– Wyzwanie, czyli samo zdobycie góry, czasami rzeczywiście trudnej, nie jest najważniejsze – mówi Marek Gromaszek w wywiadzie dla portalu Pressmania.pl – Dlatego dla mnie równie ważne jest to, co dzieje wokół, „przed i po” ataku szczytowym. Spotkani po drodze ludzie, atmosfera miejsca, jego historia. A jeśli już jedzie się tak daleko, to warto dołożyć jeszcze trochę kilometrów i zobaczyć coś, co nie jest tylko celem górskim – dodaje w rozmowie z Małgorzatą Kupiszewską, podróżnik i zdobywca szczytów. – Nie do opowiedzenia są orientalne zapachy potraw gotowanych lub smażonych na pryczach obok, o każdej porze dnia i nocy (śmiech). Przed wyjściem na szczyt (najczęściej ok. 3 w nocy) trzeba przecież zjeść śniadanie, a po powrocie – uzupełnić wydatek energetyczny.

Małgorzata Kupiszewska: Od kiedy jest Pan odważny i żądny przygód? To spełnianie marzeń z dzieciństwa, żeby zdobywać najtrudniejsze?

Marek Gromaszek: – Czy odważny? Nie jestem pewny, czy to wyłącznie kwestia odwagi. Na pewno jestem ciekawy świata i jego różnorodności. Wyzwanie, czyli samo zdobycie góry, czasami rzeczywiście trudnej, nie jest najważniejsze. Jest to na pewno kulminacja – konkret, przecież jedzie się na wyprawę „pod tytułem”: Elbrus, Ararat, Kilimandżaro itp., – ale może, dlatego tyle jest rozczarowania, jeśli warunki pogodowe, albo dyspozycja dnia, nie pozwala wejść na szczyt?

Dlatego dla mnie równie ważne jest to, co dzieje wokół, „przed i po” ataku szczytowym. Spotkani po drodze ludzie, atmosfera miejsca, jego historia. A jeśli już jedzie się tak daleko, to warto dołożyć jeszcze trochę kilometrów i zobaczyć coś, co nie jest tylko celem górskim.

Podróże w takiej postaci, czyli trekking połączony ze zwiedzaniem, czy raczej smakowaniem świata, „przyszły do mnie” kilkanaście lat temu, dopiero po czterdziestce. Na początku zapewne, jako chęć kolejnego „sprawdzenia się”
w wieku dojrzałym, czy wyrównania deficytu turystyki górskiej w latach studenckich, a potem, jako doskonały sposób na „wypoczynek”, choć może to brzmieć dziwnie…

Jak Pana przyjmuje Islamska Republika Iranu, bo nie po raz pierwszy Pan tam pojechał? Zasieki jak u nas w komunizmie?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

– W Iranie byłem pierwszy raz. Pierwsze wrażenie ulicy w Teheranie, to tłum ludzi i nieustanna walka o życie pieszego, który próbuje przejść przez ulicę. Zielone światło nie daje żadnego poczucia bezpieczeństwa, jest zwyczajnie ignorowane, jakby nie istniało. Dla turysty wygląda to dość groźnie, ale w praktyce, jeśli zaakceptujemy miejscowe reguły, które obowiązują tutaj wszystkich bez wyjątku i oswoimy się z nimi, a nie będziemy demonstrować swojej europejskości, nie jest to takie trudne, Trzeba po prostu znaleźć odpowiedni „timing” w poruszaniu się na cztero-, sześciopasmowej ulicy pośród pojazdów mechanicznych. Do tego dodajmy ogromną liczbę motocykli i skuterów, nierzadko poruszających się pod prąd lub po chodniku. Ten chaos (terror) komunikacyjny wcale nie oznacza jednak, że zdarzają się wypadki. Nie widzieliśmy ani jednego, podobnie jak policji na ulicach.

Jedynymi przedstawicielami służb porządkowych, których zauważyliśmy w Teheranie, byli pilnujący dostępu do trawników pod Azadi Tower – pomnika upamiętniającego 2 500 lat potęgi perskiego imperium.

Z tamtym miejscem kojarzą mi się perskie dywany. Jakie ikony światowego dziedzictwa dawnej Persji zobaczył Pan podczas tej wyprawy?

– W Teheranie tylko muzea, za to w Esfahanie, dawnej stolicy Persji – znacznie więcej. Meczet Piątkowy, Plac Imama Homeiniego (plac królewski) z końca XVI w kompleksem meczetów i wysokimi wrotami (Ali Kapu), pałac ogrodowy Czehel Sotun (czterdzieści kolumn: dwadzieścia i dwadzieścia odbijające się w wodzie – pierwowzór Tadż Mahal), most Si-o Se Po (Trzydziestu Trzech Łuków) na rzece Zajande Rud i wreszcie katedrę ormiańską Zbawiciela
w dzielnicy Dżulfa. Persowie twierdzą, że Esfahan to „pół świata”.

Czym Pana urzekł Iran?

– Ludzką życzliwością, gościnnością i ciepłym uśmiechem. A także z otwartością w kontaktach, zwłaszcza na szlaku. Zawsze byliśmy pozdrawiani: salam albo hello, i witani: welcome to Iran, zwłaszcza po przedstawieniu się, że jesteśmy z Polski, czyli Lechistanu.

Osobną kwestią był podziw dla gry polskich siatkarzy! Niezmiennie powtarzali nazwiska: Kurek, Kubiak. A Polska, jako jedyna reprezentacja wygrała z Iranem na ich terenie.

Czadory robią na Panu jeszcze wrażenie?

