Isfahan (Ispahan, Aspadāna, Spahān), liczący 3,5 mln mieszkańców, to trzecie co do wielkości miasto Iranu, położone ok. 340 km na południe od Teheranu, jest stolicą prowincji o tej samej nazwie.
Jego historia sięga XI wieku, ale czasy świetności nadeszły za panowania szacha Abbasa I Wielkiego gdy w XVI w ustanowił go stolicą imperium perskiego. W ówczesnych czasach było to jedno z największych miast świata, zamieszkanych przez ponad 1 milion mieszkańców. Funkcjonowały w nim: 163 meczety, 48 szkół religijnych, 1801 sklepów i 263 łaźnie publiczne.
Teraz jest miastem nowoczesnym, akademickim, rozwija się tu przemysł stalowy, samochodowy. W świecie słynie z wytwarzania pięknych dywanów i rękodzielnictwa. W pobliżu znajduje się elektrownia atomowa którą zobaczymy w następnym dniu jadąc do Kashanu.
Gdy stanęłam na Placu Imama (zwany do niedawna Naksz-e Dżahan czyli „Obraz Świata”) i zobaczyłam przylegające do niego meczety oraz krążące wokół niego dorożki, skojarzył mi się on z krakowskimi Sukiennicami.


Po placu Tiananmen – Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, jest drugim co do wielkości placem na świecie. Istnieje takie powiedzenie, że kto nie widział Isfahanu , to nie może mówić, że był w Iranie.


Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Meczetu Szejka Loft Allaha. Zbudowany w latach 1603-18 jako prywatny meczet władcy Abbasa I. Posiadał podziemne połączenie z pałacem Ali Qapu które zapewniało anonimowość jego żonom i nałożnicom udającym się na modły.
Z zewnątrz wygląda skromnie. Nie ma przy nim minaretów i dziedzińca. Tylko przepięknie zdobiona kopuła przykuwa uwagę.


By dojść do głównej sali musiałam wejść dość stromymi schodami, a następnie przejść kilka metrów ciemnym korytarzem. Uchodzi za najpiękniejszy meczet w Iranie. Sala modlitewna i sklepienie kopuły są ozdobione subtelną dekoracją. Samo sklepienie ozdobione na wzór pawiego ogona jest przepiękne. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie naniesiony na nim snop światła wskazujący kierunek Mekki. Widać w tym geniusz artysty który malował kopułę.


W zasadzie to meczet szach Abbasa I Wielkiego, który polecił wznieść przy placu pałac dla siebie, meczet dla wiernych a bazar dla kupców przybywających z całego świata.


Po wyjściu z Meczetu Szejka Loft Allaha przeszliśmy do oddalonego ok. 200 m dominującego nad placem Meczetu Imama. Z jego budową związana jest ciekawa historia.
Szach Abbas I Wielki w swoim imperium ogłosił konkurs na projekt i jego budowę. Ponieważ znany był ze swego gwałtownego usposobienia zgłosił się tylko jeden architekt któremu powierzono budowę meczetu. Po zalaniu fundamentów zniknął wprawiając szacha w wielką konsternację. Mimo rocznych poszukiwań przepadł. Po roku architekt sam zgłosił się do straży pałacowej. Gdy stanął przed obliczem Abbasa I Wielkiego zwrócił się do niego z prośbą, by dał mu 5 minut na wytłumaczenie swojego postępowania. Szach był bardzo ciekawy co ma do powiedzenia jego poddany więc się zgodził. Architekt zaczął od tego, że jako budowniczy jest fachowcem w swojej dziedzinie i zna się na pracy jaką wykonuje, dlatego po zalaniu fundamentów postanowił się ukryć, by dać czas na dobre związanie cementu. Gdyby tego nie zrobił, to jak powiedział znając życie, urzędnicy szacha zmusiliby go do rozpoczęcia budowy, a niezwiązany fundament nie wytrzymałby gigantycznego obciążenia jakim był meczet. Ponieważ był inteligentnym człowiekiem mówiąc o urzędnikach miał na myśli szacha. Abbas I Wielki chociaż raptus nie był głupi. Argumentacja architekta go przekonała i nakazał, by dalej on kierował budową. Gdy meczet został wybudowany (1611- 30) zachwycił szacha który jego projektanta i budowniczego hojnie nagrodził.


Ma wymiary 100 × 130 metrów. Został wzniesiony na planie czterech ejwanów (przesklepione pomieszczenie otwarte od strony dziedzińca), z których prowadzi droga do przykrytych kopułami sal.
Meczet Imama, znajduje się w południowej części placu. Widać go z daleka, bo uwagę przykuwa gigantycznych rozmiarów brama i znajdujące się po jej bokach dwa strzeliste minarety oraz gigantyczna 51 metrowa kopuła. Wszystko koloru turkusowego. Wchodząc do środka przeszliśmy przez bramę podziwiając jej niesamowitą formę. Wszędzie mnóstwo kolumn, łuków i kopuł.


