Tadeusz Płużański w rozmowie z Małgorzatą Kupiszewską mówi, że o koszmarach w ubeckim śledztwie ojca i innych Żołnierzy Niezłomnych dowiedział się dopiero w 1990r. Był wtedy świadkiem procesu rehabilitacyjnego w tym samego sądzie wojskowym, w którym w 1948 r wydawano na nich wyroki. Tylko wiara w prawość czynów Żołnierzy Niezłomych sprawiła, że jego ojciec wywalczył anulowanie wyroków. (Rehabilitacja byłaby przyznaniem się do zdrady Polski). Dzięki temu rotmistrz Pilecki i jego ludzie przestali być wrogami Ojczyzny i szpiegami. Kontynuując wątek mocno podkreślił, że Pilecki i Płużański mieli szansę ratunku – wyjazdu i pozostania za granicami. Obaj z tej szansy nie skorzystali. Wiedzieli, że walkę należało prowadzić w kraju. Autor „Bestii” opisuje w swoich książkach komunistyczne kierownictwo partii i państwa, „oficerów” śledczych bezpieki i Informacji Wojskowej, sędziów, prokuratorów – całą wielką maszynę zbrodni totalitarnego państwa. W wywiadzie Płużański wyjaśnia, że nadal żyjemy w PRL-bis, państwie, w którym nadal rządzą (post)komunistyczne, ubeckie układy. One są obecne w kluczowych miejscach: w polityce, gospodarce, mediach. Mają dwa najważniejsze narzędzia: pieniądze i środki przekazu do kształtowania świadomości. I efekt jest taki, że większość wysokobudżetowych filmów to produkcje w stylu „Pokłosie”, czy teraz „Ida”.

Małgorzata Kupiszewska: 12 grudnia w nocy, w 33 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, zwołał pan Warszawiaków pod dom generała Cz. Kiszczaka? Czy to nie jest forma nękania obywatela RP?

Tadeusz Płużański: Oczywiście, jest to nękanie (śmiech). Ale skoro sądy nękają niewystarczająco, trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Dodam, że udało się zwołać nie tylko Warszawiaków, ale Polaków z różnych regionów kraju. Na ul. Oszczepników, gdzie mieszka Kiszczak, była np. silna grupa z Krakowa, w tym przedstawiciele Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych, którzy poparli mój apel o przeniesienie manifestacji patriotycznej spod willi Jaruzelskiego pod willę Kiszczaka. To też Mokotów, ale całkowicie inna część tej dzielnicy, blisko stadionu dawnego milicyjnego klubu Gwardia Warszawa. O nękaniu starszego pana mówił też lewicowy publicysta Jacek Żakowski i inni przedstawiciele głównych mediów III RP. Tylko, czy tak samo reagowaliby, gdyby na badania lekarskie był przymusowo dowożony jakiś zbrodniarz niemiecko-nazistowski? Willa Kiszczaka jest naturalnym miejscem na demonstrowanie, bo Kiszczak to drugi po Jaruzelskim przywódca wojskowej junty, związku przestępczego o charakterze zbrojnym, która 13 grudnia wypowiedziała wojnę narodowi. Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili godzinę-dwie i przyszli na ul. Oszczepników. Za rok, wierzę, będzie nas jeszcze więcej. Bo śmierć pierwszego (Jaruzelskiego) nie zwalnia nas z odpowiedzialności, z pamięci o ofiarach ciemnej stano-wojennej nocy i wołania o choćby symboliczną karę dla zbrodniarzy. Aby drugi (Kiszczak) i kolejni członkowie WRON nie czuli się bohaterami, zbawcami narodu.

13 grudnia 1981 r. miał Pan zaledwie 10 lat. Był Pan uczniem 3 klasy. Co Pan pamięta? Tadek Płużański czuł się wtedy więźniem we własnym kraju?

