Gdy byłam dzieckiem moją ulubioną lekturą były mity greckie, w których opowieści o bogach i herosach, powiązane były ze stworzeniem świata, jego funkcjonowaniem i historią, oraz wyjaśniające miejsce człowieka w świecie. Byłam zafascynowana losami Zeusa, Dedala i Ikara, Heraklesa, Prometeusza, Syzyfa, Apollina, Hery, Demeter, Dionizosa urodzonego z uda Zeusa.

Fascynowałam się Homerem i jego epickimi opowieściami Iliadą, poświęconą największemu greckiemu wojownikowi – Achillesowi oraz Odyseją, opisującą zdobycie Troi i niesamowitymi przygodami Odyseusza. Ta fascynacja pozostała mi do dziś. Jak się później dowiedziałam od przewodników na miejscu, wielu zachodnich turystów utożsamia mitologię z historią Grecji pytając naiwnie np. „A gdzie jest grób Zeusa?”

Chcąc zobaczyć miejsca związane z historią Grecji, która odcisnęła swe piętno na kulturze europejskiej wybraliśmy się z mężem do Hellady. Było wiele ofert biur podróży, my wybraliśmy program „Dookoła Grecji”, który zapewniał zwiedzanie najbardziej znanych miast starożytnej Grecji, z ich świątyniami, będącymi pomnikami mitycznej historii. Ze względu na klimat i liczbę turystów, wybraliśmy wrzesień, jako najbardziej optymalny okres do zwiedzania.

Podróż samolotem z Gdańska do Salonik trwała około 2 godzin. Było wczesne popołudnie, gdy wylądowaliśmy na miejscu. Miasto liczące ok. 315 tysięcy ludności, znajduje się nad Zatoką Salonicką w północnej Grecji i jest drugie, co do wielkości w kraju.

Po odebraniu bagażu i przejściu do hali głównej było nam miło, gdy okazało się, że naszym przewodnikiem jest pani Agnieszka Płachta, którą poznaliśmy dwa lata temu, podczas naszej podróży do RPA. Miło Ją wspominaliśmy i mamy cudowne wspomnienia z wycieczki. Po raz pierwszy zdarzyło się nam, że podczas naszych licznych podróży spotkaliśmy przewodnika, z którym kiedyś podróżowaliśmy.

Z lotniska udaliśmy się do hotelu, który mieścił się na obrzeżach Salonik, dość daleko od centrum miasta. Mieliśmy propozycję nocnego zwiedzania miasta, z której nie skorzystaliśmy ponieważ w ostatnim dniu naszego pobytu było w planie poznanie Salonik. Postanowiliśmy odpocząć i napić się kawy na świeżym greckim powietrzu.

Następnego dnia wyruszyliśmy do Werginy, w której bije serce antycznej Macedonii, starożytnego Ajgaj (gr. Aigai), będącego pierwszą macedońską stolicą, w której – nawet po przeniesieniu jej do Pelli – chowano monarchów. Związane to było z przepowiednią mówiącej o tym, że pochowanie władcy poza tym miejscem miało przynieść upadek dynastii – co rzeczywiście stało się po śmierci Aleksandra Wielkiego. W miejscowości tej znajduje się wpisany na listę UNESCO kurhan – muzeum kryjący kompleks grobowców komorowych, nazwanych Grobowcami Królewskimi. Umiejscowione są pod tzw. Wielkim Kurhanem o wysokości 13 m i średnicy 110 m.

Kompleks składa się z czterech grobowców z IV w.p.n.e. w tym grobowiec Filipa II Macedońskiego ojca Aleksandra Wielkiego. Został on odkryty stosunkowo niedawno, bo w latach 70-tych XX wieku. Był w bardzo dobrym stanie, ponieważ po odsłonięciu centralnej części pagórka i dotarciu do znajdujących się grobowców nikt z badaczy nie przypuszczał, iż grobowiec Filipa II znajduje się na jego obrzeżach. W miejscu jego odkrycia powstało w roku 1996 muzeum. Dobrze się stało, że wszystkie odnalezione eksponaty pozostały na miejscu, a nie zostały rozproszone po innych muzeach. Pochodzące z IV wieku p.n.e. przedmioty odkryte w grobowcach, wystawione są w gablotach.

