Gdy przybyliśmy do położonych w Górach Parnasu Górnych Delf, był wieczór. Ponieważ autokar ze względu na wąskie uliczki nie mógł podjechać pod sam hotel, wzięliśmy bagaże i ostatnie ok. 250 m. przeszliśmy pieszo. Idąc zwróciłam uwagę na panującą czystość i niesamowity spokój. Gdy spojrzałam przez okno zobaczyłam w oddali piękną dolinę. Po zakwaterowaniu wyszliśmy na mały spacer.

To górskie miasteczko położone około 165 km od Aten jest niezwykle urokliwe. Charakteryzuje go brak zgiełku typowego dla metropolii. Idąc przyglądałam się zabudowie i małym sklepikom wypełnionymi typowym towarem przeznaczonym dla turystów: breloczkami, tandetną biżuterią i wyrobami z ceramiki, drewna i skóry. Po krótkim spacerze udaliśmy się z mężem na kolację.

Ponieważ znajdują się one na wysokości 540 m. n.p.m. poranek następnego dnia był rześki i pogodny. Po śniadaniu udaliśmy się do położonego na stoku gór Parnas w południowej Grecji, Sanktuarium Apollina w antycznych Delfach.

Sanktuarium zajmuje dość rozległy teren, na którym znajdują się wspaniałe zabytki m.in., Skarbiec Ateńczyków, jeden z najważniejszych obiektów archeologicznych Europy i świata Świątynia Apollina, słynąca z wyroczni w której przepowiadała kapłanka Pytia, (pisał o niej Homer), rzymski teatr oraz najwyżej położony w starożytności stadion (654 m. n.p.m.) na którym odbywały się Igrzyska Pytyjskie. Największy jest Święty Krąg, z najważniejszą budowlą – Świątynią Apollina. Według mitologii bóg Apollo przybył z Krety pod postacią delfina (stąd nazwa Delfy).

Ruiny mają piękną oprawę i wyjątkową atmosferę, bo znajdują się na zboczu największej góry królującej nad ogromną doliną. Obszar do zwiedzania jest stosunkowo niewielki.

Sanktuarium boga Apollina miało kształt trapezu otoczonego murem w którym było kilka bram wejściowych. Do otoczonej murem Świątyni Apollina (369-329 p.n.e.) wiodła zygzakiem brukowana Święta Droga.

Wzdłuż niej po obu stronach rozmieszczonych było tysiące darów wotywnych, stały rzeźby posągów ze złota, brązu i marmuru, skarbce, sanktuaria Gai, Dionizosa i Posejdona oraz dawne miejsca kultu (skała Sybilli i źródło Kassotis). Dzięki nim miasto stało się zabójczo bogate. O wspaniałości tego miejsca świadczą zapiski w zachowanych dokumentach które informują, że w czasach świetności rzeźb było 500. Gdy Rzymianie opanowali Grecję, początkowo chcieli przywrócić Delfom pierwotne znaczenie. Ponieważ zabrakło w kasie pieniędzy na finansowanie wojen po 100 latach złupili skarbce. Ostateczny cios zadał jej cesarz Neron w 66 r n.e. kazał wywieźć do Rzymu znaczną część dzieł sztuki. Dziś pozostały po nich jedynie fundamenty cokołów.

Do naszych czasów zachował się tylko jeden posąg woźnicy z brązu zachwycającej urody. Ocalał tylko dlatego, że zawalił się strop pomieszczenia w którym stał i w prawie nienaruszonym stanie dotrwał do naszych czasów. Podziwiałam go w tutejszym muzeum archeologicznym.

Aby dotrzeć do Świątyni Apollina trzeba pokonać sporą ilość schodów. Nie było to jednak uciążliwe, ponieważ co chwilę zatrzymywaliśmy się by obejrzeć kolejne artefakty, a dodatkowo jesienna wrześniowa pogoda zapewnia komfort wejścia i zwiedzania.

Zanim doszliśmy do miejsca gdzie Pytia wygłaszała swoje wyroki przeszliśmy przez starożytną Agorę.

Idąc i oglądając zachowane fragmenty byłej świetności, dotarliśmy do kamiennej ławy na której przed wiekami stały posągi. Do dziś na niektórych kamieniach cokołach widać niewyraźne nazwy rzeźb które na nich stały.