– Czułem się więźniem braku Teleranka. Rano, po zjedzeniu z rodzicami śniadania, okazało się, że w telewizji, w jedynym programie, który istniał, nie ma tej audycji dla dzieci. Potem chciałem zadzwonić do kolegi, aby spytać się, czy u niego też nie ma Teleranka, ale telefon milczał. W końcu mama się popłakała. Mieszkaliśmy na warszawskiej Woli, w okropnym bloku z betonu wybudowanym w 1970 r., na okropnym osiedlu, gdzie nawet plac zabaw dla dzieci był z betonu. Na tym osiedlu, co było zresztą typowe, komuna celowo pomieszała inteligencję (pracującą) z żulią. Na parterze była regularna melina. Codziennie rano idąc do szkoły, gdy wysiadałem z windy, czułem potworny odór. Ale ci żule kłaniali się mojemu tacie w pas. Po latach dowiedziałem się, że tak samo więźniowie kryminalni traktowali ojca w stalinowskim więzieniu. Na naszym osiedlu nie było czołgów, ale gdy jeździliśmy „Betką” [autobus „B”] do centrum, tam co chwila, w głębokim śniegu, widziałem czołgi. Pamiętam, że to było dla mnie i straszne i śmieszne. Bałem się ich, ale z drugiej strony nie rozumiałem, dlaczego ci uzbrojeni żołnierze muszą stać na ulicach i ogrzewać się przy koksownikach, dlaczego po prostu nie mogą pójść do domu. Pamiętam też, jak rodzice, dość nerwowo, zaczęli robić jakieś porządki, a gdy zobaczyłem znaczek, na którym był napis: Solidarność, kazali mi natychmiast to odłożyć i nikomu nic nie mówić.

To w domu nauczył się Pan bezkompromisowej walki o prawo i sprawiedliwość?

– Trudne pytanie. Zapewne tak, ale to nie działo się w sensie dosłownym. Nikt nie mówił mi: w przyszłości, jak będziesz dorosły, musisz walczyć o Polskę, jak rodzice, dziadkowie, czy jeszcze wcześniej powstańcy listopadowi, albo Ludwik Napoleon Dębicki, który za walkę o niepodległość Stanów Zjednoczonych dostał pół Teksasu. Rodzice dawali raczej do zrozumienia, że tak nie powinienem, bo to jest ryzykowna, ale z drugiej strony dobra droga. To był klimat walki o niepodległość. Ojciec od najmłodszych lat pobudzał we mnie zainteresowanie historią, zaczął od zgłębiania historii naszej dzielnicy – Woli. Zabierał mnie do różnych ważnych miejsc: pole elekcyjne, czy na Redutę Wolską. Do dziś z łezką w oku wspominam opowieść o generale Sowińskim, który z kikutem nogi, oparty o armatę bronił przed Moskalami tej warszawskiej rogatki. Tak na marginesie, dziś mieszkam na dalekim Bemowie i widzę, jak Warszawa się rozrosła. Ale wracając, Ojciec uczył mnie wiersza arcypolskiego wieszcza Mickiewicza: „Nam strzelać nie kazano. Wstąpiłem na działo. I spojrzałem na pole; dwieście armat grzmiało. Artyleryji ruskiej ciągną się szeregi, Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi”. Jednak najbardziej wrył mi się w pamięć inny fragment „Reduty Ordona”: „Gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże: Warszawa jedna twojej mocy się urąga, Podnosi na cię rękę i koronę ściąga, Koronę Kazimierzów, Chrobrych z twojej głowy, Boś ją ukradł i skrwawił, synu Wasilowy!”

A był też taki moment, że mogłem z mamą, którą wypuszczono z PRL na wykłady do USA jako visiting professor, pozostać zagranicą, ale ja chciałem wracać do ojca, do Polski. Sądzę, że moja dzisiejsza działalność jest też konsekwencją tego wyboru.

Rodzice opowiadali Panu historie swojego więziennego losu w czasach komuny?

