Wadowickie Liceum Ogólnokształcące im. Marcina Wadowity obchodziło jubileusz 150-lecia działalności szkoły. I wszystko byłoby całkiem w porządku, gdyby uroczystość ta odbyła się godnie. Niestety, obchody były huczne i równocześnie śmieszne, z zadęciem, pompą i raczej niezamierzonym kabaretem. Polityka pomieszała się z brakiem wstydu, plany organizatorów splotły z kombinacjami dezorganizatorów. Miało być pięknie, podniośle a może nawet nieco sentymentalnie. Wyszło jak zwykle, czyli karykaturalnie. A przecież jubileusz 150-lecia, jak łatwo policzyć, zdarza się raz na 150 lat. Była więc okazja do czegoś sympatycznego. Była i „se ne wrati”.

Odniesienia historyczne

Szkoła powstała jako Gimnazjum w 1866 roku, po kilkudziesięcioletnich staraniach wadowickich mieszczan. Ma piękną tradycję i wspaniałych wychowanków, wśród których perłą w koronie jest absolwent Gimnazjum z 1938 r. Karol Wojtyła – Święty Jan Paweł II. Niestety, na szkole ciąży chyba jakaś klątwa. Przed pięćdziesięciu laty, kiedy obchodzony miał być jubileusz stulecia, odwołano go, ponieważ komunistyczne władze Wadowic nie chciały dopuścić, aby wziął w nim udział właśnie Karol Wojtyła, ówczesny Arcybiskup Metropolita Krakowski. Był to rok 1966, rok walki o rząd dusz w Ludowej Polsce, której społeczeństwo nie chciało stać się komunistyczne. Walki pomiędzy katolickim narodem, pragnącym obchodzić Millenium Chrześcijaństwa, dzięki któremu Polska została uznana jako państwo, a komunistyczną władzą, która widziała Tysiąclecie Państwa, ale nie chciała dostrzec korzeni tego tysiąclecia. Odrzucała te korzenie, nie zauważając, że w ten sposób podpiłowuje całe tysiącletnie drzewo. Nie tylko nie wpuszczono wtedy Karola Wojtyły do szkoły, ale oficjalnie nadano jej imię poety i pisarza Emila Zegadłowicza (absolwent z 1906 r.), lansując go jako autorytet komunistyczny. Wcześniej patronem Gimnazjum i Liceum był od 1925 r. Marcin Wadowita, doktor teologii i filozofii, dziekan Akademii Krakowskiej i pierwszy wadowiczanin znany szerzej poza rogatkami miasteczka. Niestety, jego pechem było, że był księdzem, więc na patrona szkoły komunistycznej, a taką miało być Liceum w Wadowicach, nie nadawał się, zatem w latach 50. XX w. zaprzestano używania jego patronatu. Wprawdzie w rzeczywistości Zegadłowicz był raczej politycznym „pożytecznym idiotą” a nie komunistą, ale papier przyjął wszystko, a wiedza – nawet partii, która wszak autorytetów dla mas potrzebowała – była ograniczona. I tylko kilkaset porcji smażonych kurcząt i kotletów zamówionych w „Granicznej”, „Beskidzkiej”, „u inwalidów” czyli w „Tatrzańskiej” i w „Gospodzie Ludowej” czyli w „Podgórskiej” kazano rozdzielić pomiędzy zaufanych towarzyszy, aby się mięso nie zmarnowało. W Polsce było wszak siermiężnie i głodno. A zaplanowano i odwoływano wielką fetę.

W efekcie odwołania jubileuszu stulecia, wielu dawnych absolwentów poczuło się dotkniętych i wszelkie spotkania jubileuszowe czy zjazdy rocznikowe organizowano przez kolejne kilkanaście lat prywatnie. Dopiero wybór Jana Pawła II zwrócił szerszą uwagę na szkołę. Stała się sławna w świecie. Dzięki temu w roku 1981 absolwenci roczników przedwojennych zorganizowali zjazd wszystkich roczników do 1939 r. Oczywiście Karol Wojtyła nie mógł już wziąć w nim udziału, gdyż nie pozwalały na to papieskie obowiązki. W tymże 1981 r. dzięki wielomiesięcznym staraniom wadowickiej „Solidarności” udało się pokonać sprzeciw instancji partyjnych oraz Związku Nauczycielstwa Polskiego i szkole przywrócono patronat Wadowity. A raczej odnowiono go, gdyż jak się okazało, w ministerialnej dokumentacji ani nie wykreślono patronatu Wadowity, ani nie odnotowano nadania szkole imienia E. Zegadłowicza. Mimo nastania wieloletniej zimy stanu wojennego Wadowity nie udało się już wyrzucić, bo cały świat wiedział, że Papież kończył szkołę im. Marcina Wadowity. Jednak obchody jubileuszu 125-lecia były raczej skromne. 130-lecie przypadło już po przemianach politycznych w Polsce i wydawać by się mogło, że będzie okazją do przypomnienia najpiękniejszych kart w historii szkoły i okazją do rozliczenia się z mniej podniosłych momentów. Niestety, nikomu nawet na myśl nie przyszło, żeby przeprosić Karola Wojtyłę za odwołanie zjazdu w 1966 r. Obchody w 1996 r. były… skromne.

