Mit politycznego twardziela, genialnego stratega i wizjonera, który, choćby z tylnego siedzenia, zarządza całym pisowskim (i nie tylko) gospodarstwem, pryska na naszych oczach jak bańka mydlana. Wydarzenia ostatnich miesięcy, a właściwie już lat, po podwójnie wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość wyborach parlamentarnych i prezydenckich odsłaniają coraz większe rysy na politycznym wizerunku i autorytecie lidera i męża opatrznościowego tzw. obozu niepodległościowego, bo przecież taki właśnie obraz kreował Jarosław Kaczyński, skutecznie przekonując społeczeństwo, że nadzieje na sprawiedliwą i zdekomunizowaną IV RP, należy pokładać właśnie w nim i w formacji politycznej przez niego dowodzonej.

Decyzja Jarosława Kaczyńskiego, że wycofa się na Nowogrodzką, jak Józef Piłsudski do Sulejówka, i stamtąd będzie pociągał za sznurki w polskim teatrze lalek, była być może politycznym błędem lidera. Nie pierwszym w jego życiorysie, że wspomnę jedynie o zgodzie na wybory parlamentarne w październiku 2007 roku, ostatecznie, jak wiadomo, przegrane przez PiS z kretesem. Jednak rezygnacja z objęcia funkcji premiera rządu RP po wyborach parlamentarnych, które odbyły się 25 października 2015 roku, jak widać to dzisiaj bardzo wyraźnie, ustawiła Pana Prezesa na pozycji petenta wobec nowych pisowskich elit, które do władzy wyniosły ostatnie polskie wybory i swoista abdykacja lidera z najwyższych funkcji w państwie. W tej sytuacji, naturalnym prawem politycznej dżungli o prawa do rządu dusz na tej politycznej arenie zaczęli dopominać się inni. I zaczęli marginalizować polityczną pozycję, a przede wszystkim deprecjonować autorytet Jarosława Kaczyńskiego. I powstało coś na kształt „trójkąta bermudzkiego”: Duda – Morawiecki – Ziobro, „trójkąta”, który coraz bardziej wciąga w czarna dziurę, tj. w polityczny niebyt dotychczasowego suwerena i mentora ludu pisowskiego.

Być może dla wielu obserwatorów życia politycznego największym zaskoczeniem w tym nowym rozdaniu staje się coraz groźniejsza, z punktu widzenia polskiego interesu narodowego, pozycja prezydenta Andrzeja Dudy, który w sposób dość drastyczny i zdecydowany wystąpił przeciwko marzeniom o wolnej i suwerennej Polsce, kolportowanym przez lata przez lidera Prawa i Sprawiedliwości. Zaczęło się od nieujawnienia słynnego aneksu do raportu o WSI i nierozliczenia prezydentury Bronisława Komorowskiego. Bo trudno wykrycie i rozliczenie kradzieży „Gęsiarki” uznać za właściwy audyt w KPRP. Andrzej Duda bardzo szybko zapomniał o pamiętnym dniu 10 kwietnia 2010 roku i przestępczym trybie objęcia obowiązków Głowy Państwa przez ówczesnego marszałka sejmu RP. Afery marszałkowej także nikt z osób zbliżonych do kancelarii pisowskiego prezydenta nie chciał już drążyć. Do dzisiaj natomiast nikt nie usłyszał z Pałacu Namiestnikowskiego w Warszawie, choćby słabiutkiego głosu, kwestionującego lub moderującego, słynną „Doktrynę Komorowskiego”, której tezy zostały zawarte w „Białej Księdze Bezpieczeństwa Narodowego RP” z 2013 roku. Jak wiadomo w owym czasie Bronisławowi Komorowskiemu służył wiernie, jako szef BBN Stanisław Koziej. Przynależność do PZPR i sowiecki kurs GRU odbyty w 1987 roku przez Kozieja wystawiają temu „generałowi” dość jednoznaczną rekomendację. Jednak polityka obronna serwowana przez tandem Komorowski-Koziej nie spotkała się z jakimkolwiek komentarzem, nazywam to najdelikatniej jak potrafię, ze strony nowego prezydenta RP.