– W tym rzecz, że nie opowiadali. O tych wszystkich koszmarach – ubeckim śledztwie, procesie  dowiedziałem się w… sądzie w 1990 r. Ojciec zabrał mnie na proces rehabilitacyjny grupy Witolda Pileckiego, który odbywał się przed wojskowym sądem w Warszawie – tym samym, który w 1948 r. wydał na nich wyroki śmierci. Wcześniej nie wiedziałem nawet, że istniał ktoś taki jak rotmistrz Witold Pilecki, oraz, że tato był jego bliskim współpracownikiem. Pamiętam, że do gmachu sądu przy ul. Nowowiejskiej przybył także inny żyjący jeszcze skazany: Makary Sieradzki i jego obrońca, mecenas Piotr Andrzejewski. Ojciec w wydanych w 2014 r. wspomnieniach „Z otchłani” tak o tym napisał:  „W pół roku po pierwszej rewizji nadzwyczajnej, 31 sierpnia 1990 r. nadeszła nowa, w zmodyfikowanej postaci. Ta sama instytucja: Naczelna Prokuratura Wojskowa, traktująca nas jeszcze przed sześcioma miesiącami jak zbrodniarzy, którym przestępstwo się „przedawniło”, zmuszona naciskiem zmian politycznych, uciekła się do prawniczego wybiegu, żeby rewizję przeprowadzić, teraz wnosi o „uchylenie wyroku w całości – uniewinnienie wszystkich oskarżonych i uwolnienie ich od w wszystkich zarzutów. Do świadomości autorów nowej wersji rewizji nadzwyczajnej dotarło, że II Korpus Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którego żołnierzami było troje sądzonych w naszym procesie, a pozostali z nimi współpracowali, nie był jednostką obcej, wrogiej armii, tylko rdzennie polską jednostką wojskową, nawiązującą do tradycji II Rzeczpospolitej. A działanie na rzecz II Korpusu gen. Andersa nie jest zbrodnią przeciwko Narodowi, lecz formą służby niepodległej Polsce”. Ojciec nie zgodził się na formułę rehabilitacji, bo do żadnej winy, ani zdrady Polski nigdy się nie poczuwał. Wywalczył anulowanie wyroków, uznanie ich za niebyłe. Dzięki temu rotmistrz Pilecki i jego ludzie przestali być wrogami Ojczyzny i szpiegami.

Pana dorastanie to jeszcze czasy prześladowania nauczycieli za próby mówienia prawdy. Od kogo dowiedział się Pan historii Żołnierzy Niezłomnych?

– Poznając historię mojego Taty i rotmistrza zgłębiałem historie ich komunistycznych prześladowców, ale też innych Żołnierzy Niezłomnych. Zresztą, gdy mówimy o nauczycielach, w rodzinie żywa była historia mojego dziadka Wacława, który zmarł na Pawiaku zamęczony za zorganizowanie w 1940 r. – razem z innymi kierownikami warszawskich szkół – rocznicowych uroczystości związanych z jedną z najważniejszych polskich rocznic: Konstytucji 3 maja. Babcia, która jako jedna z nielicznych członków rodziny przeżyła wojnę, też była nauczycielką, organizowała tajne nauczanie, a w Powstaniu Warszawskim służyła jako sanitariuszka. Prześladowania nauczycieli odczułem zresztą też w mojej szkole podstawowej im. Marcelego Nowotki. Świetna polonistka, która uczyła nas Herberta, a z drugiej strony nie chciała chodzić na pochody pierwszomajowe, została zwolniona przez czerwoną dyrekcję. To było pod koniec PRL-u, ale takie przypadki zdarzają się i dziś. W ubiegłym roku za organizowanie „nieprawomyślnych” spotkań został zwolniony z warszawskiej szkoły mój znajomy historyk. W Krakowie wymieniono dyrekcję jedynego w Polsce Muzeum Armii Krajowej, gdy za dużo czasu poświęcała Żołnierzom Niezłomnym. W ubiegłym roku przeżyłem wzruszające chwile, kiedy moja polonistka przyszła na warszawską premierę wspomnień Taty „Z otchłani”.

