Miałem tego nie pisać, ale wkurzył mnie pewien komentarz na mój komentarz pod pewnym postem na pewnym profilu. Dlaczego dyskutuję i prowadzę bezsensowne wojenki z pseudo dziennikarzami zamiast kłaniać się komu trzeba, trzymać ze wszystkimi i załapać się na dobrą fuchę z dobrej spółce? Chętnie wyjaśnię.

Po pierwsze, to nie są pseudo dziennikarze, ale pragmatycy, którzy za pieniądze zrobią każde świństwo. To są ludzie, którzy dobrze manipulują innymi oraz współpracują z każdą służbą, wykorzystując biurokratyczną paranoję szefów tych służb. Ludzie na każdy system i na każdą pogodę. Szkoda, że tylko niewielu rozumie, że agent wielu nie jest niczyim agentem i wszystkich oszukuje, a współpracą zabezpiecza siebie. Nie napiszę na razie o interesie, jaki proponował mi jeden z takich „dziennikarzy”, ani o mojej reakcji, która skończyłaby się dla niego prosto i ostatecznie. Niestety, nie miałem akurat przy sobie pistoletu. Jeszcze nie czas, poza tym nie tak się takie postawy zwalcza.

Po drugie, środowisko dziennikarskie w Polsce jest bezsilne wobec takich osób. Poznałem wielu dobrych dziennikarzy o różnych poglądach politycznych. Z niektórymi, szczególnie trelewizyjnymi, nie zgadzam się w żadnym punkcie, ale wiem, że wszyscy, ze wszystkich stron, znają granice. Wiem też, że brzydzą się takimi indywiduami, lecz często muszą je tolerować, bo właściciel potrzebuje „płatnych morderców”. Środowisko dziennikarskie nie przyzna się, ego nie pozwala, że jest bezsilne wobec takich osób. Dziennikarz, którego opluł taki żurnalista, idzie do sądu i dobrze wie, że nawet wygrana sprawa nic nie da, bo chodzi jedynie o sprytną wrzutkę i deprecjację. Do tego oni służą. Ta sytuacja powoduje postawę typu „z nimi nie dyskutujemy”, „nie pokazujemy się w ich towarzystwie”, „ignorujemy ich”. Jest to błąd, bo jeśli udajemy, ze pasożyta nie ma, to wkrótce pasożyty nas zjedzą, gdyż będzie ich coraz więcej i coraz bardziej zuchwałych. Tak powstały niektóre redakcje. W służbach specjalnych, tych prawdziwych, mówi się, że gdy o czymś wie jedna osoba, to jest I, gdy dwie, to nie jest II, ale jedenaście. Tak jest i w przypadku żurnalistyki i „dziennikarzy” na zamówienie. Dla nich ignorowanie równa się przyzwoleniu na wszystko. Na to nie można pozwolić.

Po trzecie, nie jestem, kurwa, grzecznym chłopcem i jak ktoś mi się nie podoba, to mu to mówię prosto w oczy, a nie podaję rękę, po czym szybko idę myć dłoń w łazience. jeśli ktoś lubi wszystkich, to lubi wyłącznie siebie. W dodatku, proszę wybaczyć, ale by ocenić czy coś jest bezsensowne trzeba znać tło i kontekst.

Nie można pozwolić na bezkarne funkcjonowanie ludzi, którzy sprowadzają zawód dziennikarza do poziomu rynsztoka. Nie pomoże tu ignorowanie, ani procesy sądowe. Konieczne jest zdecydowane działanie. taka jest moja filozofia. Może być głupia dla kasty ekspertów ze stopniami, lecz ja mam to gdzieś. Może dlatego, że idiotyczne zdjęcie „pod ścianką” jest dla mnie przykładem makdonaldyzacji, czyli degradacji, a nie awansu. Uprzedzam także, że zarzuty o rzekomej „zazdrości” są dla mnie bzdurne. Miałem swoje „pięć minut”, może mam „dziesięć”, może będę miał i „godzinę”. Jeśli nie, to trudno, bo nie dla tych minut zostanę zapamiętany, jeśli w ogóle tak się stanie. Inną mam skalę wartości.