Gdzieś w Polsce, w pewnym gminnym miasteczku mieszkała sobie spokojnie samotna emerytowana nauczycielka. I pewno spokojnie dożyłaby swoich dni, gdyby w jej życiu nie pojawił się pewien mężczyzna. Dostrzegła w nim bratnią duszę, bo interesował się losem dzieci z rodzin niezamożnych, niedostosowanych społecznie. Robił to dlatego, że sam pochodził z podobnej, wielodzietnej rodziny i ktoś inny podał mu rękę w chwili, gdy było to dla niego najbardziej potrzebne. Wdzięczny za tę dobroć, postanowił sam także pomagać innym dzieciom, które akurat znajdują się w podobnej trudnej sytuacji rodzinnej i taka pomoc jest im akurat bardzo potrzebna. Te wspólne zainteresowania spowodowały, że postanowili iść dalej wspólną drogą jako małżeństwo.

Miasteczko podobne do setek innych miast i miasteczek miało także podobne innym miasteczkom problemy. Zainteresowania „naszego” małżeństwa skupiały się głównie na dostrzeganych gołym okiem problemach społecznych miasteczka. I tak wypatrzyli „rodzinę”, (cudzysłów jest tu jak najbardziej uzasadniony) gdzie dwójka nieletnich chłopców mieszkała w rozpadającym się, gnijącym i zapleśniałym domku. a ich niepracujący rodzice zdobyte w różny sposób niewielkie pieniądze wydawali głównie na tak zwany przelew. Wśród tych przychodów znaczną kwotę stanowił zasiłek otrzymywany z MOPS, instytucji, która uznała, że w ten sposób już tej rodzinie pomogła.

Pani Zofia, bo tak miała na imię nasza bohaterka, porozmawiała z  „mamusią” chłopców i ta, zrozumiawszy, że robi źle,  zgodziła się na odbycie trzymiesięcznego leczenia odwykowego w dostosowanym do tego zakładzie leczniczym. „Tatuś” miał w tym czasie opiekować się chłopcami i pójść na leczenie w następnej kolejności. Jednakowoż „tatuś” już tego samego dnia gdy jego małżonka znalazła się w szpitalu, zniknął bezpowrotnie z miasteczka, pozostawiając dzieci ich własnemu losowi. Własnemu, bo nawet ich babcia nie chciała zajmować się „bachorami” bo ciągle kradną i wszystko wyżerają z lodówki.

I tu wkracza pani Zofia; skoro sama namówiłam matkę na leczenie odwykowe, muszę na czas jej nieobecności zająć się chłopcami. Jej małżonek, pan Tadeusz, przyjął tę decyzję bez sprzeciwu i włączył się do sprawowania opieki nad chłopcami. A było co robić. Cudze dzieci to zwielokrotniona odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo, a także przyjęcie pod własny dach i ponoszenie wszystkich z tym związanych kosztów. Jednak stwierdzili oboje – damy radę.

Po trzech miesiącach nastąpił powrót z kuracji matki chłopców. Jednak nie było już do czego wracać, bo pozostawiony bez opieki, której wcześniej także nie było – domek już całkowicie stracił swe funkcje mieszkalne. I tu wreszcie stanęły na wysokości zadania władze miasteczka. Zdecydowano o dodatkowej  pomocy finansowej na wynajęcie mieszkania w innym miejscu. Pan Tadeusz wystarał się dodatkowo o meble z likwidowanego hotelu, dywany i całą wyprawę kuchenną, zorganizował też transport tych dóbr z oddalonego o 60 km dużego miasta, z którego pochodził. Żyć, nie umierać. Wreszcie „ludzka” łazienka z wanną i prysznicem duża spełniająca także rolę salonu – kuchnia, piękna sypialnia i duże podwórko dopełniały szczęścia, które uśmiechnęło się do chłopców.

Szczęście jednak trwało krótko, bo „mamusia” (znów wracam do cudzysłowu) szybko powróciła do swoich wcześniejszych upodobań. Niespodziewana kontrola z urzędu stwierdziła u „mamusi” prawie cztery promile alkoholu. Dzieci z minuty na minutę zabrano do pogotowia opiekuńczego. Dla chłopców dramat niewyobrażalny. Sami policjanci płakali, gdy odrywali dzieci od futryn, aby siłą wtłoczyć ich do policyjnego radiowozu. „Mamusi” nigdzie nie zabrano, ale piękne mieszkanie musiała jeszcze tego samego dnia opuścić. Wyjechała z miasteczka do swojego małżonka, aby układać tam życie po swojemu.