Po przemilczeniu, czytaj zamieceniu pod dywan, aneksu do raportu WSI i „strategii rozwoju systemu bezpieczeństwa narodowego” było właściwie już jasne, że prezydent Andrzej Duda nie pojawił się na stolcu Prezydenta RP, żeby realizować mityczny projekt IV RP. A potem trwał festiwal faktów dokonanych. I prezydent Duda od lipca 2017 roku wetował kolejne ustawy. Zaczął od sprzeciwu wobec reformy polskiego samorządu terytorialnego i nie zgodził się na większe uprawnienia dla Regionalnych Izb Obrachunkowych, co mogło wspomóc zwalczanie korupcji w ciężko chorych polskich samorządach…, ale już nie wspomoże. Potem były weta dotyczące reformy Sądu Najwyższego i KRS. Ustawę o IPN choć podpisał, to jednak w tzw. trybie następczym skierował do Trybunału Konstytucyjnego, co ma w istocie jednoznaczną wymowę i chyba wszyscy wiemy jak to się skończy. Brak podpisu pod ustawą degradacyjną i wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudy 30 marca 2018 roku rozwiało, już chyba tylko największym niedowiarkom, jakiekolwiek wątpliwości, dotyczące roli i jednoznacznie „postmagdalenkowej” polityki obecnego lokatora Pałacu Namiestnikowskiego w Warszawie. Prezydent RP wziął w obronę członków WRON, organizacji uznanej przez Sąd Okręgowy w Warszawie w 2012 roku za związek przestępczy o charakterze zbrojnym. Czy w kontekście tej „niedegradacyjnej” decyzji prezydenta Andrzeja Dudy może dziwić, że do dnia dzisiejszego nie pozbawił on Orderu Virtuti Militari 80 osób (w tym Wojciecha Jaruzelskiego pseud. Wolski) ewidentnych zdrajców polskiej racji stanu, o co wnioskował już kilka miesięcy temu Jan Józef Kasprzyk szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, zob. https://www.salon24.pl/u/bukojer/854817,virtuti-militari-nie-dla-zdrajcow.

W międzyczasie prezydent Andrzej Duda wygłaszał liczne okolicznościowe, płomienne i bogoojczyźniane przemówienia, wzbudzając aplauz gawiedzi, czytaj ludu pisowskiego. W istocie; gdy przypomnimy sobie trybuna ludowego Bronisława Komorowskiego, to nie tylko zęby bolały podczas jego publicznych wystąpień, ale żal ściskał wszystko, co było do ściśnięcia. Retoryczna nowa jakość widoczna była gołym okiem. Zięć poety bił na głowę gajowego… no, ale nie to jest tematem mojej rozprawki. Wróćmy zatem na szlak główny!

Jeśli kiedykolwiek Andrzej Duda trzymany był na krótkiej smyczy przez Jarosława Kaczyńskiego, a mogło o tym świadczyć przydzielenie, podczas kampanii prezydenckiej w 2015 roku, Andrzejowi Dudzie Beaty Szydło, żołnierza oddanego Panu Prezesowi, wiernego i sprawdzonego w boju, to nie ma najmniejszych wątpliwości, że Andrzej Duda urwał się z tej smyczy w dość gwałtowny i bezkompromisowy sposób. Kaczyński bardzo wcześnie zorientował się co w trawie piszczy, zanim jeszcze do Polaków dotarło, że Andrzej Duda nie zamierza iść z nim ręka w rękę. Wymowne stały się, już w kilkanaście tygodni po zaprzysiężeniu, chłodne powitania obu panów rejestrowane wścibskim okiem telewizyjnych kamer. Tylko, że prezydenta Andrzeja Dudę i Prezesa Jarosława Kaczyńskiego, z chwilą tego zaprzysiężenia, zaczęła dzielić instytucjonalna i funkcyjna przepaść. I Duda dobrze wiedział, że były premier ze swoim stanowiskiem prezesa z ulicy Nowogrodzkiej przestaje być dla niego równorzędnym partnerem. I czekał na kolejne okazje, żeby pokazać Prezesowi, kto jest prezydentem, jeśli nawet nie wszystkich Polaków, to w każdym razie ich wielkiej liczby. Od teraz Jarosław Kaczyński musiał komunikować się z prezydentem poprzez emisariuszy, a każda osobista wizyta w Pałacu Namiestnikowskim, jak te odbyte przy okazji negocjacji dotyczących szukania „kompromisu” w sprawie „ustaw sądowych”, okraszone musiały być politycznym upokorzeniem. To Andrzej Duda rozdawał karty i wistował nieśpiesznie na podkopanie autorytetu człowieka, który miał decydujący udział w wyniesieniu go na najwyższy urząd w państwie. Nie będę bardzo odkrywczy, gdy napiszę, że kluczem do drugiej kadencji Andrzeja Dudy jest maksymalnie osłabiony Jarosław Kaczyński i, choćby rozchwiana, a najlepiej skonfliktowana wewnętrznie, partia Prawo i Sprawiedliwość.

