Gdy po raz pierwszy usłyszałam, o propozycji Komisji Europejskiej, że kraj, który odmówi przyjęcia uchodźców będzie musiał zapłacić 250 tysięcy euro kary za każdego z nich, ponadto zaproponuje krajom członkowskim Unii „małą reformę” konwencji dublińskiej, dotyczącej przyjmowania uchodźców, dzięki której uregulowana zostanie kwestia ich rozmieszczenia we wszystkich krajach UE w przypadku masowego napływu, przekraczającego możliwości państwa, do którego przybywają, myślałam, iż jest to o dziennikarska kaczka, która ma na celu podkręcenie sprzedaży dziennik „La Stampa”.

Gdy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Franz Timmermans potwierdził tę informację, a Angela Merkel stwierdziła: „nie mówiłabym o sankcjach czy o aspekcie przymusu, to forma lojalności wobec krajów, które chronią nasze zewnętrzne granice”, nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać.

Przecież jest to ordynarny szantaż stosowany przez kraje silniejsze wobec słabszych. Co to znaczy „uregulowanie kwestii ich rozmieszczenia we wszystkich krajach UE?. KE już nie ukrywa, że jeżeli jakiś przepis w konwencji dublińskiej przeszkadza w realizacji planów niemiecko-francuskich to należy go zmienić lub usunąć nie oglądając się na sprzeciw pozostałych krajów. Przecież nie do takiej Unii wstępowaliśmy. Miały być demokratycznie wypracowane decyzje, a nie siłowe ich narzucanie.

Zastanawiam się, dlaczego nasi politycy nie powołują się na zapisy konwencji dublińskiej i do znudzenia nie przypominają Komisji Europejskiej, że według traktatu  unijnego decyzja o ilości przyjmowanych imigrantów należy do suwerennej decyzji każdego państwa członka Unii Europejskiej. Ponieważ Polska nie przekazała swoich kompetencji dotyczących przyjmowania uchodźców na poziom UE, w związku z tym Komisja Europejska nie ma żadnych podstaw prawnych, a tym samym kompetencji narzucania nam jakichkolwiek kwot i kar. Kto dał jej prawo do narzucania kwot i nakładania kar, gdy odmówimy przyjęcia imigrantów, skoro jest to suwerenna decyzja każdego państwa członka Unii Europejskiej?

Stwierdzenia przez Franza Timmermansa, że „w przypadku masowego napływu, przekraczającego możliwości państwa, rozmieszczeni zostaną we wszystkich krajach UE”, ujawniło, iż mimo zapewnień uszczelnienia granic, doskonale zdaje on sobie sprawę, że to, co się oficjalnie przekazuje mieszkańcom Europy, to wielki pic, a tak naprawdę nic się w tym zakresie nie robi. Czas płynie, a oni ciągle napływają, napływają, napływają. Czy Europa weźmie na swoje utrzymanie wszystkich chętnych nierobów z Bliskiego Wschodu, Afryki i Azji? Przybywają ludzie w większości analfabeci niczego nieumiejący, brzydzący się pracą, nieznający języka i obcy kulturowo, którzy przez lata chcą żyć na kosz europejskiego podatnika.

Już się w UE nic nie mówi, że jest dla krajów przyjmujących imigrantów specjalny program pomocowy. Skoro ich przyjmiemy, to będzie nasz problem, a nie Unii.
Timmermans przyznał, że dziennie do Europy napływa kilka tysięcy osób. Stwierdził również, że kraje członkowskie muszą stawić czoła kryzysowi razem w poczuciu solidarności, ponieważ „jeśli nie będzie jej w tej sprawie, to w krótkim czasie nie będzie jej nigdzie indziej”.

My Polacy przetestowaliśmy na sobie unijną solidarność: odmówiono nam statusu stałego obserwatora na szczytach Eurogrupy, budowy baz NATO, nie oglądając się na nasz interes położono na dnie Bałtyku Nord Stream 1. Mimo nałożenia sankcji na Rosję za aneksję Krymu i konflikt rosyjsko-ukraiński kilka zachodnich koncernów z Niemiec, Francji, Austrii, WB, Holandii podpisało z Gazpromem intratne kontrakty w sprawie budowy kolejnych dwóch nitek gazociągu Nord Stream 2 na dnie Bałtyku. Gdy Rosja wprowadziła embargo na nasze płody rolne, kraje unijne zamiast stanąć za nami murem, łamiąc solidarność po cichu eksportowały do niej swoją żywność. Jak widać solidarność jest wskazana, gdy pokrywa się z interesem decydentów unijnych.

Ponieważ podjęcie decyzji o przyjęciu do naszego kraju obcych nam kulturowo i wrogo nastawionych do Zachodu ludzi, jest tak samo brzemienna w skutkach jak przed wiekami przyjęcie chrztu Polski, dlatego powinno być przeprowadzone ogólnokrajowe referendum. Kukiz’15, co prawda zbiera pod nim podpisy, ale robi to, jakoś niemrawo, bez zapału i przekonania. Podobnie jak to ma miejsce na Węgrzech, z inicjatywą powinien wystąpić rząd, który po takim referendum miałby silny mandat do sprzeciwu wobec prób narzucania kwot i kar. Nie ma znaczenia, że zwolennicy otwarcia się na obcych twierdzą, że wynik takiego referendum z góry jest przesądzony. Co innego przewidywać wynik, a co innego oficjalnie go potwierdzić. Między przewidywaniami, a zweryfikowanymi przewidywaniami jest fundamentalna różnica.

Według mnie pytanie referendalne powinno brzmieć:

Czy zgadzasz się na utrzymywanie z polskiego budżetu przez dziesiątki lat setek tysięcy muzułmańskich emigrantów, na muzułmańskie dzielnice w Polsce, zagrożenie bezpieczeństwa, wzrost przestępczości, ciągłe niepokoje i zagrożoną przyszłość swoją i swoich najbliższych?

Mimo, że problem imigrantów dotyczy wszystkich Polaków na temat ich relokacji w Polsce jest bardzo mało debat i dyskusji w środkach przekazu. Dlatego przed przeprowadzeniem referendum powinny odbywać się dziesiątki rzeczowych debat wzbogacanych filmami z You Tube pokazującymi skalę i prawdziwe oblicze problemów, jakie pojawiają się w miejscach zamieszkania imigrantów muzułmańskich, by Polacy przed udaniem się do urn mogli sami wyrobić sobie zdanie na temat ich integracji.

My nie powinniśmy się sugerować tym, co o nas będą mówili inni. Powinniśmy zadbać o własne interesy, własne bezpieczeństwo nie patrząc na to czy się to, komu w UE podoba czy nie.