Czyż nie dorzyna się koni? Czyż nie dorzyna się watahy, aby mieć swobodę bycia i hedonistycznego życia jak to mawiał słynny Radek Zdradek – koleś nomen omen jurydycznego konia, politycznie (jak takowoż inny koleś tj. Lolo Pindolo) niesłusznie przez służby zatrzymany. Do aksjomatycznej definicji niewinności należy dodać ambiwalentną personifikację partyjności. Każdy polszewik jest zgodnie z nojmajnową teorią ex definitione osobą niewinną, gdyż złapany za rękę będzie skutecznie dowodził, że nie jest to jego ręka.

Zamienność użycia fonetycznego brzmienia głoski czy nawet litery w języku polskim powoduje, że tenże język napotyka na spore utrudnienia w jego percepcji przez obcokrajowców pragnących umieć się nie tylko poprawnie wysławiać, ale też należycie rozumieć jego semantykę.

Dożynki, jako rzeczownik i dorzynanie jako czasownik kreują pierwszy lepszy przykład z brzegu. Trudno, mamy nie tylko taki klimat jaki mamy jak mawiała przecudnej urody dziewoja pt. Ela Bieńkowska, ale także mamy ojczysty język taki jaki mamy.

Ze zjawiskiem dożynek jako wielowiekowej ludycznej tradycji mamy do czynienia rokrocznie z okazji sympatycznego widowiska okraszającego rolniczy trud w zbieraniu plonów służących społecznej konsumpcji obywateli RP.

Od dawien dawna już ten trud nie jest kojarzony z wieloma żniwiarzami, a nawet rolnikami posługującymi się sierpem, skwarem i potem, a także z trudem rolnika, który z mozołem poszukuje jak igły w stogu siana socjalistycznego sznurka do snopowiązałek, ale z nowoczesnym kombajnowym sprzętem. Charakterystycznym elementem obchodów dożynkowych był i nadal pozostaje pochód, wieniec, a także tradycyjnie wręczany przez starościnę i starostę dożynek chleb i sól ich gospodarzowi. Rzecz jasna dożynki stanowiły przy okazji przyczynek do zabawy, hulanek, swawoli i popitku – czyli daleko idącej swojskiej rekreacji.

Żegnając się w tym miejscu z tym ludycznym zwyczajem odnieść się wypada do dramatycznego i wręcz wprost krwiożerczego czasownika „dorzynać”.

Historia est magistra vitae, zatem należy sięgnąć w jej głębię i to najbardziej tautologicznie głęboką, a mianowicie do czasów antyku. Z kart ówczesnej, a w ślad za nią poprzez różne epoki historii społeczeństw wielokrotnie przedstawia nam się widok krwawych rozgrywek w postaci bitew, potyczek, czy skrytobójczych mordów jak np. na osobie perpetualnego dyktatora Imperium Romanum Juliusza Cezara (et tu Brute contra me) w 44 r. p.n.Ch.

Ówcześnie z racji osiągniętej techniki używanej do tego rodzaju specyficznych rozrywek używano różnorakich narzędzi w postaci ostrokrawędziowej, jak miecze, topory, siekiery, halabardy, czy sztylety. Do czasów wynalezienia broni palnej ten wymieniony wyżej stalowy arsenał doskonale służył fachowym zarzynaczom i dorzynaczom do zadawania „subtelnych” ciosów eschatologicznie eliminujących swoich przeciwników z grona ludzi żywych.

Jakże paradoksalnie zdumiewającą „litościwą” nazwę posiadał sztylet o nazwie misericordia, bowiem jego ostateczny cios był traktowany wręcz jako swoisty akt miłosierdzia pozbawiającą krwawą ofiarę zbrojnego starcia z doświadczania dalszego odczuwania dojmującego bólu, aż do czasu krańcowego wykrwawienia się.

Z braku technicznych nowinek jakie są nam współczesnych oczywistym udziałem w postaci kina, telewizji czy internetu; z całym jego oprzyrządowaniem uprzednie pokolenia jako swoistego surogatu używali właśnie metody zarzynania i dorzynania jako swoistej rozrywki dla gawiedzi, czy też ludzkiej mierzwy.

Najbardziej nam znane okazałe krwawe spektakle zgodnie z ówczesnym piarowskim zapotrzebowaniem społecznym (panem et circenses) odbywały się w słynnym rzymskim Coloseum, a także w innych amfiteatrach alokowanych w dalekich od Rzymu prowincjach. W czasie jednego spektaklu życie traciło dziesiątki, czy nawet setki ludzi i egzotycznych zwierząt. Od tych antycznych czasów znane jest powszechnie określenie mocy demokracji, albowiem wskazaniem kciuka w górę bądź w dół ciemny, moherowy, podkarpacki lud decydował wymownym gestem cezara o życiu lub śmierci uczestnika krwawych igrzysk – VOX POPULI, VOX DEI.

Zarzynanie czy też sławetne dorzynanie miało często miejsce także historycznie rzecz ujmując na ziemiach Rzplitej, a w szczególności na jej dalekich kresach wschodnich.

