Dawno, dawno temu, gdzieś tak w epoce „środkowego Gierka” Szymon Kobyliński opublikował na łamach „polityki” taki mniej więcej obrazek: duży pan, pewnie jakiś dyrektor, mówi do kulącego się ze strachu człowieczka: – ależ oczywiście możecie mieć różne poglądy. Byle tylko były zgodne z moimi!

Współczesna pomarcowa lewica, nazywająca samą siebie liberalnymi demokratami, coraz wyraźniej przegrywa debatę publiczną. I nie chodzi już tylko o Polskę, w której od kilku co najmniej lat „gazeta wyborcza”/tvn stanowi symbol obciachu, będąc autorytetem jedynie dla popłuczyn po Palikocie.

Podobnie dzieje się na Węgrzech, Słowacji, w Niemczech.

Lewicowe media posiadające jeszcze niedawno „rząd dusz” tracą swój wpływ w zastraszającym tempie.

Ale jak powiedział ongiś socjalista Gomułka „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”.

Skoro nie daje się zwyciężyć w normalny sposób lewica wytworzyła nową broń, mającą spacyfikować przeciwników ideologicznych.

Po „politycznej poprawności”, która w Polsce przynajmniej trafiła do kabaretów, a nie do świadomości nawet ultralewicowej mają nowy oręż. To szczególnie słynna po gdańskim zamachu „mowa nienawiści”.

Rada Europy zdefiniowała ją jako „każdą formę wypowiedzi, która rozpowszechnia, podżega, propaguje lub usprawiedliwia nienawiść rasową, ksenofobię, antysemityzm lub inne formy nienawiści oparte na nietolerancji, włączając w to nietolerancję wyrażaną w formie agresywnego nacjonalizmu lub etnocentryzmu, dyskryminacji lub wrogości wobec mniejszości, migrantów lub osób wywodzących się ze społeczności imigrantów” (Załącznik do rekomendacji Komitetu Ministrów Rady Europy nr R (97) 20, przyjętej 30 października 1997 r.).

Idąc za powyższą definicją można by śmiało zaryzykować twierdzenie, że obrońca oskarżonego o spalenie kukły Żyda (podaję za aktem oskarżenia, nie zaś za stanem faktycznym) sam dopuszcza się „mowy nienawiści”, albowiem próbuje ten bezprzykładny akt nienawiści usprawiedliwić.

Ergo – oskarżeni o antysemityzm, ksenofobię lub inne formy nietolerancji etc. nie mogą mieć obrońców.

Ba, a sędzia, który uniewinni oskarżonego? Czy tylko złagodzi karę, dostrzegając okoliczności łagodzące?

Prosty wniosek, jaki wprowadza definicja Rady Europy jest więc następujący – oskarżeni o antysemityzm, nietolerancję, ksenofobię, nienawiść rasową itp. powinni być karani na miejscu. Bez sądu. I bez prawa do obrony.

Mniej więcej tak skazywano ludzi za Stalina, co najwyraźniej dla pomarcowej lewicy nadal jest wzorem postępowania wobec tych, którzy mają inne zdanie.

Bo pojęcie „mowy nienawiści” w ujęciu lewicowym cechuje nieograniczona ilość desygnatów.

Prócz wspomnianej wyżej spalonej kukły pod to pojęcie podciąga się również pytania, kierowane do Jurka Owsiaka dotyczące rozliczenia prowadzonej przez niego „Orkiestry”. Mimo wyroków sądów uznających jego racje nadal Wielgucki określany jest jako hejter.

Tak samo próbuje się społeczeństwu wdrukować nieprawdziwy obraz dobrotliwego Ojca Miasta, zmarłego tragicznie Pawła Adamowicza, który miał stać się ofiarą „prawicowego hejtu”. Tymczasem zarzuty były konkretne do tego stopnia, że nawet Katarzyna Lubnauer nazwała Adamowicza politykiem skompromitowanym.

Doprawdy mało brakuje, by na widok pani z Urzędu Skarbowego chcącej przeprowadzić kontrolę w firmie jej właściciel zakrzyknął: wynocha, hejterko! Jak śmiesz stosować wobec mnie mowę nienawiści pytając o rozliczenie pieniędzy, jakie zarobiłem! Wynocha, pisówko wredna!

Oczywiście taka wypowiedź może mieć miejsce jedynie wtedy, gdy właściciel będzie reprezentował jedyną-słuszną-ideologię-lewicową.

Lewica, i to nie doły kopiące w policyjne barierki na demonstracja „obywatelskich”, ale znajdujący się wyżej w hierarchii, próbują podciągnąć pod zakres pojęcia „mowy nienawiści” nawet krytykę, wywołaną niechęcią do ich postaw.

Tymczasem trzeba to sobie wreszcie powiedzieć – zgodnie z art. 54 Konstytucji w RP istnieje wolność słowa, która pozwala mi na głoszenie poglądów.

