Następny dzień zaczęliśmy od wizyty w dzielnicy ormiańskiej zwanej Nowa Dżolfa, leżącej po drugiej stronie rzeki w Isfahanie. Nie ma takiej drugiej w całym Iranie która tak bardzo różni się od muzułmańskiego Iranu. W 1701 roku w dzielnicy było około 30 cerkwi, jednak do dziś pozostało ich około 13, a z liczącej 100 000 osób społeczności ormiańskiej w połowie lat 60 pozostało około 7000 w 1995 roku.

Znajduje się w niej słynna, bogato zdobiona ormiańska katedra Świętego Zbawiciela Wank (wank, w języku ormiańskim oznacza monaster) – jako dowód tolerancji religijnej Iranu. Żaden jednak z kościołów nie może tu prowadzić działalności misyjnej.

Historia tego kompleksu sięga XVI w. Od 1501 roku, Iran przeszedł transformację z państwa większościowo sunnickiego na szyickie. Podczas wojny persko-tureckiej ormiańskie duchowieństwo wystąpiło do szyickiej Persji o ochronę przed sunnickim imperium osmańskim. Szach Abbas I Wielki przesiedlił 300,000 chrześcijańskich Ormian w głąb kraju, głównie do stolicy safawidzkiej Persji, Isfahanu. Zagwarantował im pełną swobodę wyznawania religii, budowy kościołów.

Wpływ na tą decyzję miał fakt, że bardzo cenił Ormian i Gruzinów jako znakomitych rzemieślników i kupców. Ponadto brał pod uwagę fakt, że chrześcijanom było łatwiej handlować z chrześcijańską Europą, zwłaszcza jedwabiem i innymi dobrami.

Po przesiedleniu ormiańscy uchodźcy rozpoczęli budowę katedry w 1606 roku, którą ukończono w 1655, jednocześnie rozpoczynając gruntowną rozbudowę która trwała do 1664 roku. W 1702 dobudowano dzwonnicę, w 1884 otworzono bibliotekę, kończąc powiększanie kompleksu o muzeum otwarte w 1905 roku. Jest ona sercem chrześcijaństwa w tej części świata. To w niej do 1637 roku znajdowała się święta relikwia chrześcijańska — ramię Św. Grzegorza Oświeciciela, który nawrócił Ormian na wiarę chrześcijańską w 301 roku. Została ona zwrócona do Eczmiadzynu w Armenii.

Jadąc do Iranu obawiałam się, że krzyżyk lub medalik na szyi będzie niemile widziany, dlatego jadąc tu razem z mężem zdjęliśmy stale noszone medaliki. Okazało się, że nasze obawy były niczym nieuzasadnione.
Na dziedzińcu przed katedrą zobaczyliśmy dwa kamienne nagrobki i kilka kamiennych tablic poświęconych misjonarzom którzy zakończyli tu życie.

Po przejściu placu udaliśmy się do katedry. Po wejściu do niej zachwyciły nas przepiękne freski pochodzące z drugiej połowy XVII w. Przedstawiają sceny biblijne Nowego i Starego Testamentu. Pokrywają całe wnętrze, a ich niesamowita kolorystyka oszałamiała. W porównaniu do meczetów pokazują one nagie ciała nawiązujące do historii stworzenia, wygnania z Raju i zabójstwa Abla, narodzin Jezusa, pokazują Mojżesza z Tablicami Sąd Ostateczny. Są freski o torturach pierwszych chrześcijan ormiańskich. Na jednym z nich św. Grzegorz Oświeciciel uzdrawia króla Armenii, który został przemieniony w świnię (w wilka), za pożądanie i torturowanie chrześcijańskich dziewic (mniszek).

Po wyjściu z katedry, udaliśmy się do muzeum które znajduje się obok niej. Zajmuje ono dwie kondygnacje i zachwyca wielością i różnorodnością eksponatów.

Są w nim ręcznie pisane i ilustrowane stare księgi, ceramika o pięknych wzorach, obrazy, instrumenty muzyczne, kafelki przedstawiające sceny z życia diaspory, elementy wyposażenia kościoła oraz stroje liturgiczne, w których duchowni odprawiali msze na przestrzeni wieków, ormiańskie stroje ludowe, obrazy o treści religijnej oraz przedstawiające znane postacie historyczne np. cara Aleksandra III oraz jego żonę. Są tam również piękne chaczkary i ornaty, rzeźby oraz maszyny drukarskie.


