Jak pewnie Państwo zauważyliście mam dzisiaj dzień dziennikarski. Wyzłośliwiam się, co zaraz dziennikarze nazwą frustracją, ale nie o to chodzi. W ich świecie jest wielu prawdziwych dziennikarzy, dla których etyka ich zawodu nie jest obca, a ten i pozostałe posty, wcale nie są przeciwko nim skierowane, ponieważ jeśli ktokolwiek może pilnować demokracji, to tylko oni. Niestety, miałem okazje zetknąć się z ich „ciemniejszą stroną”.

Napisałem niedawno, że jak się powie dziennikarzowi prawdę, bez picu, przewracania oczyma, aktorskich, ściśle tajnych uśmieszków, a w dodatku wygląda się niczym połączenie Freddy Krugera z Frankeinsteinem i nie lubi Bonda, filmów Pasikowskiego i Vegi, to natychmiast uzna człowieka za prowokatora, który utracił umiejętności operacyjne i zacznie zastanawiać się, jakby tu facetowi dołożyć. Może napisać coś kompromitującego? Albo, że to ubol? Aha! Nie można, bo już to powiedział. Innymi słowy, bo, skubaniec, jest wykształcony troszkę, ale powiedział. Nic to!

Pażywiom uwidim, jak mówią pisani Amerykanie.

Po wywiadzie dla tygodnika znalazłem się w mainstreamowej stacji, gdzie miła pani redaktor usiłowała mnie skompromitować. Niezbyt to się jej udało, bo zaczęła ironicznie: „O, to Pan jakąś książkę napisał?”. A ja na to: „Widzi Pani, esbek i pisać umie.”, po czym poprosiłem, by przeczytała końcowy akapit (jestem z niego dumny, a co!). To zbiło panią Redaktor z tropu i nawet „setki”, które miały mnie wykończyć, nie pomogły, bo bawiłem się setnie.

Myślałem, że już mam spokój z mainstreamem, ale nie.

We wtorek zadzwoniła komórka. Moja. Jedyna, którą posiadam. Odebrałem i usłyszałem: „Jestem XY z TVN24 i chciałem Pana zaprosić do programu.” Zastanowiło mnie skąd ma mój numer telefonu, lecz zawsze lubiłem rozpoznawać bojem przeciwnika, czyli operacje ofensywne. „Jakiego programu?” – zapytałem nieśmiało i usłyszałem, że to będzie „Uwaga TVN”.

W toku dalszej rozmowy fig…(ach ! to przyzwyczajenie do raportów!) dziennikarz obalił moją sugestię, że nie jestem fachowcem i nie wyglądam ładnie, jak fachowcy, których przecież ma jego stacja i zapytał, czy może do mnie przyjechać, ponieważ chciałby nagranie zrobic w „moim środowisku”. Uśmiechnąłem się w duchu i powiedziałem , że mieszkanko mam małe, na trzecim piętrze bez windy, woda nie dochodzi, a piwnica zapchana, więc wolałbym pojechać do studia. „Dobrze, dobrze!” – ucieszył się – „Proszę dać adres. Przyślemy samochód.”. Westchnąłem i zaproponowałem, że przyjadę na Wiertniczą sam, bo mam chorobę lokomocyjną i lubię duże samochody, jakimi niewątpliwie są autobusy miejskie.

„Gdzie?” – zapytał „dziennikarz” – poprawił się szybko – „A, tak, tak. Musze tylko zdobyć jakiś pokój.”. Poinformowałem go, że mam czas w czwartek przed południem. Ucieszył się, bo materiał musi „zrobić do piątku”. „Zadzwonię w środę i umówimy się na czwartek”. Po skończonej rozmowie, roześmiałem się głośno. Wiedziałem, że nie zadzwoni.

Postanowiłem jednak pójść dalej.

W czwartek wieczorem zadzwoniłem pod numer, wyświetlony na komórce. „Dobry Wieczór.” – przywitałem się grzecznie – „Nazywam się Wroński. Ktoś do mnie dzwonił z tego telefonu.”. Głos, ten sam, co poprzednio, szybko zaczął zaprzeczać. „To pomyłka, nigdy na ten numer nie dzwoniłem.”. Ponarzekałem na starość i niedowidzenie, przeprosiłem grzecznie, po czym wyłączyłem się, pękając znów ze śmiechu. Czas i długość rozmowy oraz numer mam nadal w komórce. Widzę pięć rozwiązań:

1. Ktoś chciał zobaczyć ile teczek mam w domu i wziąć jedną, zanim wpadnie ABW.
2. Ktoś chciał ustalić mój adres, co nie jest takie trudne, bo przecież nie ukrywam się i można to zrobić dość szybko i łatwo. W mojej dawnej pracy były to wprawki dla nowo przyjętych i ustalali oni adresy w godzinę i to bez „piętnastek”.
3. Młody dziennikarz, napalił się, ale nie uzgodnił ze starszymi, a oni, jak usłyszeli nazwisko, to opieprzyli go i biedak musiał grać idiotę.
4. Inni zaproszeni powiedzieli, że jak będzie Wroński, to oni nie przyjdą, bo im się wężyki na mój widok wyprostują.
5. Ktoś chciał mi zrobić dowcip.

Podaję nazwę stacji dlatego, że muszę również założyć, iż ktoś się pod nią podszył (nie znalazłem dziennikarza o takim nazwisku), a to byłoby nieetyczne wobec niej, więc niech o tym wie. Poza tym, niech TVN nie obawia się, bo ja wcale nie chce psuć ich wspaniałych wnętrz, pełnych ładnych ludzi i przedmiotów, swoją osobą.

Dziennikarzy też proszę o wybaczenie. Nie obrażajcie się za trochę złośliwości, ale jak mówią „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”. Właściwie to powiedział pewien biskup bardzo dawno temu.