Po kolejnej dekadzie jubileusz był większy. Nie dlatego, że przybyło dziesięć lat i było już 140, ale że nowy wtedy dyrektor chciał coś pozytywnego dla szkoły zrobić. Część nauczycieli „z wdzięczności” usilnie usiłowała częstować go z okazji Dnia Edukacji szampanem, a później ktoś „życzliwy” zadzwonił, żeby policjanci sprawdzili trzeźwość pana dyrektora jadącego do domu samochodem. Wprawdzie promile z lampki szampana okazały się niewielkie, ale miasteczko podzielone na zwolenników komuny i nowego dyrektora miało o czym mówić przez kolejne kilka lat. Skoro alkohol nie wypalił, to dyrektora oskarżono o „złamanie dyscypliny budżetowej”, bo na zbliżające się obchody jubileuszu 140-lecia zakupił za własne pieniądze materiał na stroje dla szkolnego zespołu artystycznego. Ot, taka „życzliwość grona” i pomoc  w organizacji jubileuszu. A jubileusz ten zaszczycili ówczesny Premier RP Jarosław Kaczyński oraz Metropolita Krakowski kardynał Stanisław Dziwisz. Ten ostatni wspomniał o odwołanym stuleciu, przypomnieli także przedstawiciele władz samorządowych Wadowic i powiatu. Niestety, nie było już kogo przepraszać, bo Jan Paweł II zmarł rok wcześniej. Jednak przynajmniej ten jubileusz był huczny, barwny, z pompą… i godny. To wtedy właśnie odsłonięto na frontonie szkoły tablicę poświęconą Świętemu Arcybiskupowi Józefowi Bilczewskiemu. I tyle historii.

Doniesienia współczesne

Zatem skoro był już przykład, można było sądzić, że tak „okrągły” jubileusz, jak 150-lecie, będzie okazją do oddania hołdu i brzydko potraktowanemu w 1966 r. Karolowi Wojtyle i wielu wychowankom zapomnianym przez lata, a zasłużonym dla Polski wybitnie. Tym bardziej, że wydarzenie zapowiadano i szykowano przez co najmniej pięć lat. I tym bardziej, że patronat nad jubileuszem zechciał objąć Prezydent Rzeczypospolitej Andrzej Duda, a uczestniczyć w nim miała Pierwsza Dama, Agata Kornhauser-Duda.

Ale przecież Wadowice to miasto żywe i nie tylko historią żyjące. Zatem oprócz tych, którzy pragnęli zorganizować jubileusz godnie, byli i tacy, którzy chcieli zorganizować go „po swojemu”. Czyli dać sygnał, że „jeszcze komuna nie umarła”. Wszak od dwóch lat włodarzem gminy jest człowiek jednoznacznie kojarzony ze środowiskiem lewackim, zarówno pod względem korzeni, jak i przez głoszone poglądy czy koncepty. Przy tym wychowanek tegoż Liceum. Jednak Liceum nie podlega władzom gminy, a powiatowym, i to one miały decydujący głos w organizacji jubileuszu. Za to niektórym nauczycielom bliżej do włodarza gminy, którego koniecznie chcieli dowartościować i popromować przy okazji szkolnego święta. I tak, zanim zaczął się pochód korowodu, zaczął się korowód podchodów. A wszystko po to, aby 15 października 2016 r. ludzie mieli… mieszane uczucia.

Bardzo zmyślnie skonstruowano dekorację sali gimnastycznej Liceum, gdzie odbywała się oficjalna część jubileuszowych uroczystości. Zamiast hołdu dla Najwybitniejszego Wychowanka, wrzucono cytat z E. Zegadłowicza. Niby patriotyczny, ale przede wszystkim dlatego, że wyrwany z kontekstu, bo w oryginale raczej odnoszący się do tzw. małej ojczyzny. Ale to tak, żeby przypomnieć, że ta szkoła to przecież nie całkiem Wadowity, i nie tylko Wojtyły. Rewolucyjna i komunistyczna też. Świetnie czuli się w tym klimacie mrugnięcia lewym okiem ludzie z pokoleń Związku Młodzieży Polskiej, Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, Wojskowych Służb Informacyjnych i Służby Bezpieczeństwa. Normalni absolwenci i uczniowie raczej byli zaskoczeni, żeby nie powiedzieć pogubieni. Miałkością narracji, płytkością refleksji.

