15 sierpnia – był to dzień symboliczny dla polskiej historii. Święto Wojska Polskiego, zwycięstwo nad bolszewikami w 1920 roku, dzień dumy z żołnierzy, którzy potrafili obronić niepodległość. Od lat przedstawiciele polskiej ambasady w Rzymie w ten dzień składali kwiaty na Polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino – w miejscu, gdzie spoczywają ci, którzy w maju 1944 roku przełamali niemiecką linię obrony i otworzyli drogę na Rzym.
Monte Cassino to nie tylko kamienne nagrobki, to nie tylko słynne słowa generała Andersa: „Za naszą i waszą wolność, za wolność narodów Europy”. To kawałek Polski we Włoszech, święte miejsce, gdzie na wieczną wartę poszło prawie 1100 żołnierzy 2. Korpusu Polskiego. To cmentarz ludzi, którzy walczyli pod dowództwem Andersa – oficera, którego rodzinę NKWD więziło na Syberii, a którego córka Anna Maria Anders przez lata pełniła rolę ambasadora RP we Włoszech, godnie opiekując się spuścizną ojca.I nagle ta tradycja została przerwana.Nie przez przypadek. Po usunięciu Anny Marii Anders z placówki, Radosław Sikorski powierzył kierowanie ambasadą w Rzymie Ryszardowi Schnepfowi – człowiekowi o biografii niezwykle kontrowersyjnej i moim zdaniem haniebnej, synowi funkcjonariuszy komunistycznego aparatu represji. To właśnie on w tym roku nie pojawił się z kwiatami pod Monte Cassino.
To nie jest drobny gest, w dyplomacji i w polityce symbole znaczą więcej niż same słowa. Odmowa złożenia kwiatów to odcięcie się od ciągłości tradycji i od hołdu żołnierzom, którzy nigdy nie pogodzili się z komunizmem. Trudno uwierzyć w przypadek. Dlaczego więc tak się stało?
Możliwości są dwie. Pierwsza – to świadome lekceważenie miejsca, które symbolizuje zwycięstwo polskich żołnierzy nad niemieckim okupantem, ale i nad sowieckim kłamstwem. Bo ci, którzy walczyli u Andersa, byli przecież tymi samymi, których Stalin nazywał „zdrajcami ojczyzny”.Druga – to próba przepisania narracji. Bo kiedy ambasadorem jest córka Andersa, pamięć Monte Cassino żyje, łączy się z rodziną, z autentycznym dziedzictwem. Kiedy przychodzi ktoś inny, potomek komunistycznych oprawców – ta nić zostaje przerwana, a cmentarz traktowany jak kłopotliwa tradycja, którą lepiej przemilczeć.Radosław Sikorski, nominując Schnepfa ambasadorem, wysłał jasny sygnał. Z jednej strony – że nie interesuje go ciągłość pamięci historycznej, że łatwiej mu odsunąć Andersównę niż pozostawić w Rzymie kogoś, kto zbyt mocno kojarzy się z prawdziwą legendą polskiego oręża. Z drugiej – że wybiera lojalność środowiskową i polityczną swojego środowiska ponad symbolikę i moralny obowiązek.To nie pierwszy raz, gdy polska dyplomacja w wykonaniu PO przypomina raczej administracyjne zarządzanie kadrami niż służbę narodowej tradycji. Ale tutaj, w cieniu wzgórza Monte Cassino, wygląda to szczególnie źle.Czy naprawdę chcemy, by miejsc pamięci takich jak Monte Cassino pilnowali ludzie, którzy nie czują żadnej więzi z tą historią? Czy można sobie wyobrazić większy dysonans niż ambasador, który milczy tam, gdzie powinien uklęknąć i złożyć kwiaty? Oczywiście Monte Cassino nie potrzebuje obecności Schnepfa. Ono i tak pozostanie wiecznym świadectwem polskiego bohaterstwa. Ale dla nas – obywateli – to sygnał ostrzegawczy. Bo naród, który przestaje szanować swoje groby, który pozwala, by polityczna kalkulacja była ważniejsza niż hołd dla żołnierzy, ryzykuje, że straci coś o wiele więcej niż tylko dyplomatyczny gest.