Herodot pisał, że Filip II będąc małym chłopcem został wysłany do Teb, jako zakładnik pokojowy. Będąc niezwykle inteligentnym młodzieńcem podpatrzył sztuki walki i poznał zasady dyplomacji. Powróciwszy do kraju zmodyfikował uzbrojenie greckiej falangi wyposażając je w wydłużone włócznie kosztem zmniejszonych tarcz i lżejszych pancerzy. Zmienił też ustawienie szyku nazywanym falangą macedońską. Żołnierzy ustawił w szesnaście szeregów. W pięciu pierwszych szeregach żołnierze trzymali włócznie poziomo, co w praktyce uniemożliwiało uzbrojonym w krótszą broń przeciwnikom ich pokonanie. Pozostałe szeregi trzymały włócznie w pionie, lekko poruszając nimi w celu odbijania nadlatujących strzał. Tak ustawioną falangę, uzupełniały inne, lżejsze oddziały oraz silna konnica.

Z tak uzbrojonym, dobrze wyszkolonym i karnym wojskiem nikt nie miał szans wygrać. Dzięki temu pokonał Teby w roku 336 i przejął greckie miasta-państwa. Nie wszystkie z nich podporządkował sobie drogą zbrojnych podbojów. Wykorzystywał dyplomację oraz związki małżeńskie z młodymi (15, 16 letnimi) księżniczkami z poszczególnych państw. Poligamia umożliwiała mu wówczas posiadanie 8 żon. Planował wyruszenie na tereny Persów, jednak kres jego planom położyła nagła śmierć.

Twórca i władca królestwa Macedonii Filip Macedoński nagle zakończył życie. Został zamordowany w wieku 46 lat przez gwardzistę podczas ślubu swojej córki Kleopatry, który odbywał się w teatrze. W czasie uroczystości wprowadzono na scenę 12 posągów. Za jednym z nich schował się zabójca. Motywów jego czynu nie będę tu opisywać. Związane były z dramatycznymi przeżyciami tego gwardzisty, o które obwiniał Filipa Macedońskiego.

Idąc do miejsca pochówku greckich królów już z daleka widzieliśmy niepozorny, pagórek pokryty trawą, jest to kurhan który przykrywa zarówno wspaniałe muzeum (z mnóstwem przepięknych przedmiotów wydobytych z królewskich grobowców) jak i grobowiec Filipa II Macedońskiego. Prawdziwe skarby greckiej historii.

Wejście znajduje się z boku kurhanu. Wchodzi się jak do starożytnego grobowca – pod ziemię. Panuje niesamowita atmosfera. Wszędzie półmrok, tylko eksponaty w gablotach są dobrze oświetlone.

Czułam dreszcz emocji stojąc na schodach prowadzących do miejsca spoczynku Filipa II zbudowanego 2400 lat temu. Będąc tu miałam możliwość spojrzenia w czasy starożytne o których się uczyłam.

Zwiedzanie zaczęliśmy od grobowca Filipa II Macedońskiego, który stworzył Królestwo Macedońskie. Do samego grobowca nie można wejść. Oglądać można tylko oryginalną fasadę grobu z marmurowymi odrzwiami, ozdobionymi dwoma półkolumnami.

Nad nimi zachował się malowany joński fryz przedstawiający polowanie na dzikie zwierzęta. Patrząc na fasadę wiemy, że 24 wieki temu przekroczył ją syn Aleksander Wielki wnosząc szczątki ojca po kremacji.

Znajdują się one w 8 kilowym złotym relikwiarzu (larnaksie), nad którym umieszczony jest niezwykłej piękności misternie wykonany, szczerozłoty wieniec składający się z delikatnych miniaturowych liści i szyszek dębowych.

Uznawany jest za jedno z najrzadszych znalezisk archeologicznych. Według przekazu nosił go czasami Filip II, i miał go na głowie podczas kremacji. Gdy się mu dokładnie przyjrzałam, to na niektórych listkach widać było ślady po ogniu. Zastanawiałam się, jakimi geniuszami artystycznymi byli dawni rzemieślnicy i jakimi narzędziami się posługiwali tworząc to cudowne arcydzieło.

002

W jednej z gablot znajduje się broń zmarłego: m.in. tarcza ze złota i kości słoniowej oraz puklerz z żelaza dekorowany złotem. Do cenniejszych znalezisk należą portrety z kości słoniowej – wyobrażające Filipa II oraz syna Aleksandra w młodym wieku – pozostałości z drewnianego łoża. To dzięki nim oraz śladom na czaszce, które zgadzały się historycznymi opisami odniesionej przez Filipa rany na twarzy, ostatecznie zidentyfikowano grobowiec, jako należący do niego.