Wprowadzeniu pocztów sztandarowych towarzyszył gromko zagrany marsz generalski, chociaż jedynym generałem na sali był Biskup Polowy WP, ks. dr Józef Guzek (absolwent z 1975 r.), który usiadł skromnie na skraju widowni i któremu nikt nic nie meldował ani raportował. Widocznie gromkość marsza zagłuszyć miała bezsens i niespójność konceptu. Ale wszyscy grzecznie wstali. Na hymn też. Za to na „Gaudeamus igitur” już się nikomu podnieść ze stołka nie chciało. Nad tradycją przeważyło lenistwo. Na uniwersytecie by to nie przeszło. Chór szkolny, ponoć złożony tylko z absolwentów, miotał się wśród licznych kabli, podobnie jak występujący oficjele i prowadzący konferansjerzy. Wszystko zgodnie z planem, który pokazał, że dezorganizacja jest najwyższą formą organizacji.

Nowy sztandar dla szkoły ufundował lokalny działacz Platformy Obywatelskiej. Chłop sympatyczny, ale sakramencko ambitny. Zapewne więc chodziło o kilka pieczeni na raz. Bo to i dziecku w szkole będzie lepiej, i może partia zyska większe poparcie w „zapisiałym” powiecie, a i sam fundator zostanie zapamiętany. A przecież kolejna  kampania wyborcza tuż… za dwa lata. Sztandarowy wyczyniał ekwilibrystyczne sztuki, stając ze  sztandarem raz w poczcie a raz naprzeciw pocztowych kolegów, jak w jakimś chińskim ceremoniale. Prezentacja nowego sztandaru nieco inaczej wyglądać powinna. Zatem, wszystko zgodnie z planem, nie wszystko zgodnie z ceremoniałem.

Z witaniem też było nie wszystko po kolei, chociaż tej roli podjęli się osobiście dyrektorka Liceum Janina Turek i starosta wadowicki Bartosz Kaliński. Ale witali zarówno tych, którzy przybyli, jak i tych, którzy jak się okazało, nie przybyli. Tytułom nie było końca, ale przy tym przedstawiano jako profesorów i tych, co już patenta od prezydenta odebrali, i takich, co jeszcze tylko uczelniane etaty piastują, mieszając porządki i hierarchie. Przy okazji nie przywitano także kilku obecnych gości, których przywitać wypadało. Chyba zatem, nie wszystko zgodnie z planem?

Miło, że zasłużoną szkołą interesują się władze Rzeczypospolitej. Bo to i obecność Pierwszej Damy, i listy od Premier Beaty Szydło i Prezesa Jarosława Kaczyńskiego, od parlamentarzystów. Ale przecież najważniejsi w tym dniu byli wychowankowie szkoły, jej absolwenci. Jubileusz był najlepszą okazją do zorganizowania zjazdu absolwentów. A jednak, zjazdu nie było. Dlaczego? Czy szkoła nie ma wystarczających mocy organizacyjnych? Przybyli więc tylko niektórzy, a i to dobierani według klucza, czy raczej dwóch kluczy. Pierwszy, oficjalny, promował ważnych, czyli tych, którzy albo zajmują poważne stanowiska w polityce, administracji świeckiej i kościelnej oraz rozmaitych strukturach, albo osiągnęli znaczące pozycje i godności w życiu zawodowym. Drugi klucz opracowała Sitwa Agentów, Lewaków i Oportunistów. Według tego klucza ściągnięto na jubileusz wszystkich komuchów, którzy mieli zademonstrować i przypomnieć świeckość szkoły i jej rewolucyjny charakter. W ich imieniu głos zabrał Tajny Współpracownik SB o pseudonimie „Tekla”. Bezwstyd i żenada sięgnęły zenitu. Na sali obecni byli także liczni inni TW oraz Kontakty Operacyjne i Służbowe. Dopisali także lokalni notable, a niektórzy wśród nich zadbali, aby usiąść jak najbliżej Pierwszej Damy. Nawet wadowicki wicestarosta Andrzej Górecki awansował w hierarchii zasiadu, okupując twardo miejsce w pierwszym rzędzie, wśród posłów i rektorów wyższych uczelni, nieopodal Pani Prezydentowej. Zatem nie tylko istniał jakiś plan, ale nawet kilka. I wszyscy wszystko wykonywali zgodnie z planem. Swoim planem.