Nie będę szczegółowo opisywać historii Ormian na ziemiach Iranu i Imperium Perskiego wspomnę jednak o tym, że w początkach XX wieku irańscy Ormianie odgrywali aktywną rolę podczas rewolucji konstytucyjnej. Wielu liderów ówczesnych ruchów dążących do nowych rozwiązań politycznych było postaciami pochodzenia ormiańskiego, z których najbardziej znany był Jeprem Chan – przywódca ormiańskich jednostek, a później naczelny dowódca armii tymczasowego rządu rewolucyjnego (Papazian 1987). Po dokonanej w 1915 roku przez Turcję osmańską rzezi wielu Ormian z tamtego kraju schroniło się w Iranie, gdzie otrzymali ochronę ze strony rządu.
Z muzeum udaliśmy się w kierunku Kashanu, do wsi Abyaneh. Jechaliśmy przez piękne góry Zagros (poziom 1900 m n.p.m.). Krajobrazy jak z bajki w oddali widzieliśmy ośnieżone szczyty, ale nasi irańscy przewodnicy mówili, że jak na tę porę roku to śniegu w górach jest mało. Grozi to latem suszą i słabym urodzajem. Przejeżdżaliśmy przez miasto Natanz, w oddali widzieliśmy kompleks nuklearny Natanz, który wg Zachodu, był główną stacją wzbogacania uranu w Iranie. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej w ostatnim raporcie odnotowała, że Iran zalał betonem rdzeń głównego reaktora, dzięki czemu ostateczne zniesienie sankcji stało się możliwe. Wielkie tablice ostrzegają, by pod żadnym pozorem nie fotografować zabudowań, nawet z okien autobusu.

Na szczycie jednej z gór widzieliśmy ruiny strażnicy liczącej 1500 lat, sprzed czasów sasanidzkich, dalej cytadelę z tego samego okresu.
Słuchając pięknej irańskiej muzyki z nagrań pirackich, obserwując widoki z okien powoli dojechaliśmy do wsi Abyaneh. Położona na wysokości 2400 m n.p.m znana jest w Iranie z labiryntu uliczek i charakterystycznej czerwonej barwy budynków. Zbudowano je z cegły wypalanej na słońcu. Wioska ma 1500 lat i jest wpisana na listę UNESCO. Leży na skraju Wielkiej Pustyni Słonej 82 km od Kashanu.

Chodząc krętymi wiejskimi uliczkami podziwialiśmy starą zabudowę i rozwiązania urbanistyczno-architektoniczne tej wioski. Co chwila spotykaliśmy kobiety ubrane w charakterystyczne dla nich kwieciste chusty na głowie i kolorowe, wzorzyste spódnice. Ubiór niespotykany w innych częściach Iranu. Niechętnie jednak pozowały do zdjęć. Trzeba było to robić ukradkiem.

Nominalnie mieszkańcy są islamistami, ale w rzeczywistości to zoroastrianie. Ich islam jest powierzchowny. Oglądaliśmy ich zoroastryjską świątynię Zayaratgah.

Wracając do autobusu kupiliśmy miejscowe słodkości, owoce suszone na słońcu, oraz suszony dżem w postaci plastra.

Następnym celem naszej podróży to mające ok.7000 lat miasto Kashan. Na terenie miasta znaleziono ślady osadnictwa ludzkiego sprzed 6000 p.n.e. Liczące obecnie 216 tys. mieszkańców, położone jest w środkowym Iranie, ok. 260 kilometrów na południe od stolicy – Teheranu.

Miasto nazywane miastem pałaców, łaźni, dywanów i olejków różanych. Zgodnie z legendą to z niego wyruszyli do Betlejem trzej królowie.

Zaczęliśmy zwiedzanie od najciekawszych zabytków. Na pierwszy ogień poszedł bogaty dom zamożnej rodziny kupieckiej – rezydencja Tabatabaich. Dom pochodził z XIX wieku i był zbudowany przez pana Seyyed Jafar Tabatabaei. Zachwycają zdobienia ze szkła, malowidła na ścianach, piękne kolorowe witraże rzucające niesamowitą kolorową poświatę na ściany ozdobione ażurowymi elementami i małymi lusterkami. Całość robi niesamowite wrażenie. Posiadłość jest dwupoziomowa, ale wysokie schody są pewną uciążliwością dla niektórych z nas. Baseny z wodą pośrodku pałacowego dziedzińca były typowe dla budownictwa irańskiego.