Sala główna podobnie jak brama posiada misterne mozaikowe zdobienia w siedmiu kolorach i kaligraficzne inskrypcje. Zachwyca wielością ornamentów.
Podczas zwiedzania meczetu mieliśmy spotkanie z szyickim duchownym w medresie funkcjonującej w tym meczecie. Wyjaśniał nam zasady islamu oraz potwierdził, że prawo religii jest prawem stanowionym Iranu. Zadawaliśmy mu pytania, on na nie odpowiadał. Gdyby było więcej czasu to z niektórymi jego odpowiedziami bym polemizowała.


Po zwiedzeniu meczetów udaliśmy się do znajdującego się przy placu bazaru. Ilość oferowanego towaru przyprawiała o zawrót głowy. Ceramika, mosiężne naczynia, biżuteria, obrazy które były dywanami, dywany, sukienki, chusty, szale, zapachy i kolory przypraw, warzyw, owoców przyciągały wzrok. Irańscy sprzedawcy różną się od arabskich tym, że nie są nachalni.

Chodząc po bazarze nasz przewodnik zaprowadził nas do sklepu z dywanami będącego równocześnie manufakturą specjalizującą się w ręcznym tkaniu dywanów. Wykonywane są na podstawie projektu, który z chwilą powstania dywanu jest niszczony, by nie było dwóch takich samych. Istnieją projekty wiejskie i miejskie. Na wsi osoby tkające same sobie wymyślają wzór korzystając z doświadczenia.


W Iranie istnieją dwie główne szkoły uczące dywanowego rzemiosła, jedna jest w Isfahanie a druga w Kashanie. Materiały z których powstają są różne. W zasadzie wykorzystuje się wełnę i jedwab. Np 50% silk i 50% wełna. Może być też dywan z samego jedwabiu lub z samej wełny. Dywany z samego jedwabiu są trudniejsze w wykonaniu bo w zależności od wzoru trzeba zrobić100 lub 120 węzłów na cm 2 a przez to są droższe. Cena również zależy od wielkości. Istnieje możliwość dostarczenia dywanu wprost do domu klienta zarówno w kraju jak i za granicę co wiążę się z wcale niemałą dodatkową opłatą.

Następnym niezwykłym miejscem które odwiedziliśmy to pawilon – muzeum Czahel Sotun (Czterdziestu Kolumn) na końcu długiego basenu otoczony wspaniałym ogrodem. Zbudowany przez Szaha Abbasa II Oryginalny ogród był dużo większy niż mający obecny 60000 metrów kwadratowych. Powierzchnia pałacowa wynosi około 2125 metrów kwadratowych.
Podejmowani tu byli dyplomaci i ambasadorowie z różnych krajów na tarasie oraz we wspaniałych salach. Służył również rozrywkom i wspaniałym przyjęciom.
Nazwa „Czterdzieści Kolumn”, została zainspirowana obrazem odbijających się w wodach fontanny dwudziestu smukłych drewnianych kolumn podpierających werandę. Stwarza to wrażenie ich podwójnej ilości. Najlepiej to widać w nocy gdy oświetlone kolumny odbijają się w wodzie. Wchodząc do niego widzimy sufit pięknie ozdobiony inkrustacjami lustrzanymi w której lubowali się szachowie.


Zafascynowała nas główna sala cała ozdobiona kolorowymi obrazami i freskami przedstawiającymi sceny historyczne, takie jak bitwa o Chaldiran, przeciwko Ottomanowi Sultan Selimowi I, przyjęcie króla uzbeckiego w 1642 roku, po zakończeniu budowy pałacu. Chodząc po pokojach widzieliśmy przepiękne obrazy natynkowe potwornie uszkodzone podczas rewolucji przez fanatycznych wyznawców islamu, wg których nie można malować ludzi i zwierząt.

Pałac Czehel Sotun zarejestrowany jest jako jeden z 21 obiektów dziedzictwa światowego pod nazwą Ogrodu Perskiego.
Po wspaniałej wizycie w tym światowej klasy obiekcie udaliśmy się do również godnego naszej wizyty Pałacu Ali Qapu.
Znajduje się on naprzeciwko Meczetu Szejka Loft Allaha, po drugiej stronie Placu Imama. Powstał na przełomie wieków XVI i XVII na polecenie szacha Abbasa I Wielkiego. Niestety czasy świetności ma on za sobą. Podobno kolumny wspierające dach pokryte były lustrami odbijającymi promienie słoneczne tworząc w ten sposób efekt świetlny. Podkreślał on majestat władcy. To z tego miejsca szach spoglądał na życie poddanych toczące się na placu,

Cała wewnętrzna część placu poświęcona była grze w polo, którą szach oglądał z tarasu swego pałacu. Gdy upał był zbyt dokuczliwy udawał się do ogrodów znajdujących się po jego drugiej stronie. Obecnie Pałac Ali Qapu przechodzi renowację i nie wszystkie pomieszczenia są dostępne dla zwiedzających.

