Dawno w Zawierciu nie byłem, a przecież tutaj się urodziłem, chodziłem do szkół, pierwszy raz zakochałem i poczułem smak domowego wina…

Kiedy miałem 20 lat wielkie miasto zwiodło gwarem mnie.
Zaczęły się studia, redakcje, życie rodzinne, wzloty i upadki, nowi ludzie, nowe emocje… Do Zawiercia wracałem coraz rzadziej.

Zawsze Mama była tym łącznikiem, ale 10 lat temu po ciężkiej chorobie wzięliśmy ją do siebie, do Dobieszowic.
Ci których znałem wyjechali też z grodu nad Wartą, zapomnieli, zapili się, albo po prostu umarli. Coraz więcej znajomych nazwisk za to na cmentarzu.

Wracają wspomnienia, twarze, sytuacje, słowa… Pan Jurek, który leży koło Cioci Lodzi skakał na motorze przez piaskownicę, Profesor H. puszczał nam na francuskim piosenki Dasina flirtując z koleżankami w pierwszej ławce, partyzant Piotr K podobny do Dzierżyńskiego opowiadał jak to zima – lato bawili się w chowanego z Niemcami w pszenicy, kapitan Fabian uczył mnie gry w brydża, dyrektor Marian chciał rządzić całym miastem, ale w końcu wylądował na wózku inwalidzkim, pani Celina z biblioteki zawsze miała dla mnie najnowsze książki.
Trzech mężów Mamy tak blisko siebie, Marek K co jak miał 9 lat ciężarówka go zabiła na rowerku, lekarze, prawnicy, księża, profesorowie…

Cały ten korowód zaklęty wiruje przed oczyma. Tyle było zgiełku, pośpiechu, nadziei i beznadziei w ich życiu ILE W NASZYM.

A przecież my żywi jesteśmy tacy sami. Pamiętajmy o tych, którzy byli a także o tym, że CMENTARZ JEST TAKŻE PEŁNY ŻYCIA. Jedna drobna różnica – jest ono zaklęte w kamień i w nasze coraz słabsze wspomnienia.