Jak starsi wiekiem userzy pamiętają z zajęć wojskowych do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy – po pierwsze – pieniądze, po drugie – pieniądze i po trzecie – pieniądze.

Autor tych słów, włoski kondotier i marszałek Francji Gian Giacomo Trivulzio wiedział dobrze, że tylko pieniądze pozwalają na najęcie odpowiedniego żołnierza. Jeszcze lepiej wiedział o tym Napoleon, zwany Wielkim, któremu autorstwo powyższych słów jest najczęściej przypisywane.

Inny wielki teoretyk wojskowości, Carl Phillip Gottlieb von Clausewitz, sformułował nie mniej ważną tezę – otóż naturalnym stanem państw jest wojna pomiędzy nimi. Pokój to tylko zawieszenie broni przed kolejną jatką. Ba, któryś z myślicieli realnego socjalizmu poszedł jeszcze dalej – otóż pokój to wojna prowadzona innymi środkami.

Jednak nagromadzenie środków wzajemnego odstraszania, jak ongiś eufemistycznie nazwano broń atomową powoduje bezsens jakiegokolwiek konfliktu prowadzonego wg XX-wiecznych reguł. Czy to oznacza, że dzięki atomówie wyzbyliśmy się wojen?

To nie tak. Przede wszystkim zagraża nam wojna hybrydowa, w której dotychczasowe uzbrojenie będzie albo w ogóle, albo tylko w małym zakresie użyteczne. Budowa coraz nowocześniejszych i szalenie przez to drogich czołgów okaże się zwykłym marnotrawieniem publicznej kasy, gdy tenże czołg będzie spełniał rolę blokującego skrzyżowanie.

Tu naprawdę nie ma różnicy pomiędzy archaicznym T-55 a Abramsem. Liczy się tylko ciężar.

Przerabialiśmy to w stanie wojennym przecież. Jeżdżące trumny, jakimi w warunkach ewentualnej wojny już w latach 1970-tych były transportery opancerzone SKOT doskonale posłużyły do pacyfikacji społeczeństwa po 13 grudnia 1981 r.

Ba, nawet dzisiaj sprawdziłyby się w tej roli.

Jednak prócz takiej wojny grozi nam ta ciągle rozgrywająca się w przestrzeni wirtualnej. W dzisiejszych czasach nagły atak grupy hackerów może być równie skuteczny jak nalot dywanowy z okresu II wojny światowej.

Wirtualnie można bowiem sparaliżować wszystko – zatrzymać pociągi, wykasować dane dotyczące podatników (to akurat wielu przyjęłoby z radością), świadczeniobiorców ZUS, wreszcie system bankowy.

Wyobraźcie sobie, że nagle po miesiącu pracy karta płatnicza staje się bezużyteczna, a jedyne pieniądze to drobniaki w portfelu.

Na dodatek nie za bardzo jest co i gdzie kupić – przestały bowiem działać kasy fiskalne, a zanim sprzedawcy przestaną obawiać się fiskusa i zaczną sprzedawać choćby na zeszyt minąć może parę dni.

Podobną apokalipsę opisał 60 lat temu Stanisław Lem. W jego „Pamiętniku znalezionym w wannie” koniec świata, a raczej koniec cywilizacji, przyniosła „papyroliza”. Po prostu cały papier, na którym spisane były nie tylko dzieła Homera, Petrarki czy Sienkiewicza, ale też rachunki za telefon, umowy najmu, instrukcje obsługi, książki telefoniczne czy banknoty zamienił się w pył.

Co może się stać, gdy nagle w przypadku Polski zniknie blisko 90% pieniądza? Bo na taki udział właśnie oceniany jest pieniądz wirtualny, znajdujący się na serwerach bankowych.

Jednak nikt tego systemu nie rusza.

Szczerze wątpię, by było to zasługą jakichś wyjątkowych zabezpieczeń. Po prostu nie podcina się gałęzi, na której się siedzi.

Jak prowizorycznie zabezpieczony jest globalny system świadczy poniedziałkowy kolaps facebooka oraz połączonych z nim kapitałowo Instagramu i WhatsAppa.

Po prostu zniknął, a zamiast strony www wyświetlany był taki napis:

W kategoriach ludycznych można traktować informację, że na całym świecie pracownicy biur molocha nie mogą dostać się do środka, gdyż identyfikatory nie działają.

