Gdyby patrzeć na działaczy tzw. pierwszej „Solidarności” pod kątem długości odsiedzianych w stanie wojennym wyroków wrocławski kierowca PKS Władysław Frasyniuk stanowi czołówkę – jako jeden z nielicznych odsiedział bowiem całą „pajdę”.

Dlaczego?

Przecież Frasyniuk tak naprawdę nie był nikim specjalnie ważnym w tamtych latach. Oczywiście wiemy teraz, że był zamieszany w zaginięcie kwoty 80 mln zł Solidarności. Wiemy jednak i to, że nie był z tego powodu skazany.

I że coraz głośniejsze są głosy byłych działaczy pierwszej Solidarności kwestionujące rozliczenie tej kwoty z działaczami podziemia.

Pośrednim dowodem na przywłaszczenie jej miałoby być otworzenie działalności gospodarczej przez Frasyniuka zaraz po 4 czerwca 1989 roku od razu na znaczną skalę.

Dzisiaj Frasyniuk butnie powiada, że nie zna pytających.

Tymczasem odpowiedź, dlaczego Frasyniuk odsiedział cały swój wyrok do końca zdaniem pragnącego zachować anonimowość emerytowanego pracownika Służby Więziennej wynika z tego, że swój nieformalny status „więźnia politycznego” zamienił na przynależność do najbardziej zdemoralizowanej grupy w więzieniach tak PRL czy też III RP.

Przystał do „grypsujących”.

Dzisiaj mówiąc o tym próbuje zrobić z tego kolejny laur mający wieńczyć jego opozycyjną głowę:

Byłem pewien, że moje życie będzie trwało od więzienia do więzienia i zastanawiałem się, jaką przyjąć filozofię. W więzieniach wszyscy są przeciwko tobie – i złodzieje, i klawisze. Po namyśle uznałem, że muszę być w grupie grypsującej. To było dla mnie dziwne doświadczenie, mówisz, że jesteś z Solidarności, a oni: „U nas jest tak tylko: grypsujący siedzą przy stole, ale skoro jesteś z Solidarności, to możesz też siedzieć”.

(za Newsweek Historia)

Mniej więcej to tak, jakby sowiecki dysydent przystał do błatnych.

Taka przynależność zarówno w PRL jak i obecnie oznaczała negatywne prognozy resocjalizacji więźnia.

Była więc przeszkodą do zastosowania amnestii wówczas a dzisiaj uniemożliwiła by przedterminowe zwolnienia (możliwego już w przypadku odsiedzenia połowy kary).

Przy czym nie można zostać grypsującym ot tak, na zasadzie złożenia akcesu.

Więzień Frasyniuk by dostać się do wierchuszki kryminalnych musiał sobie na to zasłużyć.

Niestety, milczy, w jaki sposób to się odbyło.

Zwróćcie uwagę, że uczynił tak jako jedyny spośród wszystkich internowanych czy też skazanych działaczy i osób zaangażowanych podczas tzw. „karnawału” 1980-81.

Adam Michnik w 2014 roku nie przeczuwał, że po dwóch latach jeden z „grypsujących” stanie się nadzieją na odzyskanie dotacji budżetowych przez prowadzoną przez siebie „gazetę” i dlatego 1 grudnia 2014 roku puścił ten tekst:

– Zanim polskie więzienia opanowali grypserzy, najpierw byli urkowie, którzy stawiali na przemoc – przypomina Moczydłowski. – Potem okazało się, że przemoc przynosi chaos, bo rządzi silny, ale niekoniecznie sprawiedliwy, więc narodziła się charakterność: nie siła, lecz słowo honoru i zasady porządkujące życie. Byli więc frajerzy, słabi i zdradliwi, i ci drudzy – mówiący prawdę i trzymający się tego, co mówią. Dopiero po nich przyszli gitowcy, czyli synteza urków i charakterniaków, którzy stworzyli własny kodeks zachowań i hierarchię.

Na samej górze stał przywódca, czyli prowodyr, najczęściej z największym doświadczeniem przestępczym i z reguły silniejszy od innych. Na wolności był zwykle nazywany królem dzielnicy lub mącicielem. To on rozstrzygał spory, inicjował burdy, decydował, kogo ukarać, a kogo wywyższyć.

Najniżej był „cwel”, czyli ten, na którym dokonywano gwałtów homoseksualnych, osobnik bez żadnych praw i przywilejów. Z „cwelem” można było zrobić wszystko, a czegokolwiek dotknął, stawało się nieczyste.

Zgodnie z obowiązującymi w więzieniu zasadami grypsujący nie mógł być porządkowym, bo takie prace wykonywali brudni „frajerzy”. Z kolei niegrypsujący nie powinien był dotykać produktów spożywczych, bo je zanieczyszczał; „przecwelone” były przedmioty, które zetknęły się np. z genitaliami albo których tylko dotknął cwel. Kiedyś niedoświadczony wychowawca włączył do drużyny piłkarskiej „brudnych” frajerów, czyli cweli, i reszta graczy zaczęła unikać piłki, bo piłka „została przecwelona” – pisze Mirosław Pęczak w książce „Subkultury w PRL. Opór, kreacja, imitacja”.

