Mrożek napisał kiedyś, że „ulubioną taktyką Polaków, jest walka z przeważającymi siłami”. To nie jest prawdą, a autor, przypadkiem, bądź z rozmysłem, pominął istotną przyczynę takiej „taktyki”. My musimy walczyć z „przeważającymi siłami”. Od wieków nasz kraj był traktowany, jako pole eksperymentalne, dla rożnych doświadczeń militarnych, ekonomicznych, politycznych. Zawsze, gdy ktoś u nas „walnął” pięścią w stół, naokoło odzywały się głosy „grozy i oburzenia”. „Polacy nie chcą czyścić butów?”. „Chcą sami stanowić o sobie?”. „Będą przekładać swój własny interes nad nasz?”. „Ośmielają się myśleć samodzielnie?”. „Zgroza! Trzeba dać im nauczkę!”.

Wojny, szczególnie w Europie, są już nie modne, chociaż możliwe. Z Polakami nie warto walczyć, bo jednoczą się i stają nieprzewidywalni. Przegrywają na ogół, lecz przeciwnik także odnosi rany większe niż zakładają to „maksymalnie dopuszczalne straty”. Jest lepszy sposób. Trzeba wykorzystać ich wzajemne podziały, uruchomić swoich ludzi i napuścić ich na siebie. Media, „celebryci”, „autorytety”, oczywiście zatwierdzone przez „przerażoną Europę”, partie pojawiające się znikąd, a przede wszystkim pieniądze. To tylko inwestycja, która zwróci się wielokrotnie, bo w Polsce jest jeszcze tyle do przejęcia, że łupów starczy dla wszystkich. Dla Polaków wystarczą paciorki, warte kilka centów za paczuszkę.

I tak właśnie się dzieje, a my nie potrafimy się bronić. Tu nie wystarczy słynne „Alleluja i do przodu”. Tak było zawsze i nasi adwersarze o tym doskonale wiedzą. Wydaje mi się, że sami dążą, by była to jedyna taktyka Polaków. Łatwiej pokonać przeciwnika, widzącego tylko „metę”, bo nie zauważa on i nie reaguje na drobne przeszkody po drodze i zanim się zorientuje, jak stanie przed ścianą z nich zbudowaną. Mniej liczny, ponieważ słabsi sami odejdą w tym biegu, a i biegnący nie będą słuchać „obcych”, których definicję sami sformułują, w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa. I o to chodzi przeciwnikom.

Zobaczymy, kto zostanie przy obecnych zwycięzcach.