Bardzo źle wchodziło się wysokimi a wąskimi schodami na jego taras, ale było warto. Mimo rusztowań rozciągał się z niego przepiękny widok na cały plac oraz meczet Szejka Loft Allaha oraz ogromny Meczet Imama. Po zrobieniu kilku fotek poszliśmy zwiedzać pałacowe komnaty. Kręte wąskie schody z wysokimi stopniami zawiodły nas do kilku sal ozdobionych malowidłami które powinny zostać poddane renowacji. Idąc dalej doszliśmy do sali muzyków. Na wszystkich zrobił wielkie wrażenie jej niepowtarzalny wystrój. Podobno ma ona niesamowitą akustykę. To tutaj szach najbardziej lubił odpoczywać. Gdy wychodził na taras po popołudniowej kąpieli, grała muzyka, która powoli rozchodziła się po całym budynku, a następnie po placu. Również zapraszał do niej najbardziej zaufanych dworzan gdzie wspólnie słuchali muzyki lub w jej tle prowadził z nimi rozmowy.

Po wizycie w tych niezwykłych miejscach mieliśmy czas wolny na zakupy i zwiedzanie bazaru. Rozciąga się on na długości 2 km między Meczetem Piątkowym a placem Naksz-e Dżan. Arkadowa budowa bardzo przypomina krakowskie Sukiennice,z tym, że jest o wiele większa.
Bazar wydawał nam się swoistym muzeum staroperskiej sztuki. Mieliśmy dużo czasu aby móc zatrzymać się dłużej przy poszczególnych straganach lub wejść do któregoś z sklepików. Właściciele jak mogli zachęcali nas do kupna swoich towarów. Niektórzy z nich dawali nam nawet ulotki w języku polskim, zachęcające do zakupów w ich sklepach. Jedną z nich zatrzymałam na pamiątkę. Z wielkim zainteresowaniem oglądaliśmy z mężem oferowany przez sprzedających towar. Dla nas to była kwintesencja egzotyki. Chodząc po tak wielkim skupisku straganów i sklepów nie ma fizycznej możliwości by niczego nie kupić. Ja kupiłam parę drobiazgów, biżuterię z irańskiego turkusu oraz zoroastryjski symbol trzech najwyższych wartości. Nazywa się on Farwa har. Czas minął nam błyskawicznie, a i tak obejrzeliśmy może z 5% bazaru.

Kilka z naszych współtowarzyszek podróży narzekało na to, że zbyt wiele czasu tu spędziliśmy. Dla nich jak mówiły wystarczyło by pół godziny. Przyznam, że ich nie rozumiałam. Nawet jak nic nie chciały kupić, to było co oglądać.
Podczas spaceru po bazarze nawiązały z nami rozmowę dwie młode dziewczyny. Okazało się że były siostrami. Starsza była nauczycielką a młodsza jeszcze uczennicą. Mówiły płynnie po angielsku i ucięliśmy sobie dłuższą pogawędkę. Pytały nas skąd jesteśmy, co tu robimy, czy podoba się nam Iran i co myślimy o jego obywatelach. Opowiadały też o sobie o swojej pracy i nauce. Rozstaliśmy się w miłym nastroju.

Czas było wracać do hotelu. Byłam trochę zmęczona, bowiem mieliśmy cały dzień intensywnego zwiedzania. Jednak nie mogłam się oprzeć pokusie, aby po kolacji udać się na most Si-Yo-Se-Pol czyli most 33 łuków. Żeby do niego dojść trzeba było przejść główną ulicą handlową Abbasi St. pełną kolorowych sklepów, restauracji i barów z fast-foodem. Idąc tą ulicą spotykaliśmy mile uśmiechających się ludzi, którzy zapytani o drogę chętnie udzielali nam odpowiedzi i pytali nas o wrażenia związane z ich krajem.
Most 33 Łuków jest jednym z jedenastu mostów w Isfahanie. Jest znanym przykładem stylu safawidzkiego. Ukończony w 1602, składa się z 33 łuków (stąd nazwa). Jego budowę zlecił Allahwardi Chan wódz Szacha Abbasa I. Zamknięty dla ruchu kołowego, jest celem spacerów mieszkańców Isfahanu oraz jedną z głównych atrakcji turystycznych miasta. Most o konstrukcji arkadowej ma 298 metrów długości i 12 metrów szerokości.

Gdy do niego dotarliśmy zrobił na nas niesamowite wrażenie. W świetle księżyca i oświetlających go latarni wyglądał imponująco. W czasie naszego pobytu rzeka Zajande była sucha i można było suchą stopa przejść na drugą stronę. Dopiero w marcu gdy puszczą śniegi koryto wyschniętej rzeki wypełni się wodą. Spacerując po nim, nie chciało się nam wierzyć, że ma on ponad 400 lat. Było sporo Irańczyków, zwłaszcza młodzieży. Nie ma tu klubów ani dyskotek a młodzież musi gdzieś wyjść wieczorami. Uprzyjemnia sobie więc czas spotykając się na nim by spacerować lub siedząc w jego wnękach słuchać muzyki i dyskutować. Uderzyło nas to, że zachowywali się inaczej niż zachodnia młodzież. Nie było krzyków, zaczepek i bieganiny. Spacer po moście wśród nich był wielką przyjemnością.
Następnego dnia rano widzieliśmy ten most już w świetle słońca i był równie ciekawy jak wieczorem.

Foto:Liliana i Zdzisław Borodziuk