Zastanawiam się czy premier Beata Szydło jest tak naiwna, że wierzy we wszystko, co mówi Frans Timmermans. Przecież powinna zdawać sobie sprawę, że jej prawicowy rząd jest solą w oku dla lewicowo-liberalnych elit unijnych.

Rząd Donalda Tuska przyzwyczaił Brukselę, że występowaliśmy wyłącznie, jako petent w pozycji klęcząco-leżącej i dlatego wszelkie próby przywrócenia podmioto­wości państwu polskiemu są odbierane w tym środowisku, jako przejaw skrajnej antyeuropejskości. Nam nie wolno dbać o własne interesy, co innego, gdy robią to Niemcy, Francja, Austria, WB, im wolno.

Nie ma najmniejszego znaczenia, iż polski rząd w sporze z Komisją Europejską zachowuje się odpowiedzialnie i konstruktywnie. Zrobi ona wszystko, co w jej mocy, by szkodząc mu obalić go.

Byłam pewna, że po rozmowie telefonicznej premier Beaty Szydło (17.05.2016) z Fransem Timmermansem w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, podczas której obiecał on, że nie będzie podejmował żadnych dodatkowych kroków wobec Warszawy, ponieważ „rozwiązanie kryzysu wo­kół TK musi zostać znale­zione w Polsce. Komisja nie chce ingerować, w politycz­ną debatę”, należy się spodziewać ataku na jej rząd. Nie byłam zaskoczona, gdy w środę (18.05) Komisja Europejska dała Polsce ultimatum, by do poniedziałku (23.05) przedstawiła konkretne rozwiązania sporu o Trybunał.

Nie potrafię rozumieć postawy ministra spraw zagranicznych  Witolda Waszczykowskiego mówiącego: „nie wiem, kiedy pan Timmermans mówi prawdę. Czy prawdę mówi, kiedy rozmawia przez telefon z panią premier Szydło we wtorek, kiedy wyraża głębokie zadowolenie, kiedy pani premier informuje go o poczynionych kompromisowych propozycjach. Czy prawdę mówi, kiedy na drugi dzień się budzi, zwołuje posiedzenie kolegium Komisji i daje jakieś ultymatywne sygnały”. (…) „Bruksela postąpiła nieuczciwie”.

Zastanawiam się czy pan minister jest tak łatwowierny ,że wierzy w słowa Timmermansa i sygnały płynące z Unii. Jak czas pokazał nie można brać pod uwagę wysyłanych przez niego i komisarzy pozytywnych sy­gnałów. To nie jest tak, że nagle zmienia zdanie. On konsekwentnie realizuje walkę z prawicowym rządem. Kryty­kuje, ale jednocześnie mówi o tym, że dobrze mu się roz­mawia z rządem i że dialog jest konstruktywny. Będzie się uśmiechał, ściskał dłonie prawicowych polskich polityków, a równocześnie bez skrupułów wbijał im nóż w plecy.

Premier B. Szydło powinna mieć świadomość, że będzie okładana tak długo, jak długo rząd PiS będzie przy władzy. Nie powinna być zdziwiona, że po zapewnieniach F. Timmermansa o „prowa­dzeniu konstruktywnego dialog z rządem”, Komisja Europejska przyjęła krytyczną opinię o praworząd­ności w sprawie Polski. Jej dotychczasowe działania jednoznacznie wskazują, że tak naprawdę nie jest zainteresowana jakimkolwiek porozumieniem w Polsce.

Gdyby chciała pomóc w rozwiązaniu kryzysu konstytucyjnego przestałaby wspierać opozycję, równocześnie naciskając ją na zawarcie kompromisu.

Nie zapomnę jak niektórzy prawicowi dziennikarze piali z zachwytu, gdy dotarła do nich informacja, że na lutowej sesji Parlamentu Europejskiego nie będzie głosowania w sprawie rezolucji dotyczącej Polski. Zachowywali się tak jak gdyby Unia nam odpuściła i sprawa przestała istnieć.

Dla UE, która od lat przeżywa wiele kryzysów równocześnie – od finansów po migracyjny, wobec których jest bezradna, sztucznie wykreowany kryzys demokracji w Polsce jest bardzo wygodnym tematem zastępczym, a Polska idealnym „chłopcem do bicia”. Całą swoją bezradność skierowała przeciwko prawicowemu rządowi B. Szydło. Nie ma znaczenia, że ingerencja w wewnętrzne sprawy państw członkowskich jest sprzeczna z zasadami  traktatowymi Unii. Rząd wobec nieuzasadnionego oskarżania go o łamanie prawa, co najwyżej może czuć się z bezsilny. Bo tak naprawdę niewiele możemy zrobić. Tym bardziej jest to irytujące, że widzimy asymetrię w traktowaniu nas, a Angeli Merkel, która zapraszając muzułmanów rzeczywiście złamała wiele obowiązujących praw i przepisów unijnych.

Uważam, że ze względu na referendum w Wielkiej Brytanii w sprawie brexsitu, dotychczasowe ataki UE na rząd B. Szydło nie osiągnęły jeszcze maksymalnego natężenia. Gdy Wielka Brytania pozostanie w Unii Europejskiej, wówczas dopiero nielubiany przez nich prawicowy polski rząd poczuje, co znaczy, gdy Unia na serio za niego się weźmie.