Nie zostałem kamerdynerem swojej żony, ani nie założyłem księgarni.
Było to zaraz po tym, jak ewidentnie z podpuszczenia esbecji wyrzucono mnie z pracy w szpitalu psychiatrycznym. Sytuacja wyglądała mało ciekawie, bo mieszkałem wtedy na wsi, którą ze względu na istnienie szpitala nazywano Szajben-Baden i poza GS i Kółkiem Rolniczym, trudno by było znaleźć zatrudnienie.
Problemem było nie tyle – utrata przeze mnie możliwości zarabiania pieniędzy, ile to, że ekskludowany ze społeczności pracowników służby zdrowia – traciłem ubezpieczenie emerytalne, zdrowotne i pozagrobowe, stawałem się wyrodkiem, pasożytem, którego zgodnie z uchwalonym prawem stanu wojennego, można było wywieść do obozu koncentracyjnego dla obiboków i eksploatować przy melioracji Żuław Wiślanych.
Mój związek z Cepelią, poza tym, że nieźle płaciła i odprowadzała za mnie podatki – nie chronił mnie przed robotniczo-chłopską inspekcją. Działalności gospodarczej nie kwapiłem się zakładać, wiedząc, że esbecja nie popuści… i naputa mi więcej kłopotów niż miałem z nią dotąd.
Wtedy mnie olśniło, że przecież jest furtka, która pozwoli mi na powrót do szczęśliwej krainy społecznego ubezpieczenia. w PRL bowiem była, pozostawiona jeszcze sprzed wojny możliwość zatrudniania – pomocy domowych, czyli służących. Rejestrowało się taką pracownicę w ZUS i płaciło za nią co miesiąc – niewielką składkę. Być służącym swojej żony, trochę to szczypało moje ego… i wymyśliłem posadę – zostać jej kamerdynerem. Napisałem w jej imieniu stosowny wniosek do najniższego szczebla biura Zakładu Ubezpieczeń Społecznych odpowiednio uzasadniony, że ma ona troję nieletnich dzieci, przy tym pracuje na odpowiedzialnym stanowisku i w takiej sytuacji zatrudnienie przez nią kamerdynera, jest ze wszech miar wskazane, a to, że aplikująca na tę posadę osoba jest jej mężem i ojcem owych dzieci, jest po prostu… – zbiegiem okoliczności, zresztą szczęśliwym, dobrze prognozującym jeśli chodzi o wywiązywanie się zatrudnionego z powierzonych mu zadań. Biuro ulokowane w miasteczku powiatowym – zdębiało… i odesłało wniosek do rozpatrzenia do delegatury wyższej rangi. Tam też wzbudził on wątpliwości, czy mieści się w kompetencji rozpatrujących go trzech, z resztą niesłychanie uprzejmych urzędniczek , które po usłyszeniu, że zostałem z pracy zwolniony z powodów politycznych… – skierowały mnie, bo ja sam z tym wnioskiem po urzędach chodziłem, mając oczywiście stosowne od żony upoważnienie – do wojewódzkiego oddziału, który mieścił się trzypiętrowej kamienicy ( w której notabene później, jak zostałem prezesem PSL-Porozumienie Ludowe – miałem swoje biuro, bo ZUS po upadku komuny przeniósł się do bardziej okazałego gmachu). Tam również okazano mi jak najdalej idącą życzliwość, ale ze względu na bezprecedensowość wniosku, bo nawet najstarsi urzędnicy nie spotkali się z przypadkiem – zaangażowania własnego męża, jako kamerdynera… – skierowano mnie do samego dyrektora oddziału, który w peerelowskiej nomenklaturze był dygnitarzem o rekomendacjach najwyższych władz partyjnych.
Dyrektor przyjął mnie również bardzo uprzejmie, zauważyłem, że był tym wnioskiem nie tyle zaskoczony, ile zaniepokojony, czy nie jest to jakaś bezczelna prowokacja sił, którym się nie podoba rzeczywistość Stanu Wojennego, ale patrząc na moją szczerą twarz, po chwili się uspokoił i zaczął sytuację analizować. Docenił urodę pomysłu z kamerdynerem, ale niestety, obowiązujące wtedy i jeszcze nawet do niedawna teraz przepisy – uniemożliwiały zatrudnianie członków rodzin. Zawiedzeni tą sytuacją rozważaliśmy nawet ewentualność rozwodu, w końcu mieliśmy dwa śluby, więc z jednego mogliśmy zrezygnować, ale jednak nie chcieliśmy naszej miłości wystawiać na ryzykowną w sumie próbę.
Wykombinowałem więc, że zostanę księgarzem. Lubię czytać, znam się trochę na literaturze, we wsi nikt książek nie sprzedaje – więc jest to zajęcie jakby w sam raz dla mnie. Zwłaszcza że GS zlikwidował świetnie usytuowany na rogu skrzyżowania głównych we wsi ulic – sklep mięsny i rozgląda się za ewentualnym podnajemcą. Odbyłem wstępną rozmowę z prezesem, bardzo z resztą zadowolonym z tego, że znalazł się chętny na opuszczony lokal i wyruszyłem do Krakowa, żeby podejrzeć, jak funkcjonuje jedna z nielicznych w tym mieście prywatnych księgarni. Także odwiedziłem wydawnictwa, oraz dystrybutorów książek „Ruch” i innych i pełen entuzjazmu dla tego przedsięwzięcia powróciłem do domu, żeby nazajutrz – podpisać z prezesem umowę najmu. Kiedy z nim się spotkałem, to nie był już to ten uprzejmy, jak poprzednio zadowolony z siebie pan. Poinformował mnie, że oferta wynajęcia pomieszczeń po masarni jest już nie aktualna, bo znowu w tym miejscu otworzy sklep z mięsem. I rzeczywiście, po paru tygodniach go otworzono, tylko nie miał co sprzedawać. A ja, tak mimochodem dowiedziałem się, że moja inicjatywa otwarcia w miejscowości B. księgarni została potraktowana przez funkcjonariuszy SB, jako szczyt bezczelności… to oni prowadzą przeciwko mnie działania mające ukarać mnie za rozprowadzanie nielegalnych wydawnictw, śledzą, podsłuchują, otwierają moje listy, angażują tajnych współpracowników do rozpracowania, a ja… zgroza, chcę — otworzyć prywatną księgarnię, chyba po to, żeby rozprowadzać na większą skalę zabronioną „bibułę”. Pojechali więc do prezesa i w ostrych słowach ocenili jego ze mną współpracę.
Jak niepyszny — wróciłem do robienia figurek, rejestrując Manufakturę ceramiki Artystycznej. Teraz myślę o tych funkcjonariuszach z pewną tkliwością, bo na bank bym się tą księgarnią ugotował.

Zostaw komentarz