I tak niespodziewanie pani Zofia i pan Tadeusz K. stali się nagle ciocią i wujkiem – bliskimi krewnymi chłopców. Dwa razy w tygodniu odwiedzali chłopców w pogotowiu opiekuńczym. Gwoli sprawiedliwości należy wspomnieć, że babcia kilka razy również odwiedziła chłopców w ośrodku. Gdy nadeszła pora komunii młodszego z chłopców, ten ponownie przez półtora tygodnia zamieszkał u „cioci” Zosi, pilnie uczył się katechizmu, a następnie, pięknie wystrojony, przystąpił do komunii. Po uroczystości w kościele, próba sprawności komunijnego prezentu za 800 zł – roweru oraz uroczysty obiad, oczywiście także sfinansowany przez małżeństwo K. Gdy nadeszła pora powrotu do ośrodka, znowu przeżywali wspólnie dramat rozstania, bo malec nie dawał oderwać się od swojego „tronu”,  na którym siedział podczas obiadu jako główny bohater uroczystości. Chciał, aby ten sen trwał dalej.

Tymczasem odbywały się intensywne rozmowy inicjowane przez opiekę społeczną w sprawie ustalenia opieki zastępczej dla chłopców. Również państwo Zofia i Tadeusz byli przepytywani, czy zechcą się podjąć takiej opieki. Niestety, prawa biologii (oboje w wieku około 70-tki)  i rozsądek przemawiały przeciwko podjęciu się tego zadania. Niemniej podtrzymywali gotowość dalszego interesowania się chłopcami, utrzymywania kontaktów, zapraszania ich do siebie i udzielania korepetycji. Gotowość podjęcia się opieki zastępczej zgłosiło pewne doświadczone małżeństwo, które już wcześniej doprowadziło do dorosłości czwórkę innych dzieci. Gdy okazało się, że za sprawowanie opieki dostaje się pieniądze, również babcia przypomniała sobie o swoich wnukach i zgłosiła gotowość pełnienia roli takiej rodziny zastępczej.

Sąd rodzinny po rozpatrzeniu wszystkich argumentów przyznał sprawowanie opieki babci. Patrząc oczami chłopców, była to najlepsza decyzja, bo jednak będą wśród swoich, tam gdzie był ich dom. Jednak pani Zofia i p. Tadeusz mieli wiele obaw, co do dalszego losu chłopców. Chłopcy byli nadal pod troskliwą chociaż „zdalną” opieką państwa K. jak też raz lub dwa razy w tygodniu odbywały się wizyty i korepetycje u państwa K. Tymczasem  losem chłopców zainteresowało się także kilku zagranicznych przyjaciół p-stwa K. i zaczęli wspierać finansowo potrzeby chłopców, czyniąc to poprzez p-stwa K.

A potrzeby, przy których goszczenie chłopców przez panią Zofię były niewielkim  kosztem, były znaczne. Dość wymienić coroczne wydatki na książki po 600 zł dla każdego, obuwie, ubrania, wycieczki, wakacje a nawet zakup piecyka gazowego za 3.500 zł (częściowo dofinansowanego przez babcię) to wszystko pokazuje ogrom pomocy jaka została wydatkowana na potrzeby chłopców.

Rok 2016 przyniósł nowe regulacje prawne, gdzie jednym z  ważnych rozwiązań pomocowych dla rodzin ubogich stał się tzw. Program 500+. Rodzina finansowo została mocno wzmocniona i pomoc państwa K. i ich przyjaciół na ten czas stała się zbędna. Jednakże Państwo K. tak zżyli się z chłopcami, że postawili sobie pytanie; no dobrze dzisiaj rodzina sobie radzi, może nawet tych pieniędzy zbywa, bo widać nieprzemyślane zakupy w postaci drogich „markowych” ubrań i gadżetów, ale co będzie, gdy chłopcy ukończą 18 lat, nie będą się dalej uczyć (a jeśli będą to i tak to też się kiedyś skończy) i pomoc finansowa państwa zostanie zakończona? Chłopcy nie mają i nie będą mieli własnego mieszkania, a trudno mieszkać u babci, spać w jednym łóżku w pokoju należącym do (i mieszkającym tam)  ich dwudziestoletniego wujka! Jak i z czym wejdą w dorosłość i (na ile?) samodzielność?