Z rezydencji udajemy się do położonych obok dobrze zachowanych łaźni czyli hamamu Sułtana Amira Ahmada.
Ozdobione są wielobarwnymi płytkami o niespotykanej kolorystyce. Sufity zachwycają delikatnymi geometrycznymi i kwiatowymi wzorami. Baseny z wodą umieszczone są pośrodku pięknego wnętrza, natomiast wokół półokrągłych ścian znajdują się piękne sofy na których odpoczywali korzystający z łaźni. Według zwyczaju to tu były kojarzone małżeństwa. W islamie małżeństwa są biznesem. Ale czy tak jest nadal trudno powiedzieć, młodzi w dzisiejszych czasach, chcą sami decydować o sobie.

Żeby zobaczyć coś naprawdę niespotykanego trzeba udać się na jej dach. Jest to bardzo ciekawa konstrukcja, składająca się z wielu kopułek na szczycie których znajdują się przewody wentylacyjne wysysające z hamamu duszne powietrze i parę.

Z dachu rozciąga się piękny widok na panoramę miasta, minarety i wiatrołapy charakterystyczne dla irańskiej architektury.

Po zwiedzeniu łaźni udaliśmy się do nietypowego, bo dwupoziomowego meczetu Aga Bozorg. Idąc do niego przechodziliśmy przez ciąg handlowy, gdzie sprzedawane są olejki różane, różnego rodzaju herbaty, przyprawy i irańskie smakołyki. Zaglądaliśmy do sklepików i zatrzymywaliśmy się przy poszczególnych stoiskach. Naprawdę trudno było się zdecydować, sprzedawcy oferowali swój towar podając ceny. Nie wiedzieliśmy czy były wygórowane a dany towar dobrej jakości, bo nasz irański przewodnik i zarazem doradca handlowy, gdzieś zniknął.

Dokonaliśmy zakupów na własną rękę. Potem zaś okazało się, że za rogiem mogliśmy dokonać zakupów o wiele taniej, ale czy towar był dobrej jakości tego nie wiem do dziś. Tak czy inaczej w domu okazało się, że wszystkie olejki mimo różnych opisów mają taki sam zapach, ale ceny były różne. Najlepsza okazała się różana herbata która była premią za zrobione zakupy.

Gdy dochodziliśmy do Meczetu Aga Bozorg zaczynał zapadać zmrok, ale to nam nie przeszkadzało, bowiem o zmroku w świetle lamp i reflektorów wygląda on przepięknie. Ten osiemnastowieczny meczet przy którym działa również medresa znajduje się w centrum Kashanu. Po obu stronach wejścia znajdują się dwa minarety. Ściany są wyłożone błękitną mozaiką o kształtach geometrycznych z motywami roślinnymi. Na dolnym dziedzińcu znajduje się rozległa fontanna i rośnie kilka drzewek. Meczet nabiera blasku wieczorem, gdy zaczynają zapalać się i oświetlać go kolorowe reflektory.

Mimo, że podobno Kashan jest miejscem w którym zamieszkują najbardziej religijni Irańczycy, to ludzi w tym miejscu było mało i ani śladu modlących się wiernych. W meczecie spotkaliśmy jedną rodzinę irańską składającą się z małżeństwa oraz starszego mężczyzny, teścia kobiety. Ubrana była ona w tradycyjny islamski czarny strój. Byli inicjatorami rozmowy z nami która trwała kilkanaście minut. Powiedziała, że jest flight attendant czyli stewardessą. Normą jest, że pytali skąd jesteśmy, co tu robimy i najważniejsze, jak odbieramy Irańczyków i ich kraj. Gdy powiedziałam, że wszystko mi się tu podoba oprócz tych chust na głowę, to wytłumaczyła mi, że to nakaz religijny, którego ona zawsze będzie przestrzegać, ale już nie potrafiła się odnieść do tego, dlaczego my turystki musimy tego przestrzegać mimo, że dla nas nie jest to nakaz religijny. Pożegnaliśmy się miło. Irańska rodzina życzyła nam szczęśliwej podróży do kraju. Po wizycie w meczecie udaliśmy się na odpoczynek do naszego hotelu.

Następnego dnia czekał nas przejazd 300 km trasą do Teheranu na lotnisko Chomeiniego i przelot do Dubaju na lotnisko w Szardży. Po drodze zwiedzimy jeszcze kilka bardzo ciekawych obiektów wpisanych na listę UNESCO.

Foto: Liliana i Zdzisław Borodziuk