Do wczoraj sądziłem, że pomysł, by domagać się odszkodowań za II wojnę światową to idea subtelnych intelektualistów z TVP INFO, którzy nie rozumieją, że gdy Lech Kaczyński kazał wyliczyć straty Warszawy za II wojnę światową to tylko po to, by Niemcy nie popierali pozwów swoich obywateli za mienie pozostawione w Polsce. Minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski uświadomił mi jednak, że władze RP w zasadzie popierają ten pomysł, tym samym prowokując Niemcy do tego, by ich obywatele jednak walczyli w sądach o owo mienie.

Do wczoraj sądziłem, że pomysł by w polskich paszportach umieścić Ostrą Bramę w Wilnie i Cmentarz Orląt we Lwowie to pomysł wybitnych intelektualistów, chcących się przypodobać władzy. Minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak uświadomił mi jednak, że popiera ten pomysł i co prawda zauważa, że jakby Niemcy w swoich paszportach chcieli umieścić np. Halę Stulecia we Wrocławiu to byśmy protestowali, ale przecież Niemcy wywołały II wojnę światową (z czego wynika, jak rozumiem, że Wrocław nasz, ale Wilno i Lwów to już niekoniecznie litewskie i ukraińskie).

Do wczoraj sądziłem, że władze RP chcą budować Trójmorze i załatwić sprawy polskiej mniejszości na Litwie, ale dzisiaj już wiem, że to humbug. Niczego nie załatwimy, bo zamiast mierzyć się z litewskim nacjonalizmem, zaczynamy grać swoim. Trójmorze zaś tym samym oczywiście, jakżeby inaczej, będzie, ale bez Bałtów a i Chorwaci (którzy tradycyjnie grają na Berlin) lada dzień dostaną sygnał z Urzędu Kanclerskiego, żeby poluzować relacje z Warszawą.

Do wczoraj sądziłem, że rządy obecne, w przeciwieństwie do rządu PO, chcą odbudować politykę wschodnią, ale dzisiaj już wiem, że relacje z Ukrainą są jednak sprawą drugorzędną. I żadne ukraińskie, owszem – pożałowania godne – pomniki Szuchewycza i innych ludobójców z UPA tego nie usprawiedliwiają. Reset z Białorusią, skądinąd słuszny, został przeprowadzony tak nieprofesjonalnie, że się skończył zanim się na dobre zaczął.

Do wczoraj sądziłem, że władze RP wiedzą, że w polskiej polityce obowiązuje święta zasada, że nie można być równocześnie skłóconym i z Rosją i z Niemcami i że nasze relacje z Berlinem muszą być lepsze od relacji Moskwy z Berlinem. Dzisiaj już wiem, że naszych władz nic to nie obchodzi i że w imię igrzysk wewnątrzkrajowych gotowe są zepsuć relacje z każdym sąsiadem.

Ostro krytykowałem rządy PO, a w zakresie dyplomacji – działania Radosława Sikorskiego. Treścią tych rządów i tych działań był cyniczny PR, któremu wszystko podporządkowywano. Z przykrością stwierdzam, że nic się na lepsze nie zmieniło.

Dzisiaj już wiem, że nie będzie nas Donald Trump „lewarował” w UE. Lewarować można bowiem pozycje państwa, które ma dobre relacje z partnerami. Wówczas wsparcie z Waszyngtonu mogłoby nas w istocie wzmacniać. Przy tym, co jednak robimy w naszej polityce zagranicznej, zaogniając relacje z każdym, z kim tylko się da, stosunki z USA będą nas już tylko ratować. Tym samym w relacjach z USA nasza „murzyńskość” będzie elementem trwałym, a Polska będzie zmuszona nie tyle się z Waszyngtonem układać, co tradycyjnie mu robić „łaskę”.

A może dojrzała polityka to w naszej historii tylko krótkie epizody i po prostu nie nadajemy się do grania wśród poważnych graczy na światowej scenie. Tli się we mnie jeszcze nadzieja, że możliwa jest korekta kursu i że niepoważna, nastawiona wyłącznie na PR polityka zagraniczna PO może być zastąpiona polityką godną narodu z 1000 letnią tradycją, ale tak szczerze…. Ledwie się tli.

Szkoda, że dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego tak bardzo niewiele znaczy dla tak wielu polityków PiS, którzy do tej spuścizny lubią nawiązywać, ale każdego dnia zdradzają pamięć Ś.P. Prezydenta.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)