Muzeum w Manchesterze

W drugim zrekonstruowanym grobowcu, nieco mniejszym, pochowany był najprawdopodobniej nieletni syn Aleksandra Wielkiego urodzony 3 m-ce po jego śmierci, którego nie zdążył zobaczyć. W nim również znaleziono liczne skarby – takie jak srebrne i złote naczynia, a także kolejny, złoty diadem z  liści dębowych, zwany książęcym. Tak misternie „utkanych” cudeniek ze złotych blaszek, nigdy wcześniej nie widziałam.

Jest gablota, w której znajduje się przepiękny kobiecy diadem jednej z żon Filipa II. Składa się z połączenia listków, kwiatków, płatków, pręcików i innych zawijasów. Doszukiwałam się w nim pszczółek, które również miały go zdobić, ale „gołym okiem” ich nie widziałam. Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób w tamtych czasach wykonano te miniaturowe elementy.

Jest wiele eksponatów godnych uwagi, ale dla mnie najpiękniejszych to złote wieńce i diadem wykonane z niewiarygodną wręcz precyzją. Szkoda, że w muzeum obowiązuje kategoryczny zakaz robienia zdjęć który egzekwuje agresywnie zachowujący się personel. Prawie wszystkie zaprezentowane fotografie z muzeum Filipa II pobrałam z Internetu ze strony „grobowiec filipa 2”.

Grobowce z Werginy są świadectwem dawnej potęgi starożytnej Grecji, ale także wielu tragedii, intryg i morderstw, w które obfitowały dzieje macedońskiego rodu.

Szkoda, że do naszych czasów nie dotrwał grobowiec syna Filipa II Aleksandra Wielkiego. Wychowywany przez Arystotelesa na władcę kontynuował ideę ojca. Jego militarne podboje trwały 11 lat. Dotarł do Indii gdzie zapadł na gorączkę malaryczną, która była przyczyną jego śmierci. Zmarł młodo, bo w wieku 32 lat i 8 miesięcy. Został zabalsamowany i przeniesiony do Aleksandrii.

Grób Aleksandra Wielkiego już w starożytności był obiektem kultu i celem wypraw. Po dziś dzień nie do końca jest jasne, gdzie się znajdował. Podobno w roku 48 p.n.e. Juliusz Cezar odwiedził grobowiec oraz jego adoptowany syn – Gajusz Oktawiusz. Kronikarze wspominają, że na grobie zdobywcy złożył bukiet kwiatów, a nad jego głową kazał umieścić złoty diadem.

Sławy i czynów Aleksandrowi zazdrościł cesarz rzymski Kaligula. Legenda mówi, że szpiedzy cesarza splądrowali grobowiec, wywożąc z niego złoto i klejnoty (sama trumna ze szczerego kruszcu ważyła ponoć 30 ton), a Kaligula osobiście zerwał brutalnie z piersi martwego dowódcy bezcenny napierśnik.

Wiele lat później cesarz Septymiusz Sewer sfinansował naprawę grobowca. Jego syn Karakalla w 218 roku n.e. z ciekawości kazał wyjąć z grobowca tunikę, pas, pierścień i inne drobiazgi Aleksandra. Dokładnie je obejrzawszy, zostawił na zewnątrz trumny. Grób jego istniał jeszcze w IV wieku, potem został zniszczony.
Wszystkim polecam przyjazd do tak fascynującego miejsca w którym bije duch królewskiego majestatu.

Po wyjściu z muzeum odwiedziliśmy pobliskie sklepiki. Moją uwagę przykuła ciekawa biżuteria wzorowana na antycznych wyrobach ze złota, srebra i półszlachetnych kamieni. Jednak ceny były zaporowe.

Jadąc w kierunku Riviery Olimpijskiej, co chwila mijaliśmy lasy, które pokrywają 70% powierzchni Grecji oraz góry stanowiące 82% powierzchni kraju. Przejeżdżając przez Tesalę, często droga prowadziła przez tunele wykute pod nimi. Mijaliśmy liczne sady morelowe, brzoskwiniowe, oraz plantacje oliwek, fig i kiwi, które mają żółty miąższ. Dla mnie wielkim zaskoczeniem w Tesali był widok pól bawełny, bowiem nigdy nie kojarzyłam jej z Grecją. Podobno wyroby z niej są poszukiwane ze względu na bardzo dobrą jakość.