Najbardziej znanym exemplum „tradycji” dorzynania był dokonany 03 i 04.06.1652r przez muslimskich Tatarów mord na ok. 5 000 polskich jeńcach po przegranej bitwie pod Batohem. Wśród ofiar znalazł się także m.in. brat późniejszego króla – Marek Sobieski.

Z czasów nam współczesnych nadal krwawiącą raną w stosunkach polsko-ukraińskich były zarzynania i dorzynania dzieci, kobiet, a także starców na Wołyniu w latach 40-tych XX w.

Zarzynanie jaką jest czynność wobec zwierząt hodowlanych – aktualnie implikuje daleko idącymi konfliktami zarówno po stronie rządzącej jak też i opozycyjnej. Nie sposób także pominąć w tym werbalnym rozgardiaszu sławetnej persony w postaci osobniczki pozazwierzęcej pt. S. Spurek swoistej „wynalazczyni” feministycznych neologizmów. Jednak to temat na inną bajkę w objazdowym teatrzyku kukiełkowym.

Przejdźmy zatem do wysubtelnionych, „szlachetnych” wręcz metod politycznego unicestwiania politycznej konkurencji i to nie jak drzewiej bywało za pomocą topora, czy słynnej misericordii, ale przy pomocy współczesnych narzędzi medialnych w postaci usłużnych pismaków, kreowania sytuacji o charakterze prowokacyjnym, stosowania hipokryzyjnie „mowy miłości”, personalnych haków, czy „służbowych” informacji o tajnym pochodzeniu i przeznaczeniu.

Skutki zastosowania wspomnianych „subtelnych” inaczej dorzynających narzędzi z reguły są niezwykle skuteczne, dalekosiężne częstokroć anihilujących przeciwnika eschatologicznie.

Retorsje w postaci ostracyzmu towarzyskiego, czy wykluczenia z saloonowego uprzywilejowanego „jelitowego” grona są jedynie elementem wstępnym do wydania wyroku swoistej banicji, czy śmierci cywilnej.

Kardynalnym prawem stadnego funkcjonowania zarówno stworzeń pozaludzkich jak i pozazwierzęcych – subsydiarnie wspomagając się dialektem S. Spurek – jest wiekowa ustalona niepodważalna hierarchiczność oznaczającą jedynie (tautologicznie artykułując) wyłączną pozycję jedynego samca ALFA.

Po prostu konkurencja jest apriorycznie wykluczona, a jeśli się nieopatrznie pojawi zostanie stłamszona, czy też wręcz unicestwiona.

Formalne uwolnienie się RP od jarzma sowieckiego od ponad już 30 lat wielokrotnie potwierdzało tezę o funkcjonowaniu politycznych DORZYNEK. Za komuny takoż podobnie bywało przywołując jako przykład daleko idące perturbacje obergnoma czyli tow. Wiesława (Władziu Gomułka) z tzw. odchyleniem prawicowym, czy walk „natolińczyków” z „puławianami”.

Retrospektywnie – o czym była mowa wyżej – a, sięgając do tzw. przełomu związanego ze skutkami deliberacji przy „kanciastym stole” przywołać należałoby bohaterów swoistych igrzysk politycznych.

To częstokroć znane medialne nazwiska ściśle korelowane z UD przeobrażoną w UW, a finalnie wespół zespół z KLD w aktualną polityczną chimerę, czyli PO. Na gruzach walk 3 tenorów kreacji tejże partyi (w oddali „tajniak” jenerał G. Czempiński) i czmychnięcia Kaczora Donalda do brukselki, pomimo składanych swojej czeredzie zapewnień, że tego nie uczyni – ostał się teraz jeno BORYSŁAW. Jednakże ten osobnik (bo wszakże nie osobniczka) nie stygmatyzuje się symbolem ALFA, gdyż bliżej mu zdecydowanie do szarego końca, czyli OMEGI.

Swój symptomatyczny epizod udziału w partyjnych polszewickich dorzynkach miał niedoszły premier z Krakufka, czyli Jan Marysia Rokita.

Symetrycznie na wskutek walk buldogów pod dywanem w PiS tzw. trzeci bliźniak, czyli L. Dorn został skutecznie anihilowany, czyli poddany procesowi politycznej bezapelacyjnej utylizacji, a więc ….. dorżnięciu.

Mimochodem li tylko przypomnieć należałoby, ale z lekkim niesmakiem, a nawet odorem przywołać DORZYNKI w modernej partii – w której to niejaki Petrescu, po słynnej wycieczce na Maderę z kochanicą został wymaderowany, czyli dorżnięty.

Można z całą odpowiedzialnością więc skonstatować w myśl utworu wokalnego w wykonaniu M. Rodowicz, że „ale to już było”…… nihil novi sub sole.

I zapewne będzie się futurystycznie nadal powtarzać – w myśl paradoksalnego kolokwialnego stwierdzenia, że historia uczy, że niczego nie nauczy !!!!

VIVAT zatem DORZYNKI !!!!

I to byłoby na tyle jak onegdaj konkludował śp. prof. J. T. Stanisławski.

.

16.10 2020

.

.

fot. pixabay