Tak trudno rozstać się ze wspaniale wpisującym się w krajobraz pracowniczy szpitali lekarzem, cichym, zagonionym, wiecznie niewyspanym i ….. pokornym. Tak było wszystko pięknie poukładane: my się bawimy w wielką politykę, wyborcom co kilka lat rzucimy obietnice bez pokrycia, a jak nam zaczną słupki spadać, to zrobimy dętą konferencję prasową i znowu coś obiecamy bijąc pianę złudnych nadziei na reformy.

Kiedy te działania nie poprawiały notowań, wtedy przydał się zawsze reportaż o śmierci pacjenta pod bramą szpitala, który nie doczekał pomocy, o pijanym lekarzu, o zawartości lekarskich garaży.

I nagle coś się zmieniło. Bardzo niemile. Lekarze zaczęli podnosić głowy, młodzi lekarze przypomnieli politykom o wartości naszej pracy, o konieczności zapewnienia warunków do realizacji zawodu, o obowiązkach polityków odpowiadających za politykę zdrowotną. Rezygnacja z pracy non-stop, ponad siły, w wiecznym zmęczeniu, niewyspaniu, gonitwie między oddziałami, poradniami, pracami – pozwoliła na złapanie oddechu, chwili refleksji nad sobą, pracą i rodziną, która z każdym miesiącem naszego niewolnictwa oddalała się w bolesnym milczeniu. I wtedy wielu z nas zrozumiało, że większe zarobki okupione były setkami godzin pracy, a brak odpoczynku, czasu dla siebie, na swoje hobby i kontakt z bliskimi nie był wart zarobionych pieniędzy. Bo realnie godzina pracy była bardzo nisko opłacona, a godziwe zarobki dawała dopiero niewolnicza praca ponad wszelkie siły przez setki godzin miesięcznie.

To nie sabotaż – Panie Prezesie – to po prostu rynek usług fachowców z bardzo dobrym wykształceniem, poszukiwanych na rynku pracy, bez których system opieki zdrowotnej przestaje istnieć. Tacy fachowcy się cenią, wymagają odpowiednich warunków pracy, nie biorą każdej propozycji pracy, ale starannie wybierają, negocjują i twardo wymagają tego, co chcą otrzymać.
To nie sabotaż, że dyrektorzy szpitali zgadzają się na każde warunki dyktowane przez fachowców i dobrze, że tak jest. Czas najwyższy, by zrozumieć że rosnące długi szpitali to nie godne płace całego personelu – ale niskie nakłady na ochronę zdrowia i nierealna wycena świadczeń.

Mamy nadzieję, że o swojej wartości i niezbędności w łańcuchu leczenia – przypomną sobie pielęgniarki, ratownicy, fizjoterapeuci, laboranci. I też zaczną „sabotować”. Mamy też nadzieję, że politycy zrozumieją, że nie da się prowadzić polityki zdrowotnej poprzez dociskanie śruby pracownikom, zmuszanie ich do niewolniczej pracy i szantażu moralnego o powołaniu i przysięgach „Hipokryta”. W szpitalu nie leczy organ założycielski, nie leczy dyrekcja, ale wysoko wykwalifikowani medyczni fachowcy na wszystkich poziomach diagnostyki i terapii.

A pacjent nie przychodzi po porady do przemiłych pań w kadrach, ale do tych, którzy ratują jego życie i służą swoją wiedzą, zaangażowaniem i troską, by wrócił jak najszybciej do zdrowia.

Tak, więc – do sabotowania dyrekcji szpitali zachęcamy wszystkich i niech sabotowani dyrektorzy zaczną zmuszać polityków do wprowadzenia realnych reform i wychowywania obywateli rozumiejących, że ochrona zdrowia nie jest niepotrzebnym kosztem, ale potężną dziedziną gospodarki obejmującą wszystkie jej działy i generującą nieocenione przychody w postaci zdrowia i kapitału firm kooperujących z podmiotami leczniczymi.

Czytaj więcej.