Urokliwe plaże Riviery Olimpijskiej są popularnym celem turystów, głównie z krajów bałkańskich, ale też z Polski i Niemiec. Tendencja się zmienia i coraz więcej Greków, woli swój urlop spędzać w tym miejscu, zwłaszcza w sierpniu. Wówczas pustoszeją miasta a zapełniają się kurorty.

Podziwiając krajobrazy dotarliśmy do najwyższego masywu górskiego Grecji, Masywu Olimpu. Ma on długość 28 km jednak wśród Greków nie ma tradycji chodzenia po górach. Wprawdzie istnieją trzy szlaki turystyczne, z których najtrudniejszy można pokonać w ciągu 2 dni, ale przeważają na nich turyści zachodni.

Flora tego regionu składa się z 1700 gatunków w znacznej części endemicznych roślin, krzewów i drzew. Charakterystycznym drzewem jest czarna sosna, mająca czarny pień i korę. Przeważają jednak drzewa oliwne, które rosną 200-300 lat, chociaż najstarsze z nich dożyło bardzo sędziwego wieku i ma 3000 lat. Na bazie czarnej sosny i oliwy z oliwek produkowane są wspaniałe kosmetyki w postaci mydełek, kremów i balsamów.

W masywie znajdują się najwyższe szczyty górskie Grecji, w tym liczący blisko 3 tysiące metrów Olimp (gr. Oros Olymbos) miejsce życia mitologicznych bogów. 2 sierpnia 1913 roku weszli na niego dwaj Szwajcarzy: Daniel Baud-Bovy i Fryderyk Boissonnas, których poprowadził grecki przewodnik – Christos Kakalos (jego imię nosi obecnie jedno ze schronisk).

Pogoda była przepiękna jednak same szczyty spowijały chmury, ale i tak widziałam to sławne z mitologii miejsce, o którym tak dużo czytałam.

Podążając w kierunku Aten słuchaliśmy bardzo ciekawych opowieści przewodniczki Agnieszki o Grecji, Grekach, ich zwyczajach, kuchni, uczyliśmy się greckich słów. Staraliśmy się je przyswoić, aby móc porozumieć się w hotelu czy restauracji prosząc o typowe potrawy czy napoje. Agnieszka podała nam mnóstwo przepisów na greckie potrawy. Notowałam skrzętnie w swoim notesiku, mimo że wielu i tak nie uda mi się zrobić po powrocie do kraju ze względu na trudności związane z zakupem odpowiednich składników.

Jadąc często mijaliśmy różnej wielkości i kształtu kapliczki znajdujące się przy drodze. Upamiętniają one ofiary wypadków drogowych. Jeśli w środku znajduje się ikona świętego to znaczy, że nie było ofiar śmiertelnych.

Greckie społeczeństwo w 98% wyznaje prawosławie. Kobiety po kościele spędzają czas we własny gronie. To pracowity, sympatyczny naród lubiący się bawić. Pracują do późnej nocy ze sjestą na odpoczynek w ciągu gorącego dnia. Ze względu na wysokie temperatury robią wszystko w wolnym tempie. W czasie zabawy zachowują się głośno i mocno gestykulują. Ich gościnność jest znana w całym świecie jak również to, że są bardzo rodzinni. Całymi rodzinami przychodzą do tawern, by odpocząć i wspólnie spędzić czas.

Około godz. 16 widzieliśmy w oddali sławne antyczne Teby. Miasto gdzie przebywał mały Filip, jako zakładnik pokojowy. Po antycznych Tebach poza nazwą nic nie zostało, ale dobrze jest je zobaczyć nawet z oddali. Majaczące na horyzoncie współczesne zabudowania pozwalają ponieść się wyobraźni i przenieść myślami w tamte antyczne czasy.

Minęliśmy sztuczne jezioro Maratońskie w pobliżu miasta Maraton. To od tego miasta wziął swą nazwę bieg maratoński. Jak pisał grecki historyk Herodot – w 490 r.p.n.e. w jego okolicach odbyła się zwycięska bitwa Greków, którymi dowodził Miltiades, nad Persami, pod wodzą Dariusza Wielkiego, którzy przybyli tu, aby poszerzyć swoje tereny o te ziemie.

Było to 100 lat przed Filipem II w 490 r.p.ch. Po zwycięstwie wysłano do Aten posłańca – Filippidesa – który miał obwieścić radosną nowinę, a jednocześnie ostrzec przed zbliżającą się flotą perską. Posłaniec, gdy tylko dotarł na miejsce i ogłosił wiadomość, padł z wycieńczenia. Dla upamiętnienia tego zdarzenia ustanowiono w XIX wieku bieg maratoński, jako dyscyplinę sportową. W roku 1908 zmieniono jego długość z 40 km na 42 km i 95 m.
W jednym z muzeów widzieliśmy, cudem zachowany przez wieki oryginalny hełm wodza Miltiadesa.

