Ksiądz dr Wojciech Węgrzyniak: Próbować zrozumieć

//Ksiądz dr Wojciech Węgrzyniak: Próbować zrozumieć

Ksiądz dr Wojciech Węgrzyniak: Próbować zrozumieć

Dyskutowane ostatnio szeroko kazanie ks. Edwarda Stańka można potępić, nazwać bluźnierstwem, połączyć z chorobą lub ze starością. Można jednak próbować je zrozumieć. Nie tylko dlatego, że ks. Adam Boniecki tłumaczył Nergala, albo że papież Franciszek mówił o homoseksualistach: „Kimże ja jestem, aby ich osądzić?”. Można przede wszystkim dlatego, że tu chodzi o człowieka, księdza, profesora, prałata, rektora seminarium, promotora i mistrza wielu studentów, kaznodzieję i rekolekcjonistę, autora wielu czytanych książek i powtarzanych kazań, kierownika duchowego setek Krakowian i kogoś, o kim zawsze się mówiło, że to człowiek, który myśli i żyje na wskroś Ewangelią. Jemu się to po prostu należy. Skąd zatem tak wierzącemu księdzu mogły przyjść na usta tak kontrowersyjne słowa?

Po pierwsze, to sprawa stylu ks. Profesora. Przez 5 lat był moim rektorem w seminarium. Ile razy denerwowałem się na jego słowa, to pamięta tylko mój pamiętnik. Że za ostro, że brak miłości, że się tak nie mówi. Ale czas robił swoje i pokazywał, że to była twarda, ale jednak miłość.

Seminarium – mówił – to nie czas wychowania. To czas samowychowania i czas sprawdzania. Przełożeni są jak młotek. Jeśli kleryk jest szklanką, to pęknie. Lepiej żeby pękł teraz, niż na parafii.

Innym razem prowadzący modlitwy w kaplicy skończył je nie o 7.25 tylko chyba 3 minuty wcześniej. Rektor zabrał głos na śniadaniu: Ten, kto skrócił modlitwę, musi pomnożyć sobie 3 minuty razy ilość kleryków w kaplicy i tyle czasu sam spędzić na modlitwie, bo tyle czasu zabrał Bogu (wyszło ponad 5 godzin).

Jeszcze innym razem chcieliśmy wziąć udział w Seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Zgodził się pod warunkiem, że zdamy 400 pytań z dogmatyki, bo jak kleryk nie będzie mądry, to Duch Święty mu zaszkodzi. To zniechęciło wielu. Ja jednak poszedłem z kolegą prosić o te 400 pytań, bo nam bardzo zależało. Rektor pozwolił pójść bez zdawania żadnych pytań. A potem nawet zgodził się na wyjazd do Wrocławia, gdzie charyzmatycy z całej Polski zebrali się na Polach Marsowych. I jeszcze dał nam pieniądze na drogę. W bezpośrednich kontaktach był ojcem. Na zewnątrz wydawał się sędzią. Ci którzy go znają, nie dziwią się takim słowom jak: „Niewielu mnie rozumie, bo dla bardzo niewielu Kościół jest domem” albo „Nie mam o to do nikogo żalu, bo wiem, że Jezusa też niewielu rozumiało”. Co więcej, powiedzą: „Cały Staniek: Tak, tak, nie nie”.

Po drugie, to człowiek, który czerpie głównie z dwóch źródeł: Pisma Świętego i Ojców Kościoła. I tyle czasu spędza w tym świecie, że często myśli i mówi ich językiem, czasem kompletnie niepodobnym do współczesnego języka. Przypomina w tym trochę Ignacego Rzeckiego z Lalki, człowieka starej daty, który ciągle żyje romantyzmem w czasach coraz bardziej panującego pozytywizmu. Staniek jakby zatrzymał się w Kościele Pierwszych Wieków, widząc w nim ideał Kościoła.