Skąd takie wyraziste tytuły Pańskich książek – „Bestie”, „Bestie 2”, „Lista oprawców”, „Oprawcy. Zbrodnie bez kary”, „Moje spotkania z bestiami”?

– Z przekonania, że jeśli najważniejszych dla nas rzeczy, wartości nie nazwiemy po imieniu, to w relatywnym świecie, który nas otacza, nic nie osiągniemy dla Sprawy. W przestrzeni publicznej trwa tendencja do racjonalizowania wszystkiego, w tym polskiej historii. Nasze dzieje, szczególnie te po 1944 r. wciąż są zakłamywane. Wpływowe, salonowe media kłamią o Żołnierzach Niezłomnych. A mamy takie zaległości, tyle białych plam…

Ci ludzie, których opisuję, to byli oprawcy i bestie. Komunistyczne kierownictwo partii i państwa, „oficerowie” śledczy bezpieki i Informacji Wojskowej, sędziowie, prokuratorzy – cała wielka maszyna zbrodni totalitarnego państwa. Represjonowali i mordowali przeciwników politycznych z pełną świadomością eliminowania tych, którzy chcieli Polski wolnej i niepodległej.

„Jeżeli państwo pojadą dzisiaj do Auschwitz, to zobaczycie gablotę poświęconą ruchowi oporu w obozie. Tam jest dwóch panów. Przede wszystkim jest Józef Cyrankiewicz, a dopiero później Witold Pilecki. Oczywiście w okresie PRL Pileckiego nie było w ogóle. Cyrankiewicz przywłaszczył sobie zasługi rotmistrza w ruchu oporu. Z tego powodu nie pomógł Pileckiemu w trakcie procesu, mimo, że go o to prosiło wiele osób” – to Pańskie słowa. Kiedy Polacy zrozumieją, że zostali oszukani?

– Pisałem też, że jeszcze w styczniu 2005 r., podczas obchodów 60. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz, prezydent Aleksander Kwaśniewski, mówiąc o więźniach-bohaterach wymienił Cyrankiewicza, „zapominając” o rotmistrzu. Charakterystyczne, że Pilecki został oczyszczony z zarzutów dopiero w 1990 r., rok po śmierci Cyrankiewicza. Przez cały PRL obowiązywała wersja, że to właśnie Cyrankiewicz był organizatorem konspiracji w KL Auschwitz. I ten sam Cyrankiewicz, który komunistycznym premierem – na długie lata – został trzy miesiące przed aresztowaniem rotmistrza, może być kluczem do tragedii Witolda Pileckiego.

Wracając do Kwaśniewskiego. Ten (post)komunista ma innych bohaterów. Nie jest nim Witold Pilecki, ale jest Wojciech Jaruzelski. Kwaśniewski tak mówił na pogrzebie Jaruzelskiego: „Żegnamy więc ciebie, żołnierzu. Żołnierzu, który wytrwale, dzielnie i wiernie służyłeś Polsce. Żegnamy cię, żołnierzu, i dziękujemy za wszystko. Dobrze zasłużyłeś się ojczyźnie. Wojciechu, żołnierzu, spocznij. Twoja służba skończona, a my – baczność! Walka o dobre imię Wojciecha Jaruzelskiego trwa. Cześć twojej pamięci” – powiedział człowiek, który prezydentem Polski był przez 10 lat. To smutne, że Polska ma takich prezydentów.

Wielu Polaków już zrozumiało, że Cyrankiewicz ich oszukał. Tak samo zrozumieją, że oszukał ich Jaruzelski i Kwaśniewski. Potrzeba tylko czasu. Dziś coraz więcej z nas uważa za oszustwo okrągły stół. Tej tendencji odkłamywania rzeczywistości nic nie zmieni.

Jaką wiedzę przekazał Panu o Witoldzie Pileckim Pański ojciec, współpracownik rotmistrza?

