Młodszym, czyli większości, wyjaśniam, że za „komuny” wszystkie sklepy były od poniedziałku do piątku, w sobotę – pół dnia, a w niedzielę zamknięte. Chyba, że była to ostatnia niedziela przed świętami Bożego Narodzenia lub Wielkiej Nocy. Nazywano je „handlowymi”, ponieważ wszystko było czynne. Za Gomułki zakaz handlu w niedzielę dotyczył całego handlu, w tym prywatnego. Za Gierka było podobnie, chociaż pojawiło się więcej sklepów nocnych i „dyżurnych”, a także „Delikatesy”. Dwa, trzy na dzielnicę. W niedzielę otwarte też były niektóre „Pewexy”. Za Jaruzelskiego pojawiły się budki z zieleniną, ale też niedziela była bez handlu. Od lat sześćdziesiątych prawie każda dzielnica miała supermarket i dom handlowy: „Sezam”, PDT, „Uniwersam Grochów”, „Supersam”, „Koszyki”. Pięć i pół dnia otwarte.

W „handlowe niedziele” ludzie dostawali szału, ponieważ „rzucano” całe zapasy, a nawet towary luksusowe, takie jak pomarańcze, szynki „Krakusa” w puszce, baleron. Oczywiście, od lat siedemdziesiątych można było iść do „Pewexu” lub „Baltony”. Tam nigdy nie było kolejek. Dla mnie dzień ten zaczynał się od mięsnego. Otwierali go od ósmej, ale już od piątej rano babcia stawiała mnie w kolejce, a sama, z młodszym ode mnie bratem stawała pod „rybnym”, który zaczynał dzień od siódmej. Koło dziewiątej, dziesiątej – obsługa w mięsnych nie była zbyt miła i szybka – przynosiliśmy zakupy do domu i jechaliśmy do „Wedla” na Senatorską, gdzie po godzinie lub dwóch nabywaliśmy w drodze kupna „mieszankę wedlowską” i dwa torciki. Tak jak każdy, bo było to dość drogie. W drodze powrotnej wpadaliśmy do „Delikatesów” przy Świerczewskiego róg Marchlewskiego, gdzie po małej kolejce, tak na pół godziny, udawało nam się dostać „lepszą” kawę dla matki, a za Gierka herbatę w torebkach. Matka była zaopatrzeniowcem w dużym domu towarowym i też miała „handlową niedzielę”, więc zakupy spoczywały na nas. Czekał nas jeszcze „chleb”, ale to w Wigilię. W dodatku, babcia miała znajomości w „spożywczym” i sprzedawali jej przed otwarciem. Koło szóstej rano. Świeży! Tylko z alkoholem nie było nigdy kłopotów. Nawet, jak wprowadzili kartki. Natychmiast nauczyłem się „domowej produkcji” w piwnicy, która zamieniła się w „drugą linię Polmosu”, ponieważ kilku sąsiadów, w tym jeden milicjant, również prowadziło taką działalność. Wyobraźcie sobie procedurę testowania produktów wraz z wymianą doświadczeń! Na szczęście, nie miałem wtedy żony.

W kolejkach było ciekawie. Niech się schowają programy redaktora Bogdana Rymanowskiego. Takiej „Kawy na Ławę” nikt nigdy nie słyszał. Do dziś pamiętam jedną kolejkę. Było to 21 grudnia 1981 roku. Wiem, że czas był dramatyczny, ale nawet w takich czasach świeciło czasem słońce. Byłem wtedy nauczycielem w jednej ze szkół podstawowych. Od 15 grudnia wysłano dzieciaki do domu, a nauczyciele mieli dyżury. Nawet nocne. Tego dnia miałem właśnie „nockę” i wracając do domu pojechałem pod Halę Mirowską po choinkę. Kolejka była jak cholera. Na kilka godzin, bo samochód, z którego sprzedawali „wystarczał” na jakieś 50 osób, potem gdzieś jechał na pół godziny i tak kilka razy. Było zimno. Staliśmy zmarznięci, prawie sami faceci, gdy koło jedenastej pojawił się mężczyzna z plastikową, „pewexowską” torbą. Przechodził wzdłuż kolejki i oferował za kilka złotych pięćdziesiątkę „z kłoskiem” i ogórka konserwowego „Krakus”. Kieliszek był „przechodni”, a warzywo braliśmy sami ze słoika. Po kilku razach stało się fajnie. W pewnej chwili podszedł do nas patrol: dwóch ROMO i jakiś sierżant z WSW. „Kolejkowicze” chcieli już bronić naszego „dobroczyńcy”, lecz on dał po prostu patrolowi po kielichu. Ogórka nie chcieli. Wypili, ponarzekali na zimno i ten „cholerny kraj” po czym poszli. Koło czternastej kupiłem choinkę i doniosłem ją do domu. Wieczorem w telewizji pokazali jakiegoś profesora, który dawał żołnierzom czekoladki, dziękując im za „uratowanie kraju”.

Pisałem już wtedy trochę. Zrobiłem z tego opowiadanie i zaniosłem do wydawnictwa, które drukowało w swoim miesięczniku moje wiersze. Nie wydrukowali, a opowiadanko gdzieś mi zaginęło, a szkoda. Jeśli więc, ktoś teraz narzeka na dzisiejsze czasy, też trudne dla wielu, niech pomyśli o życiu w kolejkach, dwóch programach telewizyjnych, cenzurze, idiotyzmach dnia codziennego. Zobaczymy, czy wtedy będzie gadać głupoty o „obronie demokracji”.