Po jej minięciu ukazał się omfalos, czyli kamień, wyznaczający środek ziemi. Wg mitologii greckiej to tu spotkały się dwa orły, wypuszczone w przeciwne strony świata przez Zeusa. Jedna z kopii tego kamienia znajduje się w muzeum w Delfach.

Omfalos znajduje się nieopodal pochodzącego z V lub VI w. p.n.e. niewielkiego budynku zwanego Skarbcem Ateńczyków (było ich około 20). To w nim przechowywano składane bogu przez Ateńczyków dary wotywne (dziękczynne lub związane ze ślubowaniem fundatora): posągi bóstw, figurki zwierząt, kolumny, sfinksy itp. – najczęściej z drogocennych kruszców. Zgodnie z informacją przekazaną przez greckiego geografa Pauzaniasza budowla została wzniesiona jako wyraz dziękczynienia po zwycięstwie nad Persami w bitwie pod Maratonem.

Przypomina swoim kształtem małą grecką świątynię. Został on zrekonstruowany w latach 1904-1906. Przed przyjazdem do Delf bardzo chciałam go zobaczyć bowiem czytałam, że poszczególne bloki skalne dopasowano kierując się pokrywającymi je inskrypcjami. Są to honorowe dekrety ku czci Ateny, wykazy ateńskich ambasadorów przy igrzyskach pytyjskich oraz hymn do Apollina, z podanym nad tekstem zapisem melodii (za pomocą alfabetu greckiego). Kilka lat temu skarbiec ponownie zrekonstruowano, rozbierając i składając go od nowa. Równocześnie zastąpiono korodujące stalowe klamry łączące bloki tytanowymi. Patrząc na niego muszę przyznać, że rekonstrukcja udała się rewelacyjnie. Trudno mi było uwierzyć, że bloki tworzące całość mają ok. 2,5 tys. lat.

Zostawiając skarbiec poszliśmy kilkadziesiąt metrów schodami w górę do Świątyni Apollina, gdzie była wyrocznia. Jej powolny upadek rozpoczął się w II w p.n.e. Powodem były błędne przepowiednie jak i toczące się w tym rejonie wojny. W IV w. ostatecznie wyrocznia przestała funkcjonować. Gdy dotarliśmy do niej to zobaczyliśmy jak niewiele z niej pozostało. Tak jak w całej Grecji pozostałości po dawnych miejscach kulty miejscowa ludność traktowała jako bezpłatne źródło zaopatrzenia. Marmury rozkradano i wykorzystywano do budowy średniowiecznych domów.

Świątynia Apollina w Delfach była ostatnią z tak wielkich (66 m x 26 m) wybudowanych ku jego czci. W sali głównej znajdował się monumentalny złoty posąg boga Apollina oraz położony ok. 1,2 m poniżej posadzki tzw. adyton, czyli święte miejsce dostępne jedynie kapłanom lub osobom wybranym, w którym mieściła się wyrocznia.

Jego podłogę stanowiła pokryta ziemią kamienna płyta z otworami przykrywająca szczelinę w skale. W otworach tych ulokowany był trójnóg, na którym siadywała kapłanka Pytia. Płyta znajduje się obecnie przed świątynią. Dotykając tego niemego świadka historii zrobiliśmy sobie z mężem pamiątkową fotkę.

Od VIII w. p.n.e wyrocznia miała ogromny wpływ na losy całych narodów ówczesnego świata. Przepowiedni wygłaszanych przez kapłanki Pytie słuchali wszyscy wierząc, że przemawia przez nie bóg Apollo. Porad i wskazówek zasięgali u niej nie tylko rządzący greckimi miastami-państwami, ale także królowie Egiptu czy Lidii. Poza trzema miesiącami zimowymi wyrocznia działała każdego siódmego dnia miesiąca.

Nikt, kto po przepowiednie przychodził, nie mógł ich wysłuchać bezpośrednio. Na wieszczki wybierano początkowo młode dziewczyny, z czasem zaś dojrzałe kobiety, ok. 50-letnie pochodzące z szanowanych rodzin.

Nim kapłanka zaczęła przepowiadać pościła kilka dni i brała rytualną kąpiel w wodach Źródła Kastalskiego. Następnie zasiadając na trójnogu w Świątyni Apollina poddawana była halucynogennym oparom wydobywającym się ze szczeliny oraz oparom palonych liści laurowych. Wprowadzając się w narkotyczny stan czasem wpadała w szał.