– Po rewizji nadzwyczajnej procesu grupy Witolda w 1990 r. i wywalczeniu przez ojca anulowania wyroków, tato trochę otworzył się na sprawy związane z jego stalinowskimi przeżyciami. Byliśmy razem z ekipami filmowymi na Rakowieckiej i we Wronkach, gdzie ojciec był więziony do 1956 r. Wtedy, po 1990 r. tato zaczął też opowiadać o Pileckim, o tym, jaki to był człowiek. Właśnie – nie tylko wybitny żołnierz, dowódca, ale przede wszystkim człowiek. Tato wspominał, że rotmistrz nie tylko wydawał rozkazy, ale potrafił słuchać innych. Z nim się dyskutowało, prowadziło dialog, przez co stosunki w kierownictwie grupy były niemal przyjacielskie. Ojciec podkreślał też, że Pilecki nie należał do świata polityków, którzy często narzucają swoje jedynie słuszne poglądy innym, ale osobą szalenie otwartą na inne przekonania. Na tym polegał fenomen jego powojennej siatki antykomunistycznej, ale też Związku Organizacji Wojskowej, którą utworzył wcześniej w KL Auschwitz. Pilecki łączył ludzi wokół idei, którą zawsze była walka o wolność i niepodległość Ojczyzny. I tak jak Pilecki, tak mój Ojciec miał szansę ratunku – wyjazdu i pozostania za granicą, ale z tej okazji nie skorzystał. Bo tę walkę należało prowadzić w kraju.

Na warszawskim Żoliborzu ma stanąć pomnik Rotmistrza. Czy widział Pan jego zwycięski projekt i jak go Pan ocenia?

– Przez szacunek dla inicjatorów budowy pomnika i rodziny Pileckich, która uczestniczyła w konkursie, wolałbym tej sprawy nie komentować. Przede wszystkim cieszę się, że pomnik powstanie, i to w wyjątkowo ekspresowym – jak na polskie realia – czasie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, od pomysłu do realizacji nie minie więcej niż dwa lata.

Wczoraj skarżyły mi się dzieci szkoły podstawowej, że nie lubią lekcji historii. Ma Pan jakiś pomysł, jak przekonać dzieci Polaków, żyjących w dobrobycie, czym jest nieznajomość własnej historii?

– Dzieci same się przekonują, często wbrew rodzicom i szkole. Przybywa zastępców patriotycznie odczuwającej młodzieży. Mam porównanie ostatnich kilku lat. W 2014 r. miałem zdecydowanie najwięcej lekcji o Żołnierzach Niezłomnych w polskich szkołach na terenie całego kraju. Czyli nauczycieli historii, którzy mimo możliwych konsekwencji nie boją się, jest coraz więcej. I wiedza młodzieży o latach powojennych jest coraz większa. Nie trzeba już wszystkiego tłumaczyć od podstaw, ale młodzi ludzie chcą pogłębiać swoje wiadomości. Mówią mi, że interesują się, czytają książki, że Niezłomni to dla nich bohaterowie, a komuniści to okupanci i mordercy. A przecież na lekcjach na ogół tych informacji nie zdobywają, bo nie przewiduje tego program. Szalenie ważny jest tu przykład z góry. Mam na myśli społeczności lokalne, którym te sprawy nie są obce. I tak w ubiegłym roku, podczas otwarcia w Olsztynie bursy im. Pileckiego, większość młodych dziewcząt i chłopców dumnie prezentowało koszulki z podobizną rotmistrza. Niedaleko, w Łukcie miejscowe gimnazjum i szkoła podstawowa uzyskały imię Żołnierzy Niezłomnych. Tak jak w Olsztynie młodzież przygotowała piękne, patriotyczne widowisko.

A cóż można powiedzieć tym, którzy nie rozumieją, że w latach 1944/45 należy szukać genezy dzisiejszej Polski? Tylko tyle, że historia, szczególnie ta najnowsza, naprawdę jest nauczycielką życia. I bez tego po prostu będziemy ułomni, nie zrozumiemy otaczającego nas świata. Przytoczę mądre, a zarazem złowrogie słowa Marszałka Józefa Piłsudskiego: „Kto nie szanuje i nie ceni swojej przeszłości, ten nie jest godzien szacunku, teraźniejszości ani prawa do przyszłości”.