Wiele osób, dotkniętych lewacką cenzurą na tym portalu społecznościowym przeżywa coś w rodzaju satysfakcji.

Trudno jednak podejrzewać, że akurat oni są winni.

Jak mówił Napoleon, do prowadzenia wojny potrzebne są pieniądze.

Zaatakowanie wirtualnego molocha, i to na całym świecie jednocześnie, wymaga pieniędzy.

Możemy jedynie spekulować, ale przecież Mark Zuckerberg od pewnego czasu zaczął już uważać się za jakiegoś e-boga, w sposób dowolny wyłączając urzędującego prezydenta USA.

Akurat na biednego nie trafiło.

Czy Trump opłacił zespół hackerów?

A może jakaś grupa gra na obniżenie wartości akcji facebooka i planuje je tanio kupić, a następnie przywrócić stan poprzedni?

Facebook znowu działa, z WhatsAppem są jeszcze kłopoty.

Notowania molocha są jednak znacząco niższe niż przed awarią.

A teraz pomyślmy przez chwilę. Zuckerberg reanimował FB sporym nakładem pracy informatyków itd.

Co jednak może się dziać, gdy szlag trafi cały system?

Wg Lema koniec cywilizacji przyniosła „papyroliza”. Epokę papieru mamy już jakby za sobą. Co jednak się stanie, gdy zniknie internet, a wraz z nim dane z serwerów na całym świecie?

Żeby tak się stało nie trzeba wcale wojny czy ataku internetowych terrorystów.

Oto 1 września 1859 roku brytyjski astronom Richard Christoper Carrington zaobserwował na Słońcu rozbłysk.

Był to tzw. koronalny wyrzut masy, który dotarł do Ziemi już po 18 godzinach. Zazwyczaj czas ten jest znacznie dłuższy (3-4 dni).

Efekty na szczęście ze względu na rozwój cywilizacji były niewielkie. Przede wszystkim dochodziło do samozapalenia się papieru na stacjach telegraficznych oraz indukowania prądu tak, że nawet odłączenie baterii pozwalało na przesyłanie wiadomości.

Co stałoby się teraz?

Wikipedia podaje hipotetyczny scenariusz:

W raporcie National Research Council of the National Academy of Sciences (Amerykańska Akademia Nauk) naukowcy ostrzegają, iż burza podobna do burzy z 1859 roku dzisiaj mogłaby spowodować globalną katastrofę. Szybkie zmiany pola magnetycznego na dużym obszarze podczas burzy magnetycznej powodują indukowanie się siły elektromotorycznej w przewodnikach, która może spowodować zniszczenie transformatora wysokiego napięcia, co zdarzyło się w 1989 roku. Według NASA nieco większa burza, taka jak w 1921 roku, zniszczyłaby w samych Stanach Zjednoczonych ok. 350 transformatorów i lokalnych stacji elektroenergetycznych, dostarczających energii dla 130 milionów osób.

Burza wielkości tej, która wystąpiła w 1859 roku mogłaby zniszczyć cały system energetyczny krajów uprzemysłowionych. Spalone transformatory nie mogą być naprawione, trzeba je wymienić na nowe, a czas produkcji jednego wynosi ok. 12 miesięcy, pod warunkiem, że fabryka ma zapewnione dostawy surowca i energii, na co w takich warunkach trudno liczyć. Zapasów transformatorów prawie nie ma.

Sieci energetyczne w Europie są ze sobą mocno powiązane, co grozi reakcją łańcuchową – awaria części sieci pociąga za sobą przeciążenie innych fragmentów i kolejne awarie. Ochronę mogą stanowić systemy wczesnego ostrzegania oraz kondensatory zabezpieczające transformatory energetyczne. Obecnie jednak system wczesnego ostrzegania posiada tylko USA i jest on zużyty, a żadna inna ochrona nie jest stosowana.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Burza_magnetyczna_roku_1859

Wskutek aktywności Słońca jako cywilizacja możemy zniknąć. Taka e-papyroliza po prostu.

Bez udziału Kosmitów, bez eksplozji bomb atomowych, zarazy, przebiegunowania Ziemi, planety Nibiru i tym podobnych rzeczy wymyślanych na przestrzeni ostatnich dekad.

Ot, tak zupełnie naturalnie. Mimochodem…

5.10 2021

fot. pixabay