I co on czyta o niewierzących i pomaganiu? Czyta, że w Nowym Testamencie chodzi przede wszystkim o głoszenie Chrystusa a nie o pomaganie biednym. Że chrześcijanie zawsze pomagali ubogim, ale przede wszystkim swoim. Że nie można było dawać chleb temu, kto nie chciał pracować (tak św. Paweł). I że jałmużna powinna się spocić w rękach dającego, dopóki nie pozna, komu ją daje (tak Didache). Czyta o tym, że nie można się sprzęgać z niewierzącymi do jednego jarzma (2 Kor 6,14), potem o arcana fidei, katechumenacie, i tym wszystkim, co mówi, że trzeba bardzo pilnować się przed tymi, którzy mogą odciągnąć nas od skarbu wiary. Czyta też komentarze Ojców o „byłem przybyszem, a przyjęliście mnie.”. Dla wielu Ojców Kościoła, jak i dla całej egzegezy aż do XVIII w., a także dla niektórych współczesnych biblistów „jeden z braci moich najmniejszych” w Ewangelii Mateusza to nie poganin, ale to chrześcijanin („odbiorcy Ewangelii, słysząc bracia najmniejsi, myśleli zapewne o członkach wspólnoty”, A. Paciorek, Ewangelia wg św. Mateusza I/2, Częstochowa 2008, s. 516). Mt 25,31-46 to sąd nad poganami. Sądzi ich Jezus. Chrześcijanie będą sądzeni na podstawie wiary w Jezusa, poganie na podstawie ich stosunku do chrześcijan. To kalka koncepcji żydowskiej. Żydzi będą zbawieni, bo są narodem wybranym. Poganie też, o ile dobrze będą traktować Żydów. Jeśli Mateusz pisał głównie do chrześcijan pochodzenia żydowskiego, wiedział, o co chodzi. W tej perspektywie, biorąc jeszcze pod uwagę historię Europy, ks. Staniek widzi zaproszenie muzułman do parafii jako sprzeczne z Ewangelią i tradycją Kościoła. A przecież nie odmawia im pomocy: „Miłosierdzie możemy okazać tym wyznawcom islamu, którzy umierają z głodu lub pragnienia. Drzwi diecezji i parafii mogą być otwarte tylko dla wierzących w Jezusa”.

Podobnie z Eucharystią. Czyta o tym, że kto niegodnie spożywa Ciało Pańskie, śmierć sobie spożywa (św. Paweł), o tym, że kto święty niech przystąpi, a kto nim nie jest niech czyni pokutę (Didache). Jako patrolog zna dobrze praktykę pokutną starożytnego Kościoła i nie może się zgodzić na to, że cudzołóstwo, za które pokutowało się kiedyś parę lat, dziś zaczyna nie być przeszkodą do Komunii. Będąc jeszcze starszym księdzem, widzi na własne oczy jak spada szacunek do Eucharystii. Dawniej ludzie widzieli w niej taką świętość, że nawet po zjedzeniu mięsa w piątek, nie przyjmowali Komunii a księża nie odprawiali trzech koncelebr w niedzielę, tylko dlatego, że ktoś chciał dać na Mszę. Dla takiego człowieka komunia dla rozwodników to zamach na świętość a świętość dla niego zawsze była ważniejsza niż człowiek. Bo jak się Boga zdewaluuje, to człowiek i tak nie zyska na wartości.

Po trzecie, ks. Staniek jest zwolennikiem zasady, która przez wieki obowiązywała w Kościele. Przełożony ma prawo wymagać tego, co chce, ale jednocześnie ma obowiązek wysłuchać tego, co myślą o tym podwładni. Podwładni mają prawo powiedzieć, co myślą o nakazie przełożonego, ale mają obowiązek zrobić to, co przełożony nakazuje. Oczywiście, o ile nakaz nie wzywa do grzechu. I tu jest problem, bo od pewnego czasu zaczęły panoszyć się dwa błędy. Jeden ze strony przełożonych. Nie można im mówić negatywnie o ich decyzjach, bo samo mówienie traktowane jest jako nieposłuszeństwo. Drugi błąd jest po stronie podwładnych. Uważają oni, że jak nie zgadzają się z przełożonym, to tego nie będą robić. Brakuje w Kościele całkiem szczerej rozmowy. I ks. Staniek nie powiedział nic nowego. Powiedział to, co czym myślą miliony katolików i nie tylko w Polsce. I byłoby pięknie gdybyśmy się nie obrażali, że ten czy ta myślą tak czy tak, ale zdawali księżom, biskupom i Ojcu Świętemu sprawę taka jaka jest, a nie taka jaką chciałby, żeby była. Jeśli kard. Kasper mówi, że wierni nie mają problemów z rozumieniem Amoris Laetitia, to byłoby uczciwe, gdyby ktoś inny z biskupów powiedział, że wierni mają problem z Amoris Laetitia. Co z tym zrobi Ojciec Święty, to jest jego sumienie. Ale obowiązkiem pasterzy jest mówić, gdzie znajdują się owce. Jeśli w domu rodzice chcą adoptować dziecko, ale jedno z ich dzieci nie chce takiej adopcji, to czy ma obowiązek powiedzieć o tym czy jednak siedzieć cicho i mieć nadzieję, że pokocha braciszka? A jeśli nie pokocha, jeśli swoją złość i niedojrzałość wyleje na adoptowane dziecko, kto wtedy weźmie odpowiedzialność za decyzję rodziców?