Jak wskazuje Trybunał strasburski, uczestnicy debaty publicznej mogą pozwolić sobie na pewien stopień nieumiarkowania. Dotyczy to również wypowiedzi, które obrażają, szokują lub oburzają, posługując się nierzadko bardzo wyrazistymi, czy nawet przesadzonymi i mało eleganckimi środkami ekspresji. Wprawdzie, jak zastrzega się w orzecznictwie strasburskim, nie jest dopuszczalne przekraczanie granic wynikających z konieczności respektowania dobrego imienia oraz innych praw osób trzecich, jednakże pewien stopień przesady, czy prowokacji zawarty w wypowiedziach publicznych jest dopuszczalny. W szczególności w zakresie sporu ściśle politycznego, prowadzonego zwłaszcza w ramach kampanii wyborczej, polityczna inwektywa dotyka często sfery osobistej – jest to ryzyko związane z uprawianiem polityki i swobodną wymianą idei stanowiącą gwarancję społeczeństwa demokratycznego (wyr. z: 28.9.2000 r. w spr. Lopes Gomes da Silva przeciwko Portugalii, skarga Nr 37698/97, § 34; 17.7.2007 r. w spr. Sanocki przeciwko Polsce, skarga Nr 28949/03, § 64; 14.10.2010 r. w spr. Andruszko przeciwko Rosji, skarga Nr 4260/04, § 48, wyr. dostępne w bazie HUDOC). Mając na względzie kontekst ocenianych wypowiedzi, zwłaszcza fakt, że stanowią one przeważnie reakcję na wcześniejsze publiczne wystąpienia oponentów, Trybunał strasburski w konkretnych stanach faktycznych uznał za dopuszczalne posłużenie się w dyskursie publicznym takim epitetami, jak „idiota”, „nazista”, „kłamca”, „bolszewickie dziennikarstwo”, czy „bufon i groteskowa figura” [zob. L. Garlicki, w: L. Garlicki (red.), Konwencja, t. 1, s. 644 i przywołane tam orzecznictwo]. Z kolei w wyr. z 21.1.1999 r. w spr. Janowski przeciwko Polsce (skarga Nr 25716/94, HUDOC).

(Konstytucja. Komentarz, red, Safjan, Garlicki).

Innymi słowy niechęć wywołana czyjąś postawą nie może być zakazywana.

Jeśli nie podobają mi się agresywne wystąpienia osób LGBTQ podczas tzw. marszów równości (np. rzucanie zużytych prezerwatyw w tłum czy publiczne symulowanie stosunków analnych) mam prawo o tym pisać.

Mam moralny obowiązek piętnować takie zachowania, bowiem wkraczają one w sferę mojej wolności.

Ale w tym momencie po lewej stronie rozlega się wrzask:  HEJT STOP!

Bowiem wg lewicy to nie ja bronię mojej wolności, tylko wykazując dezaprobatę dla homopornografii i zwyczajnego zdziczenia staję się homofobem.

Hejtem jest więc wszystko, co z powodów ideologicznych nie pasuje lewicy.

Hejtujący lewicowcy nie są hejterami. Są co najwyżej ofiarami prowokacji prawicy. 😉

Do jakich absurdów prowadzi takie rozumowanie świadczą m.in. wpisy na facebooku.

Działający w lokalnym samorządzie grafoman z Raszyna niejaki Grzegorz Sękler (kandydował w ostatnich wyborach samorządowych w ramach PO-KO) uważa, że nazywanie swojego interlokutora homoseksualistą to obelga.

Ciekawe, ze jego poglądy podziela aktywista „ubywatelski”, znany również z wystąpień na mityngach KOD niejaki Jacek Wiśniewski.

Antygeje z KOD zarzucający prawicy hejt na środowisko LGBTQ to doprawdy ubaw.

Na dodatek Wiśniewski z całą powagą paraduje a to za Rzeplińskim, a to z Frasyniukiem. Ba, publikuje zdjęcie obok „tryzuba demokracji”.

.

.

Ciekawe, czy były prezes TK również uważa, ze nazwanie kogoś gejem to obelga?

.

.

Swoją drogą ucieszne jest, że ludzie będący zoologicznymi homofobami wymyślili sobie sojusz z Biedroniem.

Najwyraźniej logika kończy się na środku pokoju. Pod lewą ścianą jej brakuje.

Wróćmy jednak do „mowy nienawiści”.

Nie tak dawno, bo w październiku 2013 roku pierwsza Rzecznik Praw Obywatelskich prof. Ewa Łętowska zauważyła:

wszędzie, gdzie chodzi o delikty słowa, nadmierna restryktywność wywołuje tzw. efekt mrożący – skłania do milczenia „na zapas” i to nawet wtedy, gdy to milczenie bynajmniej nie jest pożądane. Bo osłabia i hamuje debatę w sprawach publicznych, bez której nie ma demokratycznego społeczeństwa. „Spokój cmentarzyska” (to Schiller i jego Don Carlos) można wszak osiągnąć nie tylko dzięki cenzurze, ale i przez dobrowolną autocenzurę. Im bardziej oportunistyczne społeczeństwo, im mniej pewni siebie i swego métier słudzy sprawiedliwości, im słabiej wychodzi im uzasadnianie (na piśmie!) własnego poglądu (a to – niestety – cechy powszechnie u nas spotykane), tym o ten efekt mrożący łatwiej.

https://web.archive.org/web/20160416165115/http://www.obserwatorkonstytucyjny.pl/debaty/zwodnicze-uroki-pokusy-karania-hate-speech/3/

Powstaje pytanie, które osobiście uważam za retoryczne, czy przypadkiem właśnie nie o to chodzi?

