Wiersz znaleziony w internecie, autor nieznany:

„(Hymn pochwalny)
Urodzę ci dziecko, urodzę
Choć w gwałtu poczęło się drodze
Lecz wiem, że pokochasz, jak swoje
Bo PiS wybraliśmy oboje.
A jeśli urodzę roślinę
W doniczce zamieszka nasz synek
A gdy się urodzi bez czaszki
Zrobimy mu czaszkę z menażki.
Choć wrzód mi ropieje w żołądku
Mam Apap, więc wszystko w porządku
Donoszę tę ciążę i zdechnę
To piękne i takie powszechne.”.

Mam trzydziestoletniego syna z czterokończynowym porażeniem mózgowym. Jest normalny. Moja żona leżała na podtrzymaniu ciąży, chcąc urodzić to dziecko, mimo, że lekarze radzili zakończyć ciążę. Obserwowaliśmy szybkie aborcje, bo to był ten sam oddział. To były lata osiemdziesiąte. Nie byliśmy związani z żadnym Kościołem, ja nadal nie jestem. Nigdy, ani przez chwilę nie wątpiłem w słuszność naszej decyzji. Wyjaśnię też, że pierwsze dziecko zmarło na moich oczach w 1985 roku. Bez względu na to, co stało się ze mną i żoną później, nasz rozwód i spory o sposób rehabilitacji syna, bez względu jakie piekło przechodziliśmy, wychowując go i lecząc, każde z nas odmówiłoby decyzji o przerwaniu ciąży. Użyłem liczby mnogiej, bo to była nasza wspólna decyzja. Ten „wierszyk” jest świństwem i obrazą dla mojego syna. Jest poniżeniem rodziców dzieci niepełnosprawnych.

Nie wypowiadam swojego zdania w tym sporze. Z postu możecie Państwo wysnuć wniosek, jakie ono jest. Nie obchodzi mnie, że ktoś nazwie mnie idiotą, bo pisze szczerze o sobie i swoich odczuciach. Proszę jedynie o szacunek dla rodziców, podejmujących podobne do naszej decyzje i dzieci urodzonych mimo wszystko i czasem wbrew wszystkim. Dyskutujmy, spierajmy się, ale nie w taki sposób.

Powtarzam: nie wypowiadam się na ten temat, choć zdanie mam proste i zero-jedynkowe. Niestety, dyskusja o prawie aborcyjnym staje się powoli koszmarem, w którym zapominamy, że chodzi o życie człowieka, a nie o sam biologiczny akt.