Państwo K. wpadli na pomysł, aby babcia założyła chłopcom indywidualne konta bankowe, na które wpłacana by była co miesiąc połowa wpływów z Programu 500+ natomiast państwo K. zadeklarowali także comiesięczne wpłaty jak też byli pewni, że zachęcą swoich zagranicznych przyjaciół do kontynuowania swej pomocy tym razem jako inwestycję w przyszłość chłopców, w stworzenie im jakiejś znaczącej kwoty na życiowy start. Wszyscy byli zachwyceni. Okazało się jednak, że dzisiaj banki nie mają programu bezwarunkowego blokowania lokat do czasu osiągniecia określonego wieku przez beneficjentów konta. Przepisy bankowe mówią, że kontem może już samodzielnie dysponować osoba po ukończeniu 13 roku życia. Tu zaczęły rodzić się u pana Tadeusza wątpliwości: jak przekona zagranicznych przyjaciół, że ich pieniądze zostaną przechowane bezpiecznie w banku do czasu pełnoletności chłopców?   A chłopcy, przy ich dzisiejszym całkowitym braku życiowego doświadczenia, takich gwarancji nie dawali. Słowo babci również mogło być tylko „słowem” wypowiedzianym dzisiaj lecz nie stanowiącym żadnej prawnej gwarancji, że zostanie dotrzymane przez kilka  najbliższych lat.

I pan Tadeusz  postawił warunek: będzie namawiał swoich przyjaciół do wpłat na to konto, jeżeli do wybrania pieniędzy z konta nie wystarczy jeden podpis babci lub chłopca, ale będzie wymagany  dodatkowy podpis osoby upoważnionej przez sąd rodzinny (kuratora), która zezwoli na dokonanie wypłat z tych docelowych kont założonych dla chłopców. Takie postawienie sprawy zostało uznane za zbytnią ingerencję w sprawy rodziny chłopców  i spowodowało, że babcia zniechęciła się do tego pomysłu jak też przyjmowania dalszej pomocy organizowanej przez państwo K. Natomiast ważnym „argumentem” zniechęcającym także chłopców do przychodzenia na odrabianie lekcji do państwa K. było ograniczanie im swobody, bo akurat mieli trening piłkarski albo po prostu przy pięknej pogodzie kusiły ich pobliskie łąki, przestrzeń i swoboda. To wszystko mieli do tej pory bez ograniczeń a tu raptem „ciocia” i „wujek” każą im najpierw odrobić lekcje  i ćwiczyć te przedmioty, z których mieli oceny niedostateczne. Zrozumiałe jest, że w tej sytuacji i państwo K. zniechęcili się także do uszczęśliwiania na siłę kogokolwiek.

Jak mówi tytuł tej historyjki, jest ona całkowicie przez autora zmyślona a wszelkie podobieństwo do znanych czytelnikom sytuacji jest przypadkowe. Zastanówmy się jednak, czy takie sytuacje nie  zdarzają się w otaczającej nas rzeczywistości? I jak wskazać drogę dzieciom, które nie ze swojej winy znalazły się w sytuacji patowej. Takie dzieci, bez podania im ręki przez ludzi „nawiedzonych”, przez ludzi, którzy kiedyś sami byli w potrzebie i wiedzą jak pomagać, a więc takie dzieci same sobie nie poradzą. One będą powielać życie tych, którzy ich spłodzili, a potem całym swoim nieudanym życiem będą obciążać społeczeństwo    i płodzić kolejnych klientów pomocy społecznej.

Czy jest jakieś wyjście z tego błędnego koła?  Może Rzecznik Praw Dziecka albo inne instytucje zajmujące się zawodowo sprawowaniem opieki nad niewydolnymi społecznie rodzinami zechcą wypowiedzieć się na ten temat.

Autor: Bogusław Homicki