– Tak, w takiej ilości oczywiście tak. Ale w Teheranie i Esfahanie widzieliśmy na ulicy znacznie więcej kobiet ubranych „jedynie” w hidżaby lub szajle, co dla strażniczek rewolucji w nikabach lub czadorach jest zdecydowanie nieprzyzwoite, za to dla turysty miłe dla oka. Persjanki są bowiem bardzo piękne.

Wszedł Pan już na szczyt Araratu, miejsce gdzie spoczywa Arka Noego?

śnieg– Tak, w ubiegłym roku udało nam się zdobyć Ararat, choć miejscowi, jako miejsce zatrzymania się Arki wskazują nieodległe zbocze pomiędzy wioskami Telceker i Uzengili. Jest tam miejsce do złudzenia przypominające obrys łodzi o wielkości opisywanej w Biblii. Byłem, widziałem – naprawdę działa na wyobraźnię. Do tego improwizowane muzeum z amerykańskimi zdjęciami georadarowymi….

W tym roku mija 100 lat od rzezi Ormian przez Turków. Widział Pan te miejsca?

-Nie.

Znalazł Pan ślady Polaków w Iranie?

– Przede wszystkim to polskie cmentarze wojenne w Teheranie i Esfahanie z lat 1942 – 44. Spoczywają tam (i w innych miejscach w Iranie) Ci, którzy nie wytrzymali trudów „wyjścia armii gen. Andersa” z Rosji Sowieckiej. Cmentarz w Teheranie jest bardzo dobrze utrzymany i widać, odwiedzany przez Polaków. Zastaliśmy świeże kwiaty i znicze, sami też zostawiliśmy na jednym z dwóch pomników  biało czerwoną flagę, którą mieliśmy ze sobą na szczycie.

Jakie szczyty zdobył Pan już do tej pory. Która wyprawa była najmniej bezpieczna?

– Chyba Elbrus. Góra piękna, pozornie łatwa, ale niebezpieczna – dzień po naszym powrocie z Iranu dowiedzieliśmy się o tragedii na Elbrusie, gdzie z powodu załamania pogody zginęło 3 Polaków.

Burza śnieżna Pana nie ominęła?

– Na szczęście ominęła, chociaż wg informacji uzyskanej od miejscowych przewodników jeszcze 3 tygodnie wcześniej warunki pogodowe znacznie utrudniały lub wręcz uniemożliwiały wejście na szczyt.

Jak się śpi na wysokości powyżej 5000m?

– Sen, (półsen, letarg ???) na takiej wysokości jest zawsze trudny. Schronisko Bargah (4200 m), gdzie spędziliśmy 2,5 nocy, oferuje tylko pięć pomieszczeń 4 – 6 osobowych oraz salę wieloosobową z antresolą. Jest także jadalnia, która zamienia się w sypialnię natychmiast po kolacji, no i schody. Po przyjściu zastaliśmy wyraźny „nadkomplet” włącznie z podłogą, co nakazywało daleko idącą ostrożność w poruszaniu pomiędzy śpiącymi i w drodze po drabince na wspomnianą antresolę, gdzie spaliśmy. Nie do opowiedzenia są orientalne zapachy potraw gotowanych lub smażonych na pryczach obok, o każdej porze dnia i nocy (śmiech). Przed wyjściem na szczyt (najczęściej ok. 3 w nocy) trzeba przecież zjeść śniadanie, a po powrocie – uzupełnić wydatek energetyczny.

O górach Iranu mówi się: góry lodu i ognia. Jak to jest widzieć ze szczytu 5671 m. w oddali Morze Kaspijskie i Wielką Pustynię Iracką?

– Damawand leży w paśmie wysokich gór Elburs, albo Alborz (nie mylić z Elbrusem), a jego szczyt to krater, więc tak dalekiej perspektywy nie mieliśmy, ale i tak widok był przepiękny.W nocy, rozpoczynając wejście, widzieliśmy w oddali morze światła, to Teheran.

Damavand to w mitologii miejsce, gdzie bohater Feredun zabił trójgłowego Króla Smoków Zahhaka. Czuł Pan zapach siarki?

Góry we mgle– Tak, zdecydowanie tak. Siarkę czuć od pewnej wysokości, to zresztą znak, że jesteśmy blisko szczytu. Dość dobrze też widać, jak wulkan „oddycha” – żółte kłęby niesione wiatrem czasami potrafią zmusić do zmiany trasy, a niekiedy wprost uniemożliwić wejście szczyt.

Co się przeżywa, stojąc na szczycie pokonanej góry?

– Fizycznie – na pewno ulgę, bo przecież wyżej już nie idę (śmiech). Psychicznie – satysfakcję z osiągnięcia celu. I zawsze to samo – zostać na szczycie jak najdłużej można, nie tylko ze względu na widoki. A góra na pewno nie jest pokonana. Wtedy nie okazałbym jej szacunku. Ona tylko pozwoliła się trochę poznać i spotkać ze sobą w najwyższym punkcie.

Po raz pierwszy, ale może nie ostatni. Szacunek za szacunek.

Postawił Pan na szczycie Damavand polską flagę?

– Flaga została wniesiona przez jednego z uczestników i rozwinięta na szczycie. Następnie tą samą flagą przepasaliśmy pomnik na polskim cmentarzu wojennym w Teheranie.

Jak pasją, ujawniającą cechy wojownika, zarazić innych?

– Opowiadać, pokazywać, zachęcać i NIE namawiać natrętnie.

Do zobaczenia na szlaku – tak się żegnają podróżnicy? Dziękuję za rozmowę.

Autor fotografii: Marek Gromaszek