Z artykułu Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, „Dlaczego Polska powinna powiedzieć óxi?” („GPc”, 21.07.2015) dowiedziałam się, że rdzeń, UE z Niemcami na czele chcą, by cała Unia dołożyła się do „programu pomostowego dla Grecji”, wynoszącego 7 mld euro. Brytyjczycy, na których przypada 1,2 mld euro, odmówili. Podobne Czechy i Słowacja. Nam przypadła kwota 0,8-1,2 mld zł, na którą premier Ewa Kopacz zgodziła się bez wahania, po cichu i bez rozgłosu, mimo, że Warszawa jest nie tylko wykluczona z procesów decyzyjnych paktu fiskalnego, ale nie ma nawet statusu stałego obserwatora na szczytach Eurogrupy.

No, ale przecież należymy do krezusów Europy. Mamy kwitnącą gospodarkę. Co to dla nas 800 milionów czy 1,2 miliarda zł. Co panią Ewę obchodzą 2,8 miliona Polaków żyjących poniżej minimum socjalnego, głodne polskie dzieci, brak pieniędzy dla: opiekunów dzieci niepełnosprawnych, ZUS-u czy służbę zdrowia. Zresztą, co to jest jakieś 1,2 mld zł skoro D. Tusk bez mrugnięcia okiem przekazał 6,27 mld euro na stabilizację euro, gdy Unia tego zażądała od Polski, mimo, że nie należymy do strefy euro. Unia mówi dać, – więc trzeba natychmiast dać.

Gdy Unia forsowała ograniczenie poziomu emisji gazów cieplarnianych aż o 40 proc. do 2030 roku, pani Ewa nie myśląc o konsekwencjach dla polskiej gospodarki, zgodziła się na nie bez najmniejszych zastrzeżeń. Unia karze ograniczać, – więc trzeba ograniczać No i co z tego, że podpisanie się pod traktatem w dalszej perspektywie będzie skutkowało likwidacją kolejnych kopalń, wygaszaniem naszego górnictwa i falą bezrobocia. Czy panią Ewę i PO obchodzi, że likwidacja górnictwa odbije się na naszej gospodarce i odczuje to indywidualny odbiorca? Jesteśmy przecież tak bogatym krajem, że obejdziemy się bez kopalń, a energię będziemy kupowali z Rosji lub Niemiec. A co z tracącymi pracę górnikami?. A co to obchodzi panią Ewę i PO. Jakoś będą musieli sobie poradzić. Nie powinni liczyć na pomoc premier, bo nie jest ona od załatwiania pracy. Każdy górnik jest pełnoletni i gdy straci pracę to sam musi sobie jej szukać. Pani premier ma ważniejsze sprawy, a poza tym, gdy dojdzie do zamykania kopalń, to najprawdopodobniej już nie będzie rządzić.

W marcu 2014 r. węgierska prasa ujawniła projekt umowy o wolnym handlu między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi, w skrócie TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership – Transatlantyckie Partnerstwo Handlu i Inwestycji) natychmiast wywołał on gwałtowny sprzeciw węgierskich władz. Jak napisał Grzegorz Górny w artykule: „Orban przeciw dyktatowi korporacji” („wSieci”, 06.07.2015, nr 27), premier Viktor Orban stwierdził, że „dokument w proponowanym obecnie kształcie ogranicza suwerenność państw na rzecz zagranicznych korporacji”. Faworyzuje wielkie koncerny kosztem średniego i małego biznesu. Przewiduje możliwość zaskarżenia państwa przez inwestorów do specjalnego trybunału arbitrażowego, do którego skargi mogą składać tylko zagraniczni inwestorzy, a nie państwa czy firmy krajowe. Korporacje i koncerny mogą się domagać odszkodowań właściwie w każdej dziedzinie: ochrony zdrowia, bankowości, transportu czy przemysłu farmaceutycznego. Będą mogły złożyć pozwy przeciwko państwom z powodu obowiązującego prawa, np. podwyższenia podatków czy płacy minimalnej.

Oczywiście pani Ewa bez najmniejszych zastrzeżeń go poparła, mówiąc w swym expose: „Nasz kraj będzie usilnie zabiegać o jak najszybsze podpisanie umowy o wolnym handlu i inwestycjach między UE a USA. Stworzy ona największą w świecie strefę wolnego handlu i będzie miała ogromny wpływ na dobry klimat gospodarczy, a co za tym idzie – pogłębi relację między Europą a USA”. Skoro Unia wynegocjowała projekt znaczy się, że jest dobry. Ale czy dla nas? To nie ma najmniejszego znaczenia. Skoro jest dobry dla UE to i musi być dobry dla nas. Przecież Unia niczym matka dba o wszystkie swoje dzieci, więc wie, co, dla nas jest dobre, dlatego trzeba ją zawsze bezkrytycznie poprzeć i już. A zastrzeżenia Węgier?. Odkąd do władzy „dorwał się” Orban, Węgry zawsze mają jakieś „ale”, więc nie należy na nich zwracać najmniejszej uwagi i płynąć jak dotychczas w głównym nurcie polityki europejskiej.

Gdy Unia podjęła decyzję, że jej członkowie mają przyjąć muzułmańskich imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu pani Ewa bez konsultacji z partnerem koalicyjnym PSL-em na jednej z konferencji potwierdziła, że Polska przyjmie uchodźców w ramach unijnych planów relokacji i przesiedlania. Wiceminister spraw wewnętrznych Piotr Stachańczyk w Brukseli w imieniu rządu Polski podtrzymał deklarację, że gotowi jesteśmy przyjąć 2000 osób. No i co z tego, że w Polsce jest kilku milionów bezrobotnych Polaków. Skoro Unia każe przyjąć, – więc trzeba przyjąć. Stać nas przecież przyjąć i latami utrzymywać kilka tysięcy ludzi w większości analfabetów, niczego nieumiejących, nieznający języka i obcy kulturowo. Z danych, które opublikowano po spotkaniu ministrów wynika, że Austria i Węgry nie zgodziły się na przyjęcie od Grecji i Włoch żadnego imigranta.

Przerażające jest to, że premier Ewa Kopacz w kwestii obrony naszych interesów niczym nie różni się od D. Tuska, z tym, że D. Tusk walczył o stanowisko w UE, natomiast pani premier stara się ze wszystkich sił być prymusem UE. Wystarczy jej przysłowiowa „czapka śliwek”, czyli możliwość bycia na międzynarodowych salonach, uścisk ręki i poklepania po plecach przez rządzących UE.