabrał ze sobą wiele pamiątek o wartości dla niego sentymentalnej m.in. dzieła RembrandtaRafaela oraz Leonarda da Vinci.

Potomek Hansa Franka nie przyjechał jednak, żeby zwrócić zrabowane przez ojca dzieła sztuki, lecz żeby pomóc obalić polski rząd oraz przywrócić wolność i demokrację w Polsce. Ciekawe, czy w nagrodę za to dostanie od Gazety Wyborczej w zarządzanie jakąś Gubernię na południu Polski. Może to robić wspólne z Tomaszem Grossem.

Wdowa po panu Kiszczaku, pani Kiszczakowa, przyciśnięta potrzebą materialną, postanowiła spieniężyć akta bezpieki, które jej małżonek przechowywał na czarną godzinę. Niestety, pomyliła instytuty, bo zamiast udać się po kasę do Instytutu Lecha Wałęsy, poszła do Instytutu Pamięci Narodowej, rozwalając mimo woli system III RP. IPN zamiast jej zapłacić, zachował się niegodnie i zrobił rewizję w jej domu, skąd wygarnął resztę dokumentów przechowywanych przez Człowieka Honoru Gazety Wyborczej. W dwóch teczkach były papiery świadczące dobitnie o tym, że Bolek to Bolek. Jest nadzieja, że o zawartości pozostałych 50 kilogramów dowiemy się niebawem.

Krążą słuchy, że całą tę akcję przeprowadził Jarosław Kaczyński, który udał się do IPN przebrany za wdowę po Kiszczaku, aby oddać papiery na Bolka spreparowane przez PiS w 1976 roku.

Jak można było przewidzieć, na ratunek ikonie Solidarności ruszył tłum oburzonych przedstawicieli III RP. Narracja nieco zmieniła się, bo obrońcy Bolka już nie twierdzą, że nie donosił za pieniądze na kolegów. Aktualna wersja jest, że „coś tam podpisał”, ale inni też się dali złamać. Poza tym całą swoją działalnością dowiódł, że jest wielkim człowiekiem i tym samym odpokutował za błędy przeszłości.

Niestety, ta wersja także się nie obroni, ponieważ są już poważne przesłanki mówiące o tym, że Wałęsa nie stanął na czele Solidarności, lecz został postawiony. Na czele tego ruchu miały stanąć osoby bardziej wartościowe od Bolka, lecz pewne zakulisowe działania spowodowały, że na pierwszy plan wysunął się prymitywny osobnik o wątpliwym morale i nadętym ego, którym można było bez trudu manipulować. Całe jego późniejsze postępowanie świadczy o tym, że plan sowieckiego KGB był realizowany przez towarzyszy z Polski konsekwentnie i skutecznie. Udało się nawet doprowadzić do objęcia przez Bolka najwyższego urzędu w państwie. Mimo obietnic, że „puści komunistów z torbami”, Wałęsa spowodował że postkomuniści bez problemu zagnieździli się w Polsce obejmując w posiadanie nie tylko majątek, ale także rząd dusz. Udało im się do tego stopnia, że część Polaków do tej pory wierzy w to, że gdyby nie Wałęsa, to nie byłoby ich na świecie i w ogóle nie byłoby niczego.

Tymczasem Bolek przeszedł do kontrofensywy i oprócz groteskowej działalności na swoim twitterowym mini blogu, planuje pójść do sądu. Mogłoby to wydać się śmieszne, gdyby nie pamięć o wyroku sądu lustracyjnego a później Sądu Administracyjnego, w wyniku których mieliśmy do czynienia z żenującą sceną wręczenia Wałęsie przez ówczesnego prezesa IPN, Leona Kieresa, statusu pokrzywdzonego. Zakładając, że sędzią, który teraz będzie orzekał w sprawie Bolka może zostać np. Igor Tuleya, którego matka jest w grupie niezłomnych obrońców pamięci Bolka, wyrok nie wydaje się być przesądzony.

Póki co, wypada nam czekać na następne teczki i liczyć na to, że znowu ktoś pomyli Instytuty i pójdzie do IPN zamiast np. do Instytutu Myśli Bronisława Komorowskiego.