„Zło jest złem, zbrodniarz zbrodniarzem i jako taki powinien ponieść zasłużoną karę. Niestety do dziś relatywizujemy zbrodnie komunizmu” – komu zależy na propagandzie, byśmy nie czuli, że żyjemy w czasach PRL-u?

– Zależy potomkom tych, którzy po 1944 r. nas zniewalali. Oni bronią życiorysów swoich ojców i dziadków, tego, co ich przodkowie nam ukradli, wcześniej nas mordując. W związku z tym te resortowe dzieci bronią też swojego stanu posiadania. Żyjemy w PRL-bis, państwie, w którym nadal rządzą (post)komunistyczne, ubeckie układy. One są obecne w kluczowych miejscach: w polityce, gospodarce, mediach. Mają dwa najważniejsze narzędzia: pieniądze i środki przekazu do kształtowania świadomości. I efekt jest taki, że większość wysokobudżetowych filmów to produkcje w stylu „Pokłosie”, czy teraz „Ida”. W ekspresowym tempie mogło powstać Muzeum Historii Żydów Polskich, a przez wiele lat nie można wybudować Muzeum Historii Polski, czy Muzeum Żołnierzy Niezłomnych. Resort ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego uznał, że to ostatnie nie budzi społecznego zainteresowania i odmówił przyznania środków!

Pułkownik Ryszard Jerzy Kukliński zasłużył się dla narodu, powinien być umieszczony w panteonie największych Polaków. Dlaczego tak trudno walczyć o jego dobre imię, mimo 25 lat życia w wolnym kraju?

– Bo z honorami – państwowymi, kościelnymi i wojskowymi został pochowany jego główny wróg: Jaruzelski. Tymczasem na Kuklińskim jeszcze przez kilka lat III RP ciążył PRL-owski wyrok. A do dziś przez „elity” jest opluwany. Przywołam bodaj jedyne prawdziwe słowa Jaruzelskiego: „Jeżeli pułkownik Ryszard Kukliński był bohaterem, to kim my jesteśmy?” My to zdrajcy, czyli PRL-owskie „elity”. I te „elity”, oraz ich kontynuatorzy grzebią dziś morderców z honorami, co zresztą już w 1982 r. przewidział Jacek Kaczmarski (piosenka „Wróżba”). Przy okazji blokują oddanie należnych honorów Żołnierzom Niezłomnym z „Łączki”, tak jak ostatniemu Niezłomnemu – Ryszardowi Kuklińskiemu. Aby odwrócić to trwające w III RP komunistyczne kłamstwo, potrzebna jest kontrrewolucja.

Zygmunt Bauman i Wojciech Jaruzelski zostali odznaczeni krzyżami walecznych. Doczekamy się chwili, kiedy pośmiertnie odznaczą pułkownika R. Kuklińskiego Orderem Orła Białego?

– Rzeczywiście obaj zostali uhonorowani Krzyżem Walecznych. Bauman i Jaruzelski swój romans z komuną zaczynali podobnie, później Jaruzelski pozostał w wojsku, a Baumana rzucono na inny odcinek – nauki.

Przytoczę dwie opinie o Baumanie. Pierwsza jego bezpośredniego przełożonego z KBW płk Zdzisława Bobrowskiego z 1950 r.: „Jako Szef Wydziału Pol-Wych operacji bierze udział w walce z bandami. Przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów. Odznaczony Krzyżem Walecznych”.

Druga Jacka Żakowskiego z 2014 r.: „Zygmunt Bauman nie był bandytą, (…) był oficerem w wojnie domowej, która się toczyła. (…) Natomiast jak rozmawiamy o Żołnierzach Wyklętych to możemy porozmawiać o zbrodniach podziemia antykomunistycznego po wojnie, które jest poważnym problemem i nie ma powodu, żeby o tym też nie mówić”. Te dwie wypowiedzi pokazują, jak III RP jest głęboko zakorzeniona w PRL-u.

