Nagłe obniżenie ratingu Polski przez jedną z największych światowych agencji ratingowych Standard & Poor’s (S&P) wywołało najpierw falę oburzenia, a następnie wysyp teorii spiskowych. Najbardziej prawdopodobna z nich wydaje się teza „intratnej zemsty”. Międzynarodowe instytucje finansowe, obłożone nowym polskim podatkiem od aktywów (0,4 proc.), miały chcieć odegrać się na naszym kraju realizując zysk na spadku złotówki towarzyszącemu temu spadkowi ceny polskich euroobligacji po upublicznieniu nowego ratingu S&P.

Nagła zmiana zdania

O tym, że instytucje finansowe spekulują i manipulują cenami produktów finansowych, wiemy wszyscy. Kiedy dochodzi do łamania prawa, do gry wkracza nadzór finansowy. W listopadzie 2014 r. sześć międzynarodowych banków (HSBC, RBS, JPMorgan, Citigroup, UBS i Bank of America) zostało ukaranych łączną grzywną 4,3 miliarda USD za manipulacje na rynku walutowym. Kilka miesięcy wcześniej Commerzbank zawiesił dwóch traderów FX podejrzanych o manipulacje handlem polską walutą.

Banki grają na rynkach walutowych na okrągło, ale nagle obniżenie w zeszły piątek przez S&P długoterminowego ratingu polskiego długu w walucie obcej z A- do BBB+, po którym PLN stracił 10 groszy wobec euro, było złotym interesem dla tych, którzy zawarli wcześniej odpowiednie kontrakty terminowe. Zmiana ratingu Polski przez S&P została ogłoszona tuż po emisji, ale przed rozpoczęciem handlu euroobligacjami na 1,75 miliarda euro wyemitowanych przez polski rząd, które zapadają (będą wykupywane) w latach 2026 i 2036.

Dlaczego S&P nagle stwierdził, że wypłacalność Polski pogorszyła się, skoro nowy polski rząd buduje solidniejszą bazę podatkową, zapowiada walkę z korupcją oraz pobudzenie polskiej gospodarki? Jest to tym bardziej zastanawiające, że Marcin Petrykowski, nowy dyrektor regionalny S&P odpowiedzialny za Polskę, który kilka miesięcy temu przeszedł do S&P z banku JPMorgan, stwierdził na początku grudnia dla portalu money.pl, że „mimo zmiany władzy fundamenty polskiej gospodarki pozostają stabilne”.

Dziwne standardy

Kiedy minister spraw wewnętrznych w rządzie Donalda Tuska dyskutował u „Sowy i Przyjaciół” z szefem NBP takie obejście konstytucji, by można było dodrukować pieniądze, analitycy S&P nie byli tym jakoś zaniepokojeni. Teraz za to pojawiła się u nich troska o niezależność NBP. Kuriozalne. Kiedy minister finansów Jacek Rostowski zadłużał Polskę, został za to wynagrodzony tytułem europejskiego ministra finansów roku 2009 i 2012 przez serwis Emerging Markets wydawany przez Euromoney Institutional Investor Plc, firmę która żyje z usług dla rynków i instytucji finansowych. Czy ktoś zadał sobie pytanie, dlaczego międzynarodowe lobby finansowe nagrodziło Rostowskiego aż dwa razy tą samą nagrodą ?

Działalność agencji ratingowych budzi coraz większe kontrowersje. W 2014 r., Adrian Wojtas z Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie napisał w opracowaniu „Wiarygodność agencji ratingowych w dobie wzmożonej krytyki ich działalności” następujące zdanie: „Oligopolistyczna pozycja trzech największych agencji [Standard & Poor’s, Moody’s, Fitch – red.] w połączeniu z wielkim popytem na ich usługi i całkowity brak odpowiedzialności za skutki ich działań przyczyniły się do obniżenia jakości usług świadczonych przez agencje, a także do generowania błędnych ocen”.

Obiektywność agencji ratingowych jest regularnie kwestionowana nie tylko dlatego, że opłacają je te same podmioty, które są oceniane, ale także dlatego, że analitycy agencji marzą często o przejściu do pracy do banków inwestycyjnych czyli do klientów agencji. Tam bowiem zarobki są znacznie wyższe.

Autor: Stanislas Balcerac