Na to, że IPN sam poszuka teczek raczej liczyć nie możemy. Aktualny szef Instytutu do złudzenia przypomina porucznika Grubera (z serialu „Allo, Allo”), o którym mówiono, że jest „trochę w tę, trochę we wtę”. Porucznik Gruber, oględnie mówiąc, był w równym stopniu szarmancki seksualnie wobec kobiet jak i wobec mężczyzn.

Innym newsem, którym żyła przez ostatnie dni Polska jest fakt zatrzymania na Malcie seryjnego mordercy Kajetana Hannibala. Jest to wiadomość o tyle zaskakująca, że prokuratura, w której niebagatelną rolę odgrywa matka podejrzanego, zrobiła wiele, aby Kajetana nie schwytać.

Osobiście nie wierzę, że zatrzymano go na Malcie w wyniku sprawnego namierzania jego aktywności w sieci. Moja wersja jest taka, że Kajetan płynąc pontonem do Afryki Północnej wyglądał podejrzanie, bo wszystkie pozostałe pontony płynęły w przeciwnym kierunku. Wpadł tylko dzięki temu.

W wyniku donosów takich organizacji jak Otwarta Rzeczypospolita, czy Hejtstop, prokuratura prowadzi kilkaset spraw skierowanych przeciwko głosicielom tzw. „mowy nienawiści”. Nic zatem dziwnego, że prokuratura nie ma czasu na ściganie przestępców. Stałym źródłem donosów jest także Gazeta Wyborcza, która oprócz zwykłych donosów przejawia dużą aktywność na linii Kościół-państwo. Ofiarą tej aktywności stał się ostatnio ksiądz Międlar, który za uczestnictwo w marszach anty imigranckich został usunięty ze swojej parafii. Skoro Gazeta Wyborcza ustala obecnie obsadę stanowisk w kościele, to można by się zastanowić, czy niedzielne msze, śluby, chrzty i pogrzeby nie powinny być odprawiane w redakcjach tej gazety. Sytuacja byłaby klarowna i trochę kasy by wpadło, przy okazji.

W natłoku informacji o Bolku i Hannibalu umknęło kilka ważnych spraw dotyczących krajowej i międzynarodowej aktywności rządu i Prezydenta, oraz fakt ogłoszenia Planu Morawieckiego, który ma za zadanie podźwignąć nasz kraj na wyższy level. Jedynym faktem związanym z tym wydarzeniem jest eksponowana wypowiedź geniusza polskiej ekonomii, Leszka Balcerowicza, że ten plan to nic nowego. Można się z tym częściowo zgodzić, bo próby wychodzenia z bagna, w które wpakował nas pan Balcerowicz już były podejmowane, więc w tym sensie to faktycznie nic nowego. Jednak nowością jest to, że tym razem pan Balcerowicz i jego koledzy mają dość ograniczone możliwości storpedowania pozytywnych dla Polski działań. Mogą ewentualnie wystąpić w TVN24, albo poskakać jak małpy na marszach koderastów.

Nie wiem, czy ważną wiadomością jest to, że Niemcy nagle ni stąd, ni zowąd przypomnieli sobie, że kilka miesięcy temu Jarek wspomniał coś o odszkodowaniach, które nam są winni za okupację. Jeśli ma to oznaczać początek debaty międzynarodowej, to znając Jarka możemy się spodziewać, że w niedługim czasie wpadnie nam do kasy 3 biliony złotych.

Sadząc po stanie armii niemieckiej składającej się z osobników w rurkach i różnokolorowych fajtłapów, sprawa jest rozwojowa. Zdjęcie grupy rekonstrukcyjnej, na którym w mundurach Wafen SS prezentuje się kilku zdezorientowanych Murzynów, dwóch Arabów, Turek i niedożywiony gej, mówi samo za siebie. Nie, żebym coś sugerował, ale teraz jest dobry moment, żeby znowu wkroczyć do Berlina i odebrać meble naszych dziadków. Albo może chociaż zasugerować taką opcję w międzynarodowej debacie nad utraconym mieniem.

Do grona komentatorów Telewizji Republika dołączyła pani Eliza „Ksero” Michalik. W wyniku tego zdarzenia wskaźnik IQ w tej telewizji spadł gwałtownie do zera. Miejmy nadzieję, że to tylko przejściowe trudności.

Autor: Zbigniew Kozłow