Tak to słuchając opowieści o dawnych czasach dojechaliśmy do Aten i Pireusu. Miasta te podobnie jak w Polsce Trójmiasto nie posiadają granicy.

Zabudowa jest gęsta, lecz nie wysoka z powodu mikrowstrząsów tektonicznych. Dotyczy to całej Grecji. Już z oddali na wzgórzu widzieliśmy Akropol (górne miasto – które posiadało każde ze starożytnych greckich miast).
Przejechaliśmy koło świątyni Zeusa, a w zasadzie jej śladowych pozostałościach. Mimo, że budowano ją od V w przez 700 lat i dokończyli ją Rzymianie, z budowli nie pozostało wiele.

Zatrzymaliśmy się przy stadionie z XIX wieku Stadionie Panateńskim , znany też, jako Kalimarmaro, na którym w 1896 roku odbyły się pierwsze w historii nowożytne Igrzyska Olimpijskie.

Nie można było wejść na jego teren, więc widzieliśmy go z zewnątrz, ale widać bardzo dobrze. Ma kształt podkowy. Jest lekko zmienioną rekonstrukcją historycznego obiektu z czasów starożytnych, na którym odbywały się rozgrywki ku czci bogini Ateny. Jest jedynym stadionem na świecie, który w całości zbudowano z marmuru. Pięknie harmonizuje jego przepiękna biel z kruczoczarną bieżnią.

Początkowo miał drewniane siedzenia, jednak w 329 roku przed naszą erą został pokryty marmurem, a w 140 roku przed naszą erą został rozbudowany do około 50 000 miejsc i przybrał istniejący do dziś kształt podkowy. Jego wygląd związany był z dyscyplinami sportowymi, które wówczas rozgrywano tj. różnego rodzaju biegami, krótkimi i dłuższymi. Dzisiaj bieżnia położona jest dookoła, a w środku mogą być rozgrywane inne zawody sportowe. Gdy na niego patrzyłam, to trudno mi było uwierzyć, że obecnie pomieścić może około 80 000 widzów.

Wracając zrobiłam z mężem pamiątkowe zdjęcie pod pomnikiem greckiego filantropa Evangelosa Zappasa, który sfinansował pierwsze nowożytne igrzyska.

Po dotarciu do hotelu i odświeżeniu się wyruszyliśmy na grecki wieczorek do typowej greckiej tawerny. Gdy do niej dotarliśmy, było już sporo uczestników innych grup i trudno było znaleźć miejsce, aby siedzieć wspólnie z całą naszą grupą. Jej właściciele, by wyjść z twarzą i ratować sytuację przyznali nam miejsca przy stoliku vipowskim, z którego mieliśmy wspaniały widok na scenę i całą salę. Tawerna nie była duża, ale bardzo przyjemna. Składa się z sali i balkonu. Na sali stoły ustawione są prostopadle do sceny.

Program występów był ciekawy. Przede wszystkim porwała nas muzyka, śpiew i taniec. Występujący tancerze i śpiewacy prezentowali dorobek poszczególnych regionów. Co chwilę pojawiali się w nowych strojach, które były wizytówką poszczególnych regionów. Klasyka muzyki greckiej „Grek Zorba”, „Dzieci Pireusu”, „Taniec Rzeźnika” wykonywana była na ludowych instrumentach.

Podczas występów, co chwilę kelnerzy donosili różnego rodzaju typowe potrawy kuchni greckiej oraz lokalne wytrawne czerwone i białe wina. Czas pobytu w tawernie minął szybko i przyjemnie. Wracając do hotelu towarzyszyły nam przepiękne melodie, które mieliśmy w głowach. Wracając na chwilę zatrzymaliśmy się nieopodal łuku triumfalnego cesarza Hadriana, by popatrzeć na jego nietypową dwupiętrową budowę.

Tak minął pierwszy dzień pobytu w Atenach.

Następnego dnia czeka nas wiele wrażeń, dużo chodzenia. Zobaczymy Muzeum Archeologiczne, Akropol, zmianę warty przed Parlamentem i wiele innych miejsc, a na koniec dnia rejs po Kanale Korynckim.

Foto :Liliana i Zdzisław Borodziuk,oraz z internetu -Muzeum Filipa II