Zostawmy na chwilę na boku prezydenta Andrzeja Dudę i jego „szorstką” znajomość z Prezesem Jarosławem Kaczyńskim i pożeglujmy do drugiego przyczółka naszego polskiego „trójkąta bermudzkiego”.

Zbigniew Ziobro, bo o nim będzie mowa, pokazał pazury już dużo wcześniej i dużo wcześniej, mówiąc z przekąsem, objawił w jaki sposób rozumie lojalność i solidarność z przywódcą Prawa I Sprawiedliwości. Co prawda decyzja o politycznej inwestycji w „Solidarną Polskę” kosztowała go tymczasem – być może –  nawet prezydenturę, którą w zastępstwie rokoszanina Ziobry dostał Andrzej Duda, ale „ZiZu” to człowiek młody i może poczekać. Póki co Ziobro spadł na przysłowiowe cztery łapy, bo Prezes Jarosław Kaczyński wykazał wielką wielkoduszność i przygarnął syna marnotrawnego, oddając mu we władanie folwark polskiego wymiaru niesprawiedliwości, na którym można się bardzo dobrze lansować i wypromować. Można odnieść wrażenie, że Zbigniew Ziobro w dość szczególny sposób stara się tę okazję wykorzystać. Moje obserwację z tym związane zawarłem w czerwcu 2017 roku w materiale prasowym, zob. http://pressmania.pl/zbigniew-ziobro-piata-kolumna-dobrej-zmiany/, w którym pokazałem na przykładach z bliskiej mi Małopolski, w jaki sposób Prokurator Generalny „dobrej zmiany” zawarł sojusz z postpezetpeerowską pajęczyną, żeby najdelikatniej określić to środowisko, która oplotła struktury polskiej prokuratury. Aneks do powyższego artykułu (tj. o piątej kolumnie „dobrej zmiany”) dopisało życie i moje śledcze, dziennikarskie ciągoty. Kto zapozna się z tekstem, który opublikowałem na moim portalu „Gorlice i Okolice” 29 marca 2018 roku, zob. http://gorliceiokolice.eu/2018/03/nawet-w-prl-u-o-skardze-kasacyjnej-prokuratora-regionalnego-w-krakowie-marka-wozniaka-do-naczelnego-sadu-administracyjnego/, ten przekona się naocznie, że niegdysiejsza przynależność do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej funkcjonariuszy publicznych w czerwonych żabotach, w prokuratorskim gospodarstwie Zbigniewa Ziobry, stała się wartością samą w sobie. Między bajki można włożyć, kolportowany dla naiwnych, obraz Zbigniewa Ziobry jako niestrudzonego dekomunizatora polskiego życia publicznego. Mam natomiast nieodparte wrażenie, że tzw. lans, urzędującego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego polega na pragmatycznym, punktowym doborze problemów, w które potem Zbigniew Ziobro wkracza w świetle telewizyjnych kamer, ot chociażby, publikując w Internecie 1 stycznia 2018 roku Rejestr Sprawców Przestępstw na tle Seksualnym. W tym samym czasie nic nie słychać, żeby Zbigniew Ziobro wstawiał się za więzionymi z powodów politycznych Adamem Słomką czy Zygmuntem Miernikiem. Podałem tylko wybrane ad hoc przykłady, żeby unaocznić metodę na wspieranie sondaży popularności pana ministra i prokuratora generalnego. Przydadzą się w wyborach prezydenckich za parę lat!

