Tegoroczne lato jeszcze trwa i trochę jeszcze potrwa. A lato to było dla mnie w młodości nasze piękne Podhale, szum Dunajca, skalna rzeźba przełomu, całodzienne samotne górskie wędrówki, zmagania z kaprysami pogody, radość odkrywania miejsc magicznych i nieznanych, niezapomniane widoki, odosobnienie i cisza po roku przebywania w tłumie, uwolnienie od rozgrwaru i tłoku.

Co wy tam miastowi wiecie, podziwiajcie i nie zawracajcie głowy, jak mi kiedyś huknął rodzony Góral, gdy usiłowalem go na hali Turbacza przy żentycy przekonać że popołudniem przyjdzie burza, bo się na nią w powietrzu wyraźnie zanosi. On i tak wiedział lepiej, że przyjdzie, dawno ją już przewidział, a choćby nawet i nie przyszła, to też miałby rację, bo jak oni powiadają „pogoda będzie ino chyba zeby lało.” Na tejże samej hali rok później Ś.p. Ksiądz Józef Tischner, dla miejscowych górali łebski gość i wielki filozof z Łopusznej pod Turbaczem zachęcał nas na corocznym odpuście: „A śpiwojcie drodzy tutaj głośno i piknie, co by sobie anieli uszu zatykać nie musieli!” Dawne, turbaczowe odpusty…

Urokliwa ta okolica, w której przyszło mi nieraz po wędrówkach zedrzeć buty i zamęczyć nogi długotrwałym drałowaniem po asfaltowej jezdni, gdy nie zjawił się przedostani i ostatni PeKaEs, którym utrudzony po całym dniu zmagań na gorczańskich czy sądeckich ścieżkach pragnąłem czym prędzej wrócić do bazy w Krościenku, dostarczała mi zawsze wielu radosnych atrakcji. Kiedyś poprosiłem o podwiezienie mnie do domu ochotnicką policję, która akurat tam jechała i wracałem do domu na sygnale. To dopiero była jazda! Chłopcy mieli ubaw wioząc zielonego cepra. Ech te nasze kochne góry, ileż im zawdzięczam humoru!

W latach 90-tych w okolicach schroniska górskiego Hawiarska Koliba w Ochotnicy Górnej, w Gorcach, dobiegały do mych uszu wyraźnie, pomimo beczenia owiec na pobliskiej polanie, szumu wiartru w świerkach i chlupotu pobliskiego potoku słowa znanej wówczas piosenki, nastawianej głośno i celowo: „Jestem z miasta, to widać, jestem z miasta, to słychać, jestem z miasta, to widać, słychać i czuć!” Dzięki temu czuło się swojski, górski charakter tego miejsca. Prowadzący ją podówczas zapaleńcy turystyki pragnęli swoich gościom, którym zachciało się znaleźć do nich drogę, wskazać w ten sposób lokalizację jeszcze dokładniej, i jak najbardziej urozmaicić pobyt, płatając różne figle-niespodzianki. To były cudne dowcipy.

Zmęczonego turystę, który chciał się roygrzać np. herbatą wysyłano po kubek ze starej szafy w korytarzu, na której drzwiach widniał na tablicy napis: „Uwaga lawiny”. Gdy się go wzięło na serio, myśląć o realnym zagrożeniu w tych okolicach zimą, i otwierało ciężkie, skrzypiące drzwi, na głowę sypały się z przerażającym łoskotem aluminiowe kubki i garnki, dopiero co misternie powstawiane na swoje miejsca przez poprzedniego spragnionego. Rozlegał się nieodzowny chichot zawiadujących schroniskiem. Jakkolwiek czynność ta za dnia uchodziła uwadze innych przy ogólnym rozgardiaszu i wesołym nastroju w schronisku, nocą mogła być jednak, o ile utrudzeni turyści nie balowali do białego rana, powodem niezbyt cenzuralnych uwag, i epitetów. Rankiem i tak już nikt niczego nie pamiętał a góry budziły nas deszczem lub słońcem. Razu któregoś przywitała mnie tam gromada małych białych kociaków, które miliły się i pociesznie, jak to małe kociaki, bawiły wokół wejścia. Natychmiast ktoś ze schroniska zaczął mnie namawiać żebym jednego z nich ze sobą zabrał. Ale że będąc tylko przechodim turystą, trudno byłoby mi to zrobić, spytałem jednak czym się te sympatyczne stworki wyróżniają? – Są idealne na szlaku, padła odpowiedź, bo to są koty wysokogórskie! Mimo to nie skorzystałem z promocji. Gromadka pozostała w komplecie a ja powędrowałem dalej, po wbiciu pieczątki do turystycznego pamiętnika, odprowadzany w takt piosenki: ”Jedzie pociąg z daleka, na nikogo nie czeka, konduktorze łaskawy, zawieź nas do Warszawy”. Wprawdzie do najbliższej stacji kolejowej w Starym Sączu było jakieś 40 km, ale na tablicy obok ścieżki do schroniska widniał napis: Strzeż się pociągu! Metafizyka Hawiarskiej Koliby!

Jestem z miasta, to widać… a mimo to zawsze czułem że ten magiczny górski region doskonale to u mnie niwelował, pozwalając zatopić się w pięknie dzikiej przyrody, jej żywej i dziewiczej ciszy. Poznawałem i chłonąłem także kulturę i tradycje Podhala – piękne góralskie historie i ludowość, muzykę i sztukę, której lata dostrajania do realiów PRL zupełnie nie rozstroiły a nawet ją na przekór umocniły. Tacy są Górale, ludzie z charakterem. Opowiadał mi kiedyś słynny krościeński gawędziarz że w dawnych latach po dłuższych weselach miejscowy lekarz musiał często wyciągać z pleców juhasów metalowe ciupagi, którymi wyrównywali sąsiedzkie niesnaski. W końcu, mając tego dosyć, zapowiedział że następnym razem będzie ich zszywał bez znieczulania. Ale podziałało dopiero wtedy, gdy to zastosował. Oduczyli się. Nasi Górale, oni swoje wiedzą, są solidarni i nikt ich przekonywać nie musi i nie powinien. A nas, miastowych, po prostu z życzliwością znoszą. Jak odpowiedziała mi kiedyś w Zakopanem przy dworcu Góralka z oscypkami, gdy się zdziwiłem, że są z krowiego a nie z owczego mleka: – „dla wos storcy!”

Tomasz Trzciński kompozytor, pianistaAutor: Tomasz Trzciński
Pianista, dyrygent i kompozytor.
Więcej na stronie autorskiej: tomasz-trzcinski.info