Ponieważ znajdowała się w głębokim transie, zamiast odpowiedzi na zadawane pytania bredziła, jej wypowiedzi interpretował kapłan. Były one często dwuznacznie i niezbyt precyzyjnie.

Gdy się nie spełniała, tłumaczono, że winę ponosił zadający pytanie, bo niewłaściwie je zadał lub, że źle zrozumiał odpowiedź. Z czasem waga przepowiedni Pytii stała się tak wielka, że żadnych ważnych decyzji nie podejmowano bez konsultacji z wyrocznią. Aby wyrocznia nie dostała się w niepowołane ręce, aż do IV w. p.n.e. była ona ochraniana przez specjalny sojusz greckich miast.

Według starożytnych mitów wszystko zaczęło się od kóz które pasąc się w pobliżu szczeliny znajdującej się stoku Gór Parnas, dziwne się zachowywały. Również pasterze, będący w jej pobliży sprawiali wrażenie opętanych. Niektórzy doświadczali wizji, inni przepowiadali przyszłość. Bywały przypadki wpadnięcia do szczeliny osób znajdujących się pod wpływem wydobywających się z niej oparów.

Szybko uznano, że wydostający się z otworu dym pozwala śmiertelnikom na kontakty z bóstwem. Nad miejscem wzniesiono świątynię, w której służbę powierzono kobiecie mającej stanowić łącznik ludzi z niebianami. Dla bezpieczeństwa, posadzono ją na trójnogu, aby w czasie transu sama nie osunęła się w czeluście szczeliny.

Długo nie potrafiono udowodnić istnienia ani szczeliny, ani oparów. Dopiero w XX dzięki nowym technikom badawczym, potwierdzono istnienie – i to nie jednego, a dwóch uskoków skalnych, krzyżujących się dokładnie pod świątynią. Skały te wytwarzały gazy, które w kontakcie z powietrzem stanowiły mieszankę wywołującą stan euforii, do utraty przytomności włącznie.

Po dawnej świetności pozostały tylko fundamenty i szczątki 6 kolumn, zrekonstruowanych przez XIX-wiecznych archeologów. Ale i tak gdy patrzyłam na nie byłam zachwycona bowiem oczami wyobraźni widziałam ją w jej największym rozkwicie.

Spod Świątyni udaliśmy się z mężem do znajdującego się powyżej niej jednego z najlepiej zachowanych teatrów w Grecji z widownią na 5000 widzów. Podczas igrzysk pytyjskich odbywały się w nim konkursy dramaturgów i poetów. Słynął z rewelacyjnej akustyki. Był także miejscem wielkich zebrań. Obecny kształt to wynik przebudowy dokonanej w czasach rzymskich.

Ze względu na ochronę przed uszkodzeniami nie można wejść na jego teren i zasiąść na widowni.
Po wejściu na górę podziwialiśmy nie tylko wspaniałą architekturę teatru ale i imponujący widok na znajdujące się poniżej zabytki sanktuarium oraz dolinę.

Powyżej teatru znajduje się stadion rzymski, zbudowany na miejscu poprzedniego – greckiego. Jest on niewidoczny z dołu bo nie znajduje się w osi teatru, ponadto oddalony od niej kilkaset metrów.

Ponieważ prowadzi do niego wąska i stroma ścieżka więc ja zrezygnowałam z jego zobaczenia, a poszedł mój mąż z kilkoma osobami z grupy. Gdy wrócił pokazywał mi zrobione tam zdjęcia. Ma podłużny kształt i bieżnię o długości 178  stóp. Jest częściowo wykuty w skale wapiennej. Mógł pomieścić 7 tysięcy widzów.

Po stronie północnej większość siedzisk w 12 rzędach jest oryginalna, przy czym najlepiej zachowały się ławy z oparciami, przeznaczone dla honorowych gości. Po stronie południowej widownia ma tylko 6 rzędów siedzeń, które są w tragicznym stanie. Po zawodach zwycięzca otrzymywał wieniec z wawrzynu i prawo do własnego posągu na terenie sanktuarium. Żałowałam, że z nim nie poszłam bowiem warto zobaczyć tego typu obiekt.