Chcąc nie chcąc Jarosław Kaczyński obudził się w pewnym momencie, jednocząc prawicę, pomiędzy młotem i kowadłem, tj. pomiędzy Andrzejem Dudą i Zbigniewem Ziobro. Daleki jestem od myślenia, że Prezes z Nowogrodzkiej nie zdawał sobie sprawy z tej kowalskiej symboliki. I właśnie dlatego, że był w pełni świadomy zagrożeń wprost wynikających z ambicji politycznych Dudy i Ziobry, postanowił stworzyć trzeci przyczółek trójkąta bermudzkiego, tj. wymyślił Mateusza Morawieckiego, na początku jako wice, a potem już jako suwerennego premiera. Powodów politycznej kariery młodego bankstera z Wrocławia było oczywiście znacznie więcej. Skolonizowana ekonomicznie przez globalne struktury finansowe od Bilderberga III RP a także uwikłany w konflikt z europejskim lewactwem, zasiadającym w Brukseli, rząd Prawa i Sprawiedliwości, potrzebowały, w rozumieniu Jarosława Kaczyńskiego, jak mam prawo domniemywać, chwili wytchnienia i choćby doraźnego kompromisu. Nikt chyba także nie spodziewał się, że wewnętrzna Targowica tak gwałtownie i histerycznie zareaguje na nowe sejmowe rozdanie pod szyldem PiS. Atak był (od początku) i jest (nadal) zmasowany i to na każdej politycznej płaszczyźnie i flance, żeby tylko wspomnieć o awanturze w relacjach polsko-żydowskich, w kontekście nowelizacji ustawy o IPN, wywołanej w Auschwitz przez Ambasador Izraela w Polsce na polecenie… i tutaj niech każdy sobie wpisze co uważa, tj. dlaczego i na czyje polecenie.

Dla kariery Mateusza Morawieckiego Prezes Jarosław Kaczyński poświecił wiele, vide dymisje Beaty Szydło i Antoniego Macierewicza i zgodził się na perspektywę daleko idących kompromisów także w polityce zagranicznej, którą ku zaskoczeniu wielu, firmuje po Witoldzie Waszczykowskim prof. Jacek Czaputowicz, urzędnik, dyplomata i polityk, nazwijmy to symbolicznie, bez pisowskiego rodowodu.

Na efekty polityki kompromisu w wykonaniu rządu Mateusza Morawieckiego nie trzeba było długo czekać. Tak ocenił ją sam Jarosław Kaczyński kilka dni temu w wywiadzie dla portalu „wPolityce.pl”, zob. https://wpolityce.pl/polityka/387700-tylko-u-nas-premier-jaroslaw-kaczynski-dla-wpolitycepl-o-rozmowach-z-bruksela-morawieckim-nagrodach-w-rzadzie-i-szydlo:

Nie ukrywam, że ta cena jest znacząca, gorzka. Cóż, nie ukrywam też iż wzorujemy się na premierze Victorze Orbanie, który często musiał iść na przykre ustępstwa. Wolałbym oczywiście, by tak nie było, byśmy mogli pójść w reformach całą naprzód, tak jak zresztą to było w pierwszym uchwalonym projekcie ustaw sądowych, zawetowanych potem przez prezydenta. Ale okoliczności wewnętrzne, w tym wspomniane weto, i zewnętrzne, ułożyły się inaczej. Musimy brać to pod uwagę.

Jarosław Kaczyński bardzo rzadko pojawia się ostatnio w mediach. Bywa, że nie przychodzi także na plenarne posiedzenia sejmu, usprawiedliwiając się alergicznymi problemami, jak wówczas gdy premier Beata Szydło tłumaczyła się między innymi z przyznanych nagród dla członków rządu. Ulica zaczyna natomiast powoli żartować, że „dobra zmiana” to już była i „se ne vrati”. W istocie! Zapowiadane tempo zmian uznać za ospałe, to jakby nic nie powiedzieć. Smoleńsk jak był we mgle, tak we mgle pozostaje i nic nie zapowiada przełomu.

„Specjalna kasta” rozumiana przeze mnie jako cały wymiar niesprawiedliwości (w tym czerwone żaboty od Zbigniewa Ziobry) jak wydawał niesprawiedliwe wyroki, tak je nadal wydaje.

Program „cela plus” właściwie w powijakach. Hanna Gronkiewicz-Waltz ostentacyjnie bojkotuje komisję reprywatyzacyjną a Donald Tusk odgraża się bezczelnie, że jak wróci do Polski w 2019 roku, to telewizji oglądać nie będzie, oj nie będzie!

