Spośród tysięcy zabłąkanych myśli jakie przelatują codziennie przez mą skołataną głowę wyłowiłem ostatnio tę zawsze tak trudną do uchwycenia, a zarazem najbliższą człowiekowi myśl o tym – w co wierzę? I – jak wierzę?
I zaraz myśl popłynęła hen, na krańce pamięci. Do dnia mej Pierwszej Komunii Świętej. I co? I nic. Nic wyjątkowego, jak pamiętam, wówczas w tym dniu się nie wydarzyło, niestety. Słowo – Komunia – nie było pod żadnym względem słowem wyjątkowym.

Sakrament Pierwszej Komunii Świętej odbył się tak jak to wcześniej postanowili dorośli. Tylko taka dziwna lekkość, niezrozumiała lekkość po spożyciu Sakramentu utkwiła mi w pamięci już na zawsze. Lecz tej lekkości wówczas nie rozumiałem. Dopiero po latach… a zaczęło się to wszystko gdy jako już dojrzały żeglarz pewnego razu wypłynąłem na wodę jachtem aby w ciszy i w skupieniu połapać rwące się myśli. Kiedy odbijając od przystani kierowałem łódź na szerszą wodę. Bo coś mi wtedy właśnie podpowiadało, że tamta, Pierwsza Komunia to była ma ta pierwsza prawdziwa przystań, do której dopłynąłem, aby zasmakować w swym życiu prawdy wiary w Chrystusa.

I tak jak wówczas wypływając swą „Różą Wiatrów” nie wiedziałem jakich doznań przyniesie mi tamten rejs tak też i ma ówczesna Pierwsza Komunia nie dała od razu zasmakować tego co przyniesie później me życie w wierze. Teraz rozumiem jeszcze więcej, otóż Pierwsza Komunia nie miała nawet prawa od razu odkryć tego co widziałem z perspektywy lat późniejszych.

Płynąc łodzią łapałem wiatr na wszelkie sposoby i im więcej go schwytałem tym bardziej czułem się szczęśliwy. Zupełnie tak samo jak wiatr podczas pływania, łapałem w Kościele, im byłem starszy tym częściej i więcej, skierowane do nas ponadczasowe słowa Chrystusa o znaczeniu cierpienia, o miłości bliźniego, o dążeniu do poznania swej drogi życia i niczym z tego złapanego w żagle wiatru cieszyłem się z każdego złapanego wtedy w Kościele słowa, które napełniało me serce prawdziwą radością. Radością, że i ja oto odbywam ten życia rejs wraz z mymi braćmi w wierze przez ocean problemów wszelakich pod czujnym okiem Pana. Rejs kryjący tyle niczym niezmierzonej radości i wewnętrznej w duszy satysfakcji.

Naturalnie, zdarzały mi się wywrotki. Słowa wichru odczytywałem po swojemu a nie tak jak niosła mi je Opatrzność, to znaczy odwrotnie i ….krach! Zimna kąpiel i pragnienie poprawy natychmiast zmuszało do stabilizacji jachtu. Nie zliczę tych wywrotek, nie zliczę kierowanych do mnie przebaczeń, nie zliczę postanowień poprawy. Jeśli już mogę policzyć to chyba tylko ile razy w swym postanowieniu wytrwałem. A mimo to wiem z całą pewnością, że gdy skruszony stanę znów do Sakramentu Komunii, znów doświadczę tego cudownego uczucia lekkości duszy. I będę tym znów się upajał …..aż do mej kolejnej wywrotki. I w tym chyba tkwi cały sens przez życie żeglowania. Kto jest przeświadczony o swej nieomylności ten jest najbardziej narażony na wywrotkę. Ten jednak kto szuka drogi, szlaku, kierunku, kto pyta i słucha, ten kto otwiera swe serce na mądrość Bożą ten żegluje naprawdę i prawdziwe przygody go nie omijają.

Z mym przyjacielem

Więcej nie będę Małgosi
straszył moimi myszkami.
Ani za warkocz tarmosił,
ani się skarżył do pani.

Na religię chodził będę.
Wreszcie pozbieram swe lego.
Nawet się na to zdobędę
by się pogodzić z kolegą.

Wszystko to postanowiłem
razem ze swym przyjacielem,
którego przyjaźń stwierdziłem,
gdy byłem wczoraj w Kościele.

Dzięki ci mamo i tato.
I księdzu memu dziękuję,
że przez mą Pierwszą Komunię
wiem kto naprawdę miłuje.