Z sanktuarium Apollina udaliśmy się do Muzeum Archeologicznego uważanego za jedno z najważniejszych w Grecji. Zbudowane w 1903 r. w latach 1950-60 zostało rozbudowane i powiększone. Jest nowoczesne i dobrze zorganizowane. Eksponaty zgromadzone są w 13 salach, w których znajdują się zarówno posągi, wazy jak i przedmioty codziennego użytku wykonane ze złota, srebra, brązu i kości słoniowej.

Przy wejściu stoi omfalos – pokryta rzeźbami hellenistyczna lub rzymska kopia kamienia nad którym spotkały się orły wypuszczone przez Zeusa. Bardzo ciekawy jest fryz przedstawiający sceny z Wojny Trojańskiej i walk bogów z Gigantami.

Przeważają marmurowe posągi z terenu ruin i wykopalisk. Są pięknie i wyjątkowe. Sprawiają wrażenie lekkości. Patrząc na nie widzimy jak starożytni Grecy wyobrażali sobie mitologicznych bogów. Są wyjątkowe ponieważ odnosi się wrażenie, że patrzą bezpośrednio na każdego niezależnie od tego, gdzie się stoi. Zachwycała mnie precyzja wykonania ludzkiej anatomii i wielka dbałość o szczegóły szat.

Wszystkie eksponaty są przepiękne, jednak moją uwagę przykuły dwa ponad dwumetrowej wysokości posągi Kurosów. Są to rzeźby stojących, nagich młodych mężczyzn z falistymi włosami i tajemniczym uśmiechem. Ręce mają opuszczonymi wzdłuż ciała i lewą nogą wysuniętą lekko do przodu. Nie są oni zbyt urodziwi, bo nie mają zachowanych proporcji w odróżnieniu od dzieł klasycznych, ale jeżeli weźmie się pod uwagę wiek powstania (610-580 p.n.e.) robią wrażenie.

Równie ciekawy jest ponad dwumetrowy sfinks Naksyjczyków (570-550 p.n.e.) wotum dla Apollina. Wyrzeźbiony z marmuru ma ciało lwa, skrzydła ptaka, głowę kobiety i łapy z olbrzymimi szponami. Stał na szczycie 9 m jońskiej marmurowej kolumny.

Mąż zatrzymał się przy wykonanych z marmuru trzech postaciach kobiet stojących wokół kolumny i z zainteresowaniem się przyglądał precyzji wykonania rzeźb.

W jednej z sal był naturalnej wielkości wotywny wizerunek byka. Rzeźba wykonana z drewna pokryta była miejscami srebrną a częściowo pozłacaną blachą. Uległa uszkodzeniu, kiedy stoę zniszczył pożar. W szklanej gablocie wystawiono to co z niej pozostało,

W tej sali można było zobaczyć wiele drobnych przedmiotów z kości słoniowej i szlachetnych kruszców oraz twarz rzeźby przed i po rekonstrukcji. Uzyskano rewelacyjny efekt.

Największe wrażenie wywarł na mnie brązowy posąg woźnicy z oczami zrobionymi z onyksu (wyglądają jak prawdziwe). Młody mężczyzna stoi, trzymając lejce w prawej ręce. Ma na sobie długą tunikę, a na głowie opaskę zwycięzcy. Stanowił on część grupy rydwanowej. Wykonany został na pamiątkę zwycięstwa w wyścigu rydwanów podczas igrzysk pytyjskich w 478r. p.n.e. Jest to jedna z najsłynniejszych rzeźb greckich.

Przewodniczka opowiadała nam o metodzie którą zastosowano podczas odlewania tego posąg. Używano gliny, wosku i brązu, dzięki czemu bardzo dokładnie odtworzono postać. Widać nawet rzęsy i brwi posagu.

W jednej z sal zobaczyliśmy fresk na którym wypisane były słowa hymnu „Ku czci Boga Apollo Delfy”

Wychodziłam z muzeum z przekonaniem, że ekspozycja była starannie przemyślana, dobrze rozplanowana, bardzo spójna o wielkich walorach poznawczych i estetycznych. Zgromadzone zbiory są doskonałym uzupełnieniem ruin.

Po wyjściu z muzeum udaliśmy się w dalszą drogę. Przed nami cztery godziny jazdy. Zanim dotarliśmy na nocleg do Kalambace czekała nas jeszcze jedna kąpiel w Morzu Jońskim oraz postój w Termopilach.