W Rzeszowie żyje jeszcze Zbigniew Domino – tak jak Jaruzelski Sybirak, który też nie wyciągnął wniosków z zesłania i zaczął służyć swoim oprawcom. Jako stalinowski prokurator oskarżał Niezłomnych i uczestniczył w ich egzekucjach na Mokotowie. Dopóki funkcjonariusze komuny są honorowani, nie ma mowy o honorach dla drugiej strony. Płk Ryszard Kukliński dostanie Order Orła Białego, gdy pośmiertnie zostanie zdegradowany Wojciech Jaruzelski.

Generała Jaruzelskiego chowano na Powązkach według ceremoniału pogrzebu państwowego. Obrońcę Polski i polskości, Kazimierza Świtonia, złożono do grobu ukradkiem, odmawiając, bo pani Premier nie uznała za konieczne nadania tej uroczystości odpowiedniego statusu, honorów. Czy to oznacza, że w III RP zapomina się o bohaterach a zdrajców chowa z największymi honorami w asyście wojskowej?

– Dokładnie tak. Jaruzelski to wierzchołek góry lodowej, wielu komunistycznych zbrodniarzy pogrzebano w III RP z honorami – na Powązkach Wojskowych w Warszawie, ale też np. w Koszalinie, gdzie oddano hołd Wacławowi Krzyżanowskiemu, mordercy sądowemu Danuty Siedzikówny, „Inki”. Czasem dzisiejsza Polska, która generalnie czci morderców, zaprzańców i zdrajców polskiej sprawy, pochyli się też nad bohaterami. Taki np. prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz fetuje wspomnianego Baumana, a z drugiej strony odsłania pomnik Pileckiego. Bo III RP to państwo aberracyjne – zanurzone w PRL-u, które czasem – dla zachowania pozorów – próbuje nawiązywać do II RP. Mistrzem takiego stania w rozkroku jest obecny prezydent. Bronisław Komorowski razem z Barackiem Obamą świętował rocznicę 4 czerwca jako moment, kiedy podobno obaliliśmy komunizm, a cztery dni wcześniej sam pokazał, że komuniści trzymają się mocno, a głowa państwa polskiego oddaje im najwyższe honory. Mam na myśli oczywiście haniebny pogrzeb Jaruzelskiego. A dla Kazimierza Świtonia, zasłużonego opozycjonisty, współtwórcy Wolnych Związków Zawodowych takich honorów zabrakło. Został dołączony – decyzją marszałka Sikorskiego – do aktora Stanisława Mikulskiego (znanego z roli sowieckiego kapitana Hansa Klossa). Polski Sejm uczcił ich wspólnie minutą ciszy. Świtonia, który z komuną walczył i Mikulskiego, który komunie, nawet w stanie wojennym, służył. To jest właśnie to pookrągłostołowe rozdwojenie jaźni.

Walczy Pan nie tylko z systemem ale i resortowymi dziećmi. Wątpi Pan już w sprawiedliwość?

