Staram się nie za dużo pisać na fb o polskiej polityce, a jeśli, to tylko to co mogę naświetlić nieco głębiej i obszerniej, bo tu w moim, własnym, dużym, internetowym salonie mam wielu różnych znajomych, takze i takich, którzy się ze mną wcale a wcale nie zgadzają, a mnie nie zależy na awanturach.  Jak mnie poinformował portal Zuckerberga 43 z moich znajomych należy do KOD, a przynajmniej zaznaczyło „like” na stronie KOD. Nawalankę zostawiam raczej na bardziej „rewolwerowego” TT.

Ale tym razem coś Wam napiszę: otoż moj mąż Jarosław zrelacjonował mi właśnie, jak to w wtorek (19.12.2017r.), na tradycyjnym, corocznym śledziku u wieloletnich przyjaciół (jeszcze z NZS) został napadnięty i zglanowany przez wielbicieli KOD. Jest w dyskusji bardzo groźnym zawodnikiem, ale było 4 na jednego… „Słuchaj to jest nieprawdopodobne co się działo, jeden gość to mowił wprost leadami z GW, z ostatnich 3 miesięcy… Poziom agresji na koniec zrobił się taki, że chwilami naprawdę było bardzo nieprzyjemnie”.  Najbardziej Jarkowi doskwierała niemożność przekazania najprostszych, bezdyskusyjnie prawdziwych faktów.

W pewnym momencie, dyskusja rytualnie bowiem zboczyła na, jak powszechnie wiadomo, „wątpliwą” opozycyjną przeszłośc Kaczyńskiego. „Przecież nie siedział”. No ale jak by tego nie wykręcać, Jaroslaw Kaczyński po prostu BYŁ w opozycji demokratycznej i to jeszcze w latach 70, kiedy ta opozycja to było może 500 – 600 ludzi w całym kraju. I kiedy to naprawdę wymagało nonkonformizmu i odwagi. W Warszawie była pewnie połowa z tego, w różnych miastach po kilkadziesiat osób, czasem jedna lub dwie, trzy osoby…Razem z co bardziej aktywnymi sympatykami może to było kilka tysięcy ludzi… Jak mi to obrazowo kiedyś przedstawił jeden z białostockich działaczy opozycji – jeszcze w latach 80, już po Solidarności, całą opozycję w Bialymstoku można by zmieścić w jednym, miejskim autobusie, a i to nie byłby bardzo zatłoczony…

Obecny na spotkaniu Stefan Kawalec, współpracownik KOR i SKS, potem finansista, którego trudno podejrzewać o pisowskie sympatie, opowiedział nawet uczciwie, jak to w końcówce lat 70 w kilkanaście osób z Biura Interwencji, wśrod ktorych był i Jarek Kaczyński ulotkowali w Grudziądzu, w obronie tamtejszego prześladowanego, samotnego działacza – Edmunda Zadrożyńskiego. Łapała ich milicja. Jednych zatrzymano, inni uciekli… W Białymstoku gdzie wykładał, w 80 roku Kaczynskiego umieszczono na pierwszej sporządzonej tam liście do internowania, co można sprawdzić w białostockim archiwum…

„Ale wiesz, oni nie słuchali, to było nieprawdopodobne, puszczali, cokolwiek by się nie mówiło, jakoś tak mimo uszu… i dalej swoje…”

Przyjaciele o których mowa, to ludzie, których znam od 30 lat, zasadniczo – „środowisko sukcesu”. Zadowolone z siebie mieszczaństwo, a nawet więcej niż mieszczaństwo, bo jest w towarzystwie kilku naprawdę bardzo zamożnych przedsiebiorców. Eleganckie domy, czasem niejeden, ile zechcą podróży, świetne samochody, kasa… Czesto to nawet bardzo sympatyczni ludzie, tylko kompletnie brak im realnej świadomości, że wokół żyją tacy, którym nie starcza do pierwszego. Że dla nich problem, iż trudno się dostać do specjalisty przez NFZ – jest problemem, bo ich nie stać na prywatnego lekarza, a w każdym razie to poważny finansowy wysiłek, zaś zielona szkoła to dla nich wydatek. Gdy dostawałam kolejne Niezwykle Eleganckie zaproszenie na Niezwykle Elegancki ślub z jakimiś w dodatku arystokratycznymi „ą” i „ę”, to przyznam się, że zżymałam się trochę w duchu, bo mnie ten snobizm drażnił. Na jednym ślubie byłam jedyną chyba „panią bez kapelusza”. Na drugi już nie pojechałam. Drażnił mnie snobizm, ale drażnił też ten ich szczęśliwy Olimp, na którym przebywali, wraz ze znajomymi. Na jednym z ostatnich spotkań pewna dama głównie zamęczała mnie wrażeniami z podróży na Ukrainę (jako że mnie wypada zapytać o Ukraine, a takze z protekcjonalnym uśmiechem zagadnąć, : „no i co tam u tego Łukaszenki?” (wiadomo o czymś trzeba rozmawiać z taką nietypową kolezanką, nieszkodliwą, nieco ekscentryczną hobbystka..). No i wyobraźcie sobie, że na Ukrainie, a zwłaszcza zachodniej, dzicy tubylcy nie dbają o toalety. Ano nie dbają. Pani ta poza tym świetnie umie liczyć, jest w kwestii pieniędzy bardzo przytomna i nawet jakoś sympatyczna. Wzięłabym ją od jutra na doradcę przy inwestycjach. Pani domu, która kiedyś razem ze mną jeżdzila do obozu internowania w Białołęce, jest profesorką uniwersytetu. Zajmuje się czymś z pogranicza nauk społecznych i filozofii i wyrzuca swojemu biznesowemu mężowi, że jest przyziemny, nie dba o sprawy ducha i nie udziela się społecznie. W efekcie co prawda z tych wyrzutów nic specjalnego nie wynika i ani ona ani maż nie wykonali przez ostatnie lata społecznie niczego szczególnego, ani też nie udzielili części swojej kasy na jakikolwiek społeczny cel, jeśli nie liczyć spożywanych ze znajomymi corocznych śledzików. Oczywiście nie o wszystkim muszę wiedzieć, może coś dają co roku na jakieś dzieci w Afryce, co jest wystarczająco Eleganckie, ale na działania związane z tubylcami od brudnych toalet, to chyba nie, bo by mi powiedzieli.

I tak sobie teraz pomyślałam sluchając relacji, że to z KODem ma jednak jakiś taki szczególny podkład „klasowy”. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszyscy tam sa zamożnym mieszczaństwem, nie… ale jednak wszyscy protestują przeciw odebraniu im jeśli nie możliwości albo przywilejów, to choć niezbywalnego, przynależacego im prawa do czucia się lepszymi. No bo byli solą ziemi, byli LEPSI, pod każdym względem. wykształceniem, statusem, zamożnością… i tuż obok innych LEPSZYCH którzy rzadzili w naszym kraju. A teraz? Teraz nie wiadomo co będzie.

Taki biedniutko odziany Gwiazda z Gwiazdową w znoszonych pantofelkach, ktore widać ze ostatnie 15 lat służą „do elegancji”, oszołomy jedne, w sali w KPRM uczestniczą w otwieraniu sali imienia Anny Walentynowicz…

Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.