Jadąc przez Góry Parnas podziwialiśmy piękne krajobrazy. W górach tych istnieją szlaki narciarskie z których Grecy chętnie korzystają. Mijaliśmy stare gaje oliwne, w których zdarzają się drzewa mające po 200-300 lat. Sady nie mają ogrodzeń ale i bez tego gospodarze wiedzą co do kogo należy. Z jednego drzewa można zebrać 40-60 kg oliwek, uzyskując 10-15 litrów oliwy.

Z uwagą słuchaliśmy słów przewodniczki Agnieszki o zwyczajach religijnych w Grecji. Opowiadała nam jak wyglądają śluby, chrzciny i pogrzeby. Nie będę się jednak o tym szczegółowo rozpisywać. Zwyczaje te różnią się od naszych. Co mnie jednak bardzo poruszyło to Grecki zwyczaj ekshumacji zwłok po pięciu latach od pochówku. Zajmują się tym wyspecjalizowane firmy. Jeśli ciało się nie rozłożyło, to jeszcze raz jest zakopywane na okres 2-3 lat. Społeczeństwo w 98% to prawosławni, a religijność wzrasta z wiekiem.

Najważniejszym świętem jest Wielkanoc. W czasie świąt msza trwa 3 godziny i trzy razy biją dzwony. 15 sierpnia jest Święto Maryjne, a dopiero na trzecim miejscu Boże Narodzenie. Popas to kapłan. Gdy nie jest ambitny i wystarczy mu bycie proboszczem musi się ożenić przed przyjęciem kapłaństwa, bowiem później już nie może. Natomiast gdy chce awansować w hierarchii kościelnej nie może być żonaty.

Chrzciny wyglądają też inaczej niż u nas. Do 40 dnia życia nie pokazuje się niemowlęcia, dopiero potem popas je błogosławi. Gdy dziecko ma pół roku do 1 roku życia organizuje się chrzciny.

Tak to rozmawiając na różne tematy dojechaliśmy po południu do małej miejscowości wypoczynkowej Itea nad Morzem Jońskim. Było mało turystów i wczasowiczów a plaże puste. Można było swobodnie popływać. Gdy weszłam do wody, to nie chciało mi się z niej wyjść bowiem woda była bardzo ciepła, nie było dużych fal i znakomicie się pływało. Po wyjściu z wody odpoczywaliśmy na leżakach pod słomianymi parasolami, bo słońce mocno przypiekało. Spacerując wzdłuż plaży zauważyliśmy przed niektórymi domami małe kapliczki w ogródkach.

Po tym relaksacyjnym wypoczynku zmierzaliśmy już bezpośrednio w kierunku Termopil. Podczas jazdy Agnieszka opowiadała nam o tym historycznym wydarzeniu.

W czasach starożytnych Termopile były wąskim przesmykiem między górami a morzem. W węższych miejscach przejście między morzem a górami nie przekraczało 15 m szerokości. Była to praktycznie przeszkoda nie do pokonania 

Gdy Grecy dowiedzieli się o ogromnej, idącej na nich armii, pospiesznie zwołali w Koryncie radę, na której ustalili, że to właśnie Spartanie poprowadzą wojska do walki. Leonidas razem z Temistoklesem ustalili, że najlepszym miejscem do obrony będzie wąski przesmyk termopilski. Między urwiskiem, a morzem stał stary mur, który Grecy dodatkowo wzmocnili przed bitwą. Nie mogąc zebrać wszystkich sił Leonidas, ruszył ze swoją gwardią liczącą 300 zbrojnych i około 4 tys. hoplitami. Dysponując takimi siłami stanął do walki z ponad 100 tysięczną armią perską.

Zanim Grecy zajęli przesmyk, oficerowie perscy nalegali, aby Kserkses wysłał tam oddziały konnicy, aby je zabezpieczyć i uniemożliwić zajęcie dogodnych pozycji. Pewny zwycięstwa perski król odmówił.

Kserkses widząc, że drogę do Aten zagradza mu tylko kilka tysięcy żołnierzy, zaproponował Leonidasowi tytuł króla całej Grecji, jeśli przejdzie na jego stronę. Leonidas odmawia, a zapytany czy złoży broń odpowiada: „Chodźcie i weźcie!”