– Pamiętam historię ze szkoły – wspomina w filmie „Gitowcy” Kamil Sipowicz – kiedy ludzie w stołówce jedli rybę. Ktoś wszedł do jadalni i rzucił: „Kiepski się w morzu kąpał”. I wszyscy jak na komendę wypluli tę rybę. Bo zdaniem git-ludzi woda, z której ją wyłowiono, była zanieczyszczona przez jakiegoś kiepskiego, czyli frajera. (…)

Nowi, którzy chcieli grypsować, szli na „wyróbkę”, czyli naukę zasad. Dobrze pokazuje to scena z filmu „Symetria” w reżyserii Konrada Niewolskiego (2003), kiedy stary więzień uczy nowego: „Pytasz, czy zarzucają, czyli jedzą. Jak nikt nie zarzuca, idziesz do kąta, otwierasz beret i mówisz: otwarte. I szczasz. Wtedy nie można drynić ani podkręcać bajery. A jak srasz, to mówisz: na ostro się kręci. Jak spuścisz wodę, zamykasz beret i mówisz: plomba. I zawsze musisz kiciorować wity [umyć ręce]”.

… Nie wolno było ukraść rzeczy kolegi, z którym się piło, ani zaatakować go, jeśli szedł z kobietą. „Ludzie”, którzy byli w konflikcie, nie wbijali sobie nawzajem noży w plecy, tylko „szli na solówkę”, także wtedy, gdy w grę wchodziła bitka z silniejszym przeciwnikiem. Nie podawało się ręki „frajerom”, nie kapowało, nie układało z milicją. Hasło, które jednoczyło gitowców, brzmiało: śmierć „frajerom”.

„Człowiek” powinien gardzić tchórzostwem, być odporny na ból i przeciwności losu, nieustępliwy, zaradny i zdeterminowany oraz obojętny na cudze cierpienie.

http://wyborcza.pl/alehistoria/1,121681,17043089,Git_ludzie.html

Grypsera to przecież nie tylko moda, rodzaj więziennej mimikry, jaką bojownik Frasyniuk przyjął na czas swojego uwięzienia.

To przede wszystkim twarde zasady.

Należy lekceważyć, szykanować, wykorzystywać, poniżać, ośmieszać, zmuszać do wykonywania dyżurów i posług osobistych wszelkich frajerów. Oczywiście w ramach płynnych granic „zdrowego rozsądku”, chodzi tu głównie o taki stan, w którym jeszcze nie wybuchnie afera i ludzie nie narażą się na konsekwencje dyscyplinarne.

Należy niszczyć, bić, gwałcić, pozbawiać wszystkiego, zakazywać wszystkiego, znęcać się i robić wszystko, co tylko fantazja i możliwości podsuną, aby pognębić cweli i kapusiów. Granice rozsądku sprowadzają się tu jedynie do dylematu, jak uniknąć ewentualnych konsekwencji karno-sądowych. Na ogół osiąga się ten cel przez zastraszenie ofiary groźbą pozbawienia życia, co w jej oczach wydaje się wysoce prawdopodobne, skoro tak ją traktują, mimo grożących konsekwencji. Należy zaznaczyć, że często cwe*ami zostają, z różnych przyczyn, osoby upośledzone intelektualnie, niezaradne, infantylne. Takie osoby łatwiej dają się zastraszyć (zresztą przypadki zabójstw cwe*i przez ludzi były rzeczywiście notowane. )


Grypsuje się twardo. Jest to wezwanie do zachowań opornych i wrogich wobec instytucji więzienia: opieszałe wykonywanie poleceń personelu, demonstrowanie niechęci i wrogości, dążenie do zdobywania przedmiotów zakazanych, przeciwdziałanie ograniczeniom regulaminowym, stałe bojkotowanie postanowień regulaminowo-porządkowych, dokonywanie wykroczeń dyscyplinarnych, utrudnianie funkcjonowania więzienia, akty sabotażu, żądania i groźby, przestępstwa (oszustwa, kradzieże) na szkodę więzienia itd.

Oczywiście jest kilka innych, ale te powodują, że nawet po latach grypsujący staje poza nawiasem społeczeństwa, choć już dawno opuścił mury więzienia.

Słynna wypowiedź Frasyniuka skierowana do policjantów, że w dupie ma prawo wywodzi się dokładnie z tej ostatniej zasady.

Tak samo pogarda, jaką przejawia w wywiadach dla wszystkich „frajerów” z PiS i rządu narodziła się w latach 1980-tych, gdy frajer Frasyniuk, mało rozgarnięty kierowca wrocławskiego PKS pod celą stał się „człowiekiem”.

O grypserze nie da się zapomnieć.

Ona tkwi w mózgu aż po kres żywota.

2.08 2017