O uzyskanie „efektu mrożącego”, hamującego jakąkolwiek niepożądaną z punktu widzenia pomarcowej lewicy krytykę.

Skoro pojęcie „mowa nienawiści” jest nieostre, a mimo to używanie jej jest zagrożone sankcją, to zasięg rażenia jest o wiele większy.

Tymczasem, jak pisał Michał Królikowski:

.

Z zasady nullum crimen sine lege i gwarancyjnej funkcji prawa karnego wynika m.in. nakaz ścisłej interpretacji przepisów karnych (nullum crimen sine lege certa). Z nakazu tego należy wywieść swoistą zasadę szczególnego stosowania wszystkich rodzajów i reguł wykładni przepisu karnego, tj. nakazu wykładni zawężającej. Wynikający z niego zakaz rozszerzającej wykładni jest tutaj bezwzględny w odniesieniu do każdej wykładni przepisu karnego, a więc ściśle określa zakres ich stosowania. Żadna z metod wykładni nie może być stosowana w sposób prowadzący do rozszerzającego wyznaczenia zakresu zastosowania norm w nim zawartych (z czego wynika m.in. zakaz stosowania w wykładni przepisu karnego reguły logicznej per analogiam ).

.

Ale „mowa nienawiści” jest pojęciem zawierającym nieznaną bliżej ilość desygnatów. Jak szczególnie ostro widać po 13 stycznia 2019 r. istnieje silna tendencja do przypisywana jej najrozmaitszym niewygodnym wypowiedziom.

Tymczasem polskie prawo karne, nb. uznawane w Unii za nadmiernie sankcyjne (tak, tak, proszę państwa, polskie prawo karne należy do jednych z najostrzejszych na świecie) wylicza dosyć dokładnie sytuacje, w których to „mowa nienawiści” podlega karze.

Po kolei jest to:

  1. pochwała wojny napastniczej (art. 117 § 3 kk);

  2. znieważenie narodu (art. 133);

  3. znieważenie Prezydenta RP (art. 135 § 2 kk);

  4. znieważenie polskiej lub obcej fagi (art. 137 kk);

  5. stalking (art. 190a kk);

  6. obraza uczuć religijnych (art. 196 kk);

  7. pochwała pedofilii (art. 200 lit. b kk);

  8. rozpowszechnianie pornografii (art. 202 kk);

  9. pomówienie (art. 212 kk);

  10. zniewaga (art. 216 kk);

  11. propagowania totalitarnego ustroju państwa i nawoływania do nienawiści na tle narodowościowym, etnicznym, rasowym, wyznaniowym (art. 256 kk);

  12. znieważenie grupy lub osoby (art. 257 kk);

  13. zaprzeczanie wbrew faktom zbrodniom komunistycznym lub nazistowskim (art. 55 ustawy o IPN).

.

Poza tym można żądać odszkodowania za naruszone dobra osobiste na podstawie przepisów kodeksu cywilnego (art. 23 i 24 kc).

Problemem pomarcowej lewicy najwyraźniej jest to, że wszystkie powyższe przepisy (z wyjątkiem cywilnych) dookreślają zakres penalizacji.

Obywatel zatem wie, lub może się dowiedzieć, co mu wolno.

Wprowadzenie nieostrego pojęcia „mowa nienawiści” spowoduje, że każdorazowo zakres pojęciowy będzie ustalany przez interpretatora.

Nim zazwyczaj będzie miejscowy prokurator, na dodatek zastraszony publikacjami „POstępowych” mediów, gazety z Czerskiej nie wyłączając.

Efekt mrożący murowany.

Wystarczy kilku lewicowych desperatów (np. w typie skazanego Rafała Gawła), by po kilku miesiącach zaczęto z rozrzewnieniem wspominać czasy znanej z PRL cenzury prewencyjnej.

.

A na razie pamiętajmy tylko, że świat wolny od hejtu wg lewicy pomarcowej to taki, w którym nie wolno pytać Jurka Owsiaka o to, jak wydaje nasze pieniądze (bo od nas je otrzymał), gdyż jest to hejt, ale za to w ramach wolności artystycznej można plugawić symbole chrześcijańskie i urządzać zbiórkę na odstrzelenie Jarosława Kaczyńskiego („Klątwa”).

Jak to zgrabnie ujął jeden „liberał”, czerwony kat rewolucyjnej Francji – nie ma wolności dla wrogów wolności.

Z tym, że wolność zdaniem liberałów jest tylko po lewej stronie.

17.01 2019