Grecy z łatwością odpierali szturmy lekkiej, perskiej piechoty. Rozzłoszczony niepowodzeniami Kserkses wysłał do boju najlepsze oddziały – tzw. Nieśmiertelnych. Niewiele mu to jednak dało, gdyż nawet najbardziej elitarne perskie jednostki nie były w stanie rozbić spartańskiej falangi. Kserkses nie mógł do walki wysłać konnicy, gdyż konnica w wąskim przejściu najeżonym włóczniami nie miałaby najmniejszych szans.

Drugiego dnia Grecy nie ustępowali, a Persowie ponosili coraz większe straty. Do klęski Leonidasa przyczynił się grecki zdrajca – Efialtes z Malis. Za złoto wskazał Kserksesowi tajną ścieżkę przez góry. Gwardia Kserksesa wybiła straże greckie na przejściu i osaczyła Leonidasa.

Trzeciego dnia, gdy do Leonidasa dotarła wiadomość o zdradzie odwołał wojska i wysłał je do Aten, pozostawiając jedynie Spartan. Wiedział, że jest to samobójstwo, ale chciał za wszelką cenę opóźnić marsz Persów na Grecję, aby dać czas na rozgromienie ich na morzu. Wycofał się z niedobitkami na wzgórze, i tam rozpoczął rozpaczliwą obronę. Kserkses ich nie atakował lecz ostrzelał. Grad strzał spadł na obrońców przesmyku zabijając wszystkich.

Perski król, okrutnie obszedł się z zabitym królem bowiem po odnalezieniu ciała zbezcześcił je rozkazując odrąbanie głowy, a następnie tak okaleczone ciało polecił ukrzyżować i spalić. Na temat śmierci zdrajcy – Efialtesa z Malis spotkałam się z dwoma wersjami. Według Herodota przypadkowo zginął z ręki Athenadesa z Trachis, którego później nagrodzili za to Spartanie. Inna mówi, że zabili go Persowie, a następnie wypatroszyli i miejsce po wnętrznościach napełnili złotem. Tak wypchane zwłoki oddali Grekom. Jak było naprawdę, tego nie dowiemy się już nigdy.

Szczątki Leonidasa pochowano w Termopilach, zakrywając ozdobną tablicą, na której wykuto później epitafium autorstwa Symonidesa. brzmiało ono:

Cudzoziemcze, powiedz Lacedemończykom,
że tu spoczywamy, wierni ich prawom

W miejscu gdzie teraz znajduje się postawiony w 1955 roku pomnik Króla Sparty Leonidasa było morze. Widnieje na nim napis „Chodźcie i weźcie” – te słowa wypowiedział Leonidas do Kserksesa, kiedy ten złożył mu propozycję poddania obozu bez walki.

Podoba mi się zarówno układ rozmieszczenia postaci jak i sama postać króla. Na środku na marmurowym jasnym filarze stoi pokryta patyną naga postać z hełmem na głowie, trzymająca w prawej ręce wysoko uniesioną włócznię a w lewej tarczę. Jest to wódz wojsk spartańskich, obrońca Grecji, który w wielkiej bitwie pod Termopilami z garstką żołnierzy świadomie oddał za ojczyznę życie. Niżej po bokach z lewej i prawej strony w pozycji pół leżącej umieszczeni są dwaj marmurowi spartańscy żołnierze. Spędziliśmy w zadumie parę chwil przy tym monumencie i wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Celem naszej podróży było miasto Kalambace położone u stóp klasztorów -Meteorów zawieszonych między niebem i ziemią. W mieście tym oraz w sąsiednim Kastraki zatrzymuje się większość turystów chcących je zwiedzić.
Nasz hotel był położony w centrum miasta z roztaczającym się widokiem na skały na których były położone klasztory-Meteory. Siedząc na balkonie i delektując się greckim piwem podziwialiśmy z mężem przepiękne widoki na pobliskie góry. Wieczorem po pysznej kolacji udaliśmy się na zakupy i spacer po tym urokliwym małym mieście.

Następnego dnia po śniadaniu udamy się na zwiedzanie wiszących klasztorów-Meteora co znaczy „skały zawieszone w powietrzu” uznane za jedną z najwspanialszych atrakcji Grecji będącą na liście 100 cudów świata. A następnie pojedziemy w kierunku Salonik, które będą kolejnym a zarazem ostatnim miejscem w programie naszego zwiedzania.

Foto:Liliana i Zdzisław Borodziuk