Dla kogoś, kto przynajmniej otarł się kilka razy o polskie sądy, czytanie tego artykułu będzie prawdopodobnie stratą czasu. Bo przecież nie takie rzeczy się widziało. Jednak dla laika, który obraz sądownictwa czerpie z telewizji publicznej, tvn i lektury „gazety wyborczej”, może być zaskoczeniem.

26 listopada 2014 roku ZUS wydał decyzję. Niezadowolony z niej Marcin J. odwołał się w przepisanym terminie (miesiąc od daty otrzymania).

12 marca 2015 roku Sąd Okręgowy w Krakowie wysłał wezwanie o uzupełnienie braków złożonego odwołania poprzez nadesłanie jeszcze jednego egzemplarza pisma.

Dzień później Marcin J. wysłał je listem poleconym z potwierdzeniem odbioru. Zgodnie więc z art. 130 kpc dokonał ciążącego na nim obowiązku. Do sądu list dotarł dnia 17 marca 2015 roku.

Mimo tego postanowieniem z dnia 29 maja 2015 roku Sąd Okręgowy w Krakowie w osobie sędzi Joanny Melnyczuk zarządził zwrot odwołania. Zdaniem sądu Marcin J. nie wykonał zarządzenia, czyli nie dołączył brakującej kopii odwołania. Od powyższego postanowienia Marcin J. złożył zażalenie.

15 lipca 2015 roku Sąd Apelacyjny w składzie Ewa Drzymała, Bożena Lichota i Krzysztof Hejosz uchylili zaskarżone postanowienie. Bo, jak słusznie zauważył SA:

przed wydaniem zarządzenia o zwrocie odwołania (…) koniecznym jest zbadanie, czy strona postępowania (…) dopełnił wszystkich wymogów związanych z realizacją nałożonego na niego obowiązku procesowego.

Tym bardziej, że pismo znajdowało się w aktach, ale omyłkowo było wpięte kilka kart wcześniej. Wystarczyło więc przed wydaniem zarządzenia… przejrzeć akta! No i gdzie był asystent sędziego, do którego obowiązków należy przeglądanie tychże?

Trzeba również pamiętać, że sąd ma możliwości samonaprawienia swoich oczywistych błędów.

Otóż art. 395 § 2 KPC mówi wprost: jeżeli zażalenie zarzuca nieważność postępowania lub jest oczywiście uzasadnione, sąd, który wydał zaskarżone postanowienie, może na posiedzeniu niejawnym, nie przesyłając akt sądowi drugiej instancji, uchylić zaskarżone postanowienie i w miarę potrzeby sprawę rozpoznać na nowo.

Zażalenie Marcina J. było wszak oczywiście uzasadnione.

Mimo tego Sąd Okręgowy w Krakowie nie skorzystał z w/w przepisu, ale odesłał akta do Sądu Apelacyjnego, kasując przy okazji opłatę od zażalenia od Marcina J.

Nikt w sądzie nie zajrzał do akt i nie skonstatował, że zarządzenie zwrotu odwołania w tej konkretnej sprawie to po prostu bzdura.

Bo pismo tkwiło w aktach, i to na samym początku.

Rudolph Giuliani, burmistrz Nowego Jorku, za którego rządów (dwie kadencje) NY stał się miastem bezpieczniejszym od Paryża, wprowadził kampanię „ZERO tolerancji”. W naszych warunkach, gdy problemem nie jest przestępczość, ale… funkcjonowanie władz, potrzebna jest podobna kampania.

ZERO tolerancji dla urzędników, sędziów i prokuratorów przede wszystkim.

Pani sędzia Joanna Melnyczuk powinna stanąć przed sądem oskarżona z art. 231 kodeksu karnego.

Zgodnie bowiem z § 1 w/w przepisu: funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

W przypadku Marcina J. nie istniały przyczyny wydania takiego zarządzenia z całą pewnością. Czyn więc wypełnia dyspozycję ustawy karnej. Pora zakończyć czas „świętych krów” w wymiarze sprawiedliwości i ukrywania status quo pod płaszczykiem rzekomej niezawisłości sądów.

Sąd ma być miejscem, w którym jest wymierzana sprawiedliwość, a nie wydawany wyrok, budzący uśmiech politowania nawet u strony wygrywającej. Bo dzisiaj, niestety, autorytet polskiego sędziego ostał się już tylko w przepisach.