Prezes z Nowogrodzkiej uspokaja i mówi; żeby zmienić Polskę potrzeba dwóch a może nawet trzech kadencji, ale jak tak dalej pójdzie, to wir „trójkąta bermudzkiego”, w który wpadł Jarosław Kaczyński nie wypuści go ze swoich objęć. Zwłaszcza, że destrukcyjna działalność prezydenta Andrzeja Dudy zaczyna odnosić sukcesy. Polaryzacja obozu dobrej zmiany gwałtownie postępuje. Znakomicie widać to w prawicowych mainstreamowych mediach. Niektórzy, jak środowisko „Gazety Polskiej”, ostentacyjnie zaczęli kontestować prezydenta Andrzeja Dudę, a niektórzy, jak środowisko braci Karnowskich już nie bardzo wie, jak wytłumaczyć to parcie prezydenta Dudy na podział i konflikt. Fakty pozostają bezsporne. Sondaże drgnęły w dół a wybory samorządowe za pasem. Na samym dole w samorządach gminnych nic się nie zmieni, bo od lat terenowi członkowie PiS żyją w symbiozie z miejscowymi klikami. Nadal PSL i nauczyciele będą rozdawać karty. To dzięki lokalnym książątkom, którzy zwą się samorządowcami, pisowcy mają lukratywne stanowiska poselskie.

Na szczeblu wojewódzkim może coś się ruszy, ale zaraza w postaci katastrofalnego systemu, który  III RP zaserwowała Polakom i nazwała  samorządem terytorialnym, nie została nawet dotknięta „czarodziejską różdżką” „dobrej zmiany”. Niestety, ale szykuje się spektakularna porażka partii Jarosława Kaczyńskiego i to na tzw. własne życzenie. A najboleśniejsza może być w Warszawie, w Gdańsku i w Krakowie. Nie będę uzasadniał dlaczego. I kończąc ten wątek dodam tylko, że  „dobra zmiana” nie posłuchała postulatów na przykład Stowarzyszenia Ruchu Kontroli Wyborów-Ruchu Kontroli Władzy i zlekceważyła na wskroś słuszne społeczne oczekiwania reformy systemu wyborczego, jak choćby ten, domagający się, żeby „wybory (w tym samorządowe) nie były organizowane przez wójtów, burmistrzów czy prezydentów gmin miejskich powoływanych właśnie w tych wyborach”.

Czy w starszym Panu z Żoliborza, piszę z całym szacunkiem o Panu Jarosławie Kaczyńskim, drzemie jeszcze „przyczajony tygrys, ukryty smok”? Czy poradzi sobie z drapieżną próbą dewastacji polskich marzeń o wolności i suwerenności, którą zaserwował niespodziewanie prezydent Andrzej Duda? Czy krecia robota w prokuraturze, którą niestety wykonuje Zbigniew Ziobro, także na wskroś niebezpieczna, bo wspierająca „specjalną kastę” w sądach a zatem konserwująca polski wymiar niesprawiedliwości doczeka się jakiejkolwiek recenzji Pana Prezesa? Czy Jarosław Kaczyński zdzierży gorzkie kompromisy, które zawiera i zawierać będzie w UE i obok UE Mateusz Morawiecki? A może, jak je nazywa Pan Jarosław Kaczyński, okoliczności wewnętrzne i zewnętrzne okażą się niemożliwe do okiełznania. Na razie polski „trójkąt bermudzki” to diabelska pułapka i matnia, z której niełatwo będzie się wydostać.

„Dlaboga, panie Wołodyjowski! Larum grają! wojna! nieprzyjaciel w granicach! a ty się nie zrywasz? szabli nie chwytasz? na koń nie siadasz? Co się stało z tobą, żołnierzu?“ – wołał Pisarz ku pokrzepieniu polskich serc. Czy to jeszcze literatura, czy już rzeczywistość, która  wróciła jak bumerang. Czy znowu za parę lat będziemy mówili o kolejnej niewykorzystanej polskiej wiośnie ludów. Czy to już zawsze tak będzie, że najpierw wybucha Solidarność a potem mamy Magdalenkę?

PS. Skreśliłem tych kilka słów w niepewnej już nadziei, że IV RP to nie były tylko propagandowe miraże, bo chodzi mi po głowie maksyma „Dudka” Edwarda Dziewońskiego sprzed wielu, wielu lat, że lepiej być głupim z nadzieją, niż beznadziejnie mądrym…

01.04.2018