– W sprawiedliwość sądową w III RP wątpię, bo 25 lat okazało się za mało, aby osądzić komunistycznych zbrodniarzy. I w większości przypadków – z przyczyn biologicznych – to już się nie uda. Czyli walka o elementarną sprawiedliwość została przegrana. Ale w ostateczną wygraną oczywiście wierzę. Mówiąc symbolicznie, III pokolenie AK wygra walkę z III pokoleniem UB. To raczej nie będzie walka uliczna, w ramach polskiego Majdanu – choć tego też wykluczyć nie można – ale walka o świadomość. Polacy muszą uświadomić sobie, że naszymi bohaterami jest Pilecki, Fieldorf, Szendzielarz, Dekutowski, a nie Jaruzelski, Kiszczak, Urban, Miller. Sprzyja nam to, że resortowi rodzice i resortowe dzieci, na zewnątrz aroganccy i butni, tak naprawdę są coraz bardziej przestraszeni. Oni co jakiś czas do mnie piszą, lub dzwonią. Kilka lat temu syn wybitnego szablisty Jerzego Pawłowskiego, podejrzewanego o pracę nie tylko dla wywiadu amerykańskiego, ale także sowieckiego, przekonywał mnie, że to drugie to nieprawda. Tak samo w opinii syna, uwikłanym w system bohaterem był Igor Andrejew, który zatwierdził wyrok śmierci na gen. Fieldorfa. Albo Jerzy Modlinger, podziemny drukarz, dziennikarz “Gazety Wyborczej”, a od wielu lat szef “Teleexpressu”, wyjaśniał, że ojciec – Jerzy Maurycy Modlinger (w latach 50. komendant Oficerskiej Szkoły Prawniczej, szkolącej zastępy stalinowskich sędziów i prokuratorów wojskowych) był po prostu słabym człowiekiem.

Ale wolna Polska wygra ostatecznie z okupacją. Zmiany w świadomości otworzą zmiany w przestrzeni publicznej: w polityce, mediach, a w przyszłości miejmy nadzieję, także w wymiarze sprawiedliwości i biznesie. Wtedy Polska stanie się w pełni wolna i niepodległa. I ziszczą się słowa prezesa IV Komendy WiN ppłk Łukasza Cieplińskiego: „Zrobili ze mnie zbrodniarza. Prawda jednak wkrótce zwycięży. Nad światem zapanuje idea Chrystusowa, Polska niepodległość odzyska – a człowiek pohańbioną godność ludzką – odzyska”.

Czego Pan nauczy swojego syna, wzrastającego w czasie pokoju? W dobie cywilizacji śmierci, gender i poprawności politycznej?

– Tu trzeba postępować delikatnie. Nic na siłę, to raczej uczenie obcowania z historią, kulturą, tradycją. Tak jak ojciec uczył mnie. Syn zresztą bardzo wdał się w dziadka, przynajmniej w sensie fizycznym. Kiedy wydawca mojej ostatniej książki „Moje spotkania z bestiami” opublikował na facebooku zdjęcie dziadka Tadeusza i wnuka Stanisława, to podobieństwo było uderzające. Kiedy powiedziałem synowi, że to zobowiązuje, spytał: czy to presja? W „żartach” odpowiedziałem, że tak.

Panie Tadeuszu, rozumiem teraz, dlaczego jest Pan zapraszany na spotkania z młodzieżą. Historii może nauczyć tylko ktoś, kto z pasją o niej opowiada. I także ktoś, kto wierzy w zwycięstwo Prawdy. Dziękuję za spotkanie i poświęcony czas.

Tadeusz PłużańskiTadeusz M. Płużański (ur. 21 marca 1971) – polski dziennikarz, historyk i publicysta. Ukończył studia historyczne. Specjalizuje się w powojennej historii Polski[1]. Współpracuje ze Światowym Związkiem Żołnierzy Armii Krajowej. Publikuje m.in. w „Biuletynie Informacyjnym” ŚZŻAK, „Najwyższym CZASIE!”, „Naszej Polsce”, „Uważam Rze”, „W sieci”, „Do Rzeczy”, „Tygodniku Solidarność”, „Gazecie Polskiej Codziennie” i „Gazecie Polskiej”]. Objął funkcję szefa działu opinie w „Super Expressie”. Jest m.in. autorem wydanej w 2011 książki Bestie, zawierającej zapis reporterskiego śledztwa dotyczącego funkcjonariuszy stalinowskich. Pod koniec 2013 został prezesem Fundacji „Łączka”, sprawującą opiekę i działalność wspierającą wobec „Kwatery na Łączce”. Jest synem prof. Tadeusza Płużańskiego, naukowca, więźnia stalinowskiego, członka TAP.