Ale nie wszystkie plany zrealizowano. Zakulisowo wykoncypowali bowiem niektórzy, że wadowicki Cezar, czy może raczej Cezarek, który nie zamierzał udać się na pierwszą część jubileuszu w Bazylice Najświętszej Maryi Panny, gdzie poświęcano nowy sztandar Liceum, przybędzie do szkoły tuż przed pochodem i zawczasu zajmie sobie miejsce obok tego, przeznaczonego dla Pierwszej Damy. Żeby cały świat się dowiedział, kto w Wadowicach „najważniejszy” i żeby „słitfocie” mu wszyscy robili. Nie przewidziano tylko, że starosta wadowicki Bartosz Kaliński, człowiek łagodny zazwyczaj i dla Cezarka tolerancyjny, uprzejmie wskaże krzesło dla włodarza przeznaczone. Uff, pierwsza bomba… niewypał. Ale w zapasie była przecież jeszcze feta powitania. I znowuż ambaras. Czy to przez zapomnienie, czy też dlatego, że witano tylko władze od szczebla powiatu wzwyż, Cezarek oczekiwanych braw nie dostał. Oj, popłakała się biedaczyna na fejsbuku, aż się z monitorów lało. Ale wcześniej, jeszcze na sali, co chwila wychylał się i wyskakiwał, aby fotoreporterów zastąpić w robieniu zdjęć, a przy tym pokazać swoją fizys, zapewne na spontaniczne owacje licząc. Nic z tego. W dodatku na organizowany przez jego fanów proszony obiad, gdzie planowano posadzić go wśród gości z profesorskimi tytułami, spóźnił się Cezarek nieco i przy stole konfiguracja już była niedogodna. Ależ miał niefart tego dnia. Nie wszystko zgodnie z planem. Jemu raczej wszystko na opak.

No cóż. Że szkoły nie było stać na zorganizowanie zjazdu absolwentów czy wychowanków, to da się jeszcze zrozumieć. Trzeba by nieco popracować, a tu błogie lenistwo i wygodnictwo nie pozwalają. Ale nie zorganizowano także posiłku dla zaproszonych gości. No, w każdym razie nie zorganizowała szkoła. Za to wspomniana Sitwa Agentów, Lewaków i Oportunistów postanowiła podjąć wybranych obiadem, za który wszak i tak zapłacili podatnicy. To miała być wspomniana feta na cześć Cezarka. I na tak szatańsko obmyślany obiadek poszli i autorzy okolicznościowej książki z okazji 150 –lecia LO, i profesorowie-rektorzy UJ oraz UP, i niektórzy inni goście. Czy profesorowie Kazimierz Karolczak oraz Jacek Popiel nie zasłużyli na godniejsze przyjęcie? A co tam robił profesor Józef poseł Brynkus? Uff… Szkoło, szkoło, czy perypetie obiadowe to także jubileuszowa tradycja? Zgodnie z planem?

Skoro wszystko było takie zdezorganizowane, to czy cokolwiek wypadło dobrze? Owszem, Pierwsza Dama. Która nie znając szczegółowych okoliczności i zaszłości nie musiała się zastanawiać nad licznymi jubileuszowymi kontekstami i twarzami wątpliwej jakości. Nad niezbornością organizacyjną zapewne miłosiernie przeszła do porządku, bo przecież jako nauczycielka z wieloletnim stażem różne wpadki i wypadki już widziała. Oddała szacunek najstarszym wychowankom i przyjaciołom Karola Wojtyły. Przekazała uczestnikom jubileuszu ciepłe słowa Prezydenta i dołożyła własne. Wszystko zgodnie z planem. I ze stoickim spokojem pozowała do licznych zdjęć z uczniami Liceum, którzy nie skażeni jeszcze nadmiarem polityki, a i nie zarażeni przez kombinatorów oportunizmem i negacją, radośnie i naturalnie ją witali. I to jedyny naprawdę sympatyczny element tego jubileuszu. A my, absolwenci, włóczyliśmy się po szkole obserwując, jak Cezarek szuka przyjaciół, których nie mógł znaleźć. Bo na przyjaciół trzeba zasłużyć. Do nas nie podszedł, bo to nie jego roczniki, ale usilnie szukał młodszego towarzystwa a później za wszelką cenę usiłował włączyć się do orszaku Pierwszej Damy, co mu niezbyt wychodziło.

Szkoda mi mojej dawnej szkoły. Chociaż minęło już czterdzieści lat od matury, mam do tej szkoły sentyment. Toporność z czasów dyrektora Kazimierza Forysia czy później Tadeusza Janika była jakoś wymuszona. Polityka, komuna, nicość. Ale teraz można było znacznie więcej i znacznie lepiej zorganizować. Tylko trzeba było chcieć. Zatem dlaczego się nie chciało?

Autor: Absolwent LO (jeszcze wtedy Emila Zegadłowicza)

fot. Grzegorz Jakubowski/KPRP