Od lat jestem pod wrażeniem, jak Bóg nie boi się szczerości. Gdy Jeremiasz powie: „Przeklęty dzień, w którym się urodziłem” (Jr 20,14), Bóg nie mówi: „Proszę tak nie pisać. Życie jest błogosławieństwem od poczęcia aż do naturalnej śmierci”. Gdy Hiob powie o sobie, że lepiej, żeby umarł jak płód poroniony (por. Hb 3), Bóg nie mówi: „To kłamstwo. Każde życie jest darem”. Gdy psalmista wyrzuci Bogu, że chociaż ludzie byli Mu wierni, On zaspał i nie pomógł (Ps 44), to Bóg nie usuwa takiego psalmu, bojąc się, że ludzie stracą wiarę w Boga. Mało znam ludzi, którzy kochają tak Kościół jak ks. Staniek i którym tak mało zależy na sławie, układach i poklasku. Którzy nie boją się być dorosłymi synami w domu Ojca, chociaż wielu wolałoby, żeby zostali niewolnikami.

Jeszcze została sprawa modlitwy o śmierć: „Modlę się o mądrość dla papieża, o jego serce otwarte na działanie Ducha Świętego, a jeśli tego nie uczyni – modlę się o szybkie jego odejście do Domu Ojca. O szczęśliwą śmierć dla niego mogę zawsze prosić Boga, bo szczęśliwa śmierć to wielka łaska.”. Ponad milion księży i sióstr kończy każdy dzień słowami: „Noc spokojną i śmierć szczęśliwą niech da nam Bóg Wszechmogący”. Nie mówimy „mi”, ale „nam”, bo modlimy się o szczęśliwą śmierć nie tylko dla mnie, ale i dla wszystkich. Ważniejsze jednak w kazaniu jest słowo „jeśli”. Ja to rozumiem najprościej. Ks. Profesor modli się o to, żeby papież słuchał Ducha Świętego, a jeśli miałby nie słuchać, to lepiej, żeby umarł. Grubo. Ale znowu przypominają się słowa Jezusa wypowiedziane do Piotra: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku” (Mt 16,23) albo te o Judaszu: „Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził” (Mk 14,21), albo te: „Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza” (Mt 18,6). Jezus nie modli się o śmierć gorszyciela. Życzy mu, żeby go inni zabili. Bo kto wie, jakim dramatem jest grzech, nie będzie mówił, że śmierć jest największą tragedią. Przecież nie tylko księża modlą się w Liturgii Godzin: „Każdego dnia będę tępił wszystkich grzeszników ziemi, wypędzę z miasta Pańskiego wszelkich złoczyńców.” (Jutrznia, IV tydzień).

Próbuję zrozumieć ks. Prałata. Tak jak próbuję zrozumieć Jezusa, gdy mówi: „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16,16). Tak jak próbuję zrozumieć papieża Franciszka, gdy mówi o komunizmie (choćby w „Otwieranie drzwi”). Nie mówię, że rozumiem. Nie mówię, że się zgadzam. Nie mówię, że nie boli. Ale zastanawiam się, czy gdyby ks. prał. Edward Staniek wyznał, że stracił wiarę w Jezusa, byłby tak samo atakowany, jak za to, że wydaje się nie wierzyć Ojcu Świętemu. Zastanawiam się, czy ci co znają stosunek Lutra do papieża i świętowali 500-lecie reformacji a teraz burzą się tym, który kocha papieża miłością bardziej ewangeliczną niż protestancką, widzą swój brak logiki. Zastanawiam się też, dlaczego ks. Staniek nie próbuje bardziej zrozumieć Papieża.

Nie wiem. Wiem, a raczej pragnę, żeby przyszedł czas w Kościele na próbę wzajemnego zrozumienia, żeby przyszedł czas na całkowitą szczerość i całkowite posłuszeństwo. Czas na mówienie, że nieposłuszeństwo jest grzechem, tak jak grzechem jest brak szczerości. Bo pasterze Kościoła będą odpowiadać przed Bogiem nie tylko za to, czy posłuchali Ojca Świętego, ale również za to, czy powiedzieli mu szczerze o tym, co myślą powierzeni im ludzie.

Autor: Ks. Wojciech Węgrzyniak
Pochodzę z Podhala a dokładnie z Mizernej. Jestem księdzem od 6 czerwca 1998 roku. Przez pierwsze trzy lata kapłaństwa byłem wikariuszem w Krakowie na os. Ruczaj. Pięć kolejnych lat spędziłem na studiach w Rzymie, trzy następne w Jerozolimie. W wakacje przebywałem na zastępstwach, uczyłem się języków obcych i poznawałem Kościół także w Anglii, Niemczech, Francji, USA, Irlandii. Od października 2009 roku pracuję na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Moja specjalność to nauki biblijne a dokładniej Stary Testament. Mieszkam przy Kolegiacie św. Anny w Krakowie, starając się pomagać również w duszpasterstwie.

By |2018-03-21T00:14:34+00:00Marzec 21st, 2018|Felietony|Możliwość komentowania Ksiądz dr Wojciech Węgrzyniak: Próbować zrozumieć została wyłączona

About the Author:

Redakcja
Niezależny portal obywatelski. Łączymy ludzi, dla których pisanie jest pasją. Poruszamy tematy, które dla innych mediów są zbyt trudne.
Google+