Nasza akcja zaczęła nabierać tempa. Kilka dni po założeniu projektu dostaliśmy pierwszą prośbę o pomoc. Udało się, jedna z mieszkanek Siemianowic śląskich zdołała rozwiązać swój problem. Następny dzień to już nie prośby a wołanie o pomoc. Okazało się bowiem, że mieszkańcy mają jeden wielki kłopot. Większość z piszących do nas opisywała swój problem w sposób dość wstydliwy, nie chcąc początkowo ujawniać szczegółów. Pierwsze spotkanie odkryło jednak wszystkie karty. Puenta? Szok i niedowierzanie. Tylko te słowa mogą opisywać stan mieszkań, które dostali mieszkańcy Siemianowic, jako mieszkania  „socjalne”. Żeby zgłębić się w ten kłopot trzeba jednak trochę się cofnąć.

Osoba, która zwróciła się do nas o pomoc, nie chciała abyśmy używali jej imienia oraz imienia dzieci, także celowo je zmieniliśmy. Załóżmy, że nazywa się Anna. Zatem. Pani Anna jest samotną matką z dwójką dzieci. Nasza bohaterka prosiła o mieszkanie socjalne, ponieważ straciła męża i nie było jej stać na utrzymanie wcześniejszego lokum. Ze względu na kłopoty finansowe miasto zgodziło się na pomoc, głównie ze względu na chorą córkę (cukrzyca typu 1). Początkowo mieszkanie miało znaleźć się na nowym świecie (jedna z najgorszych dzielnic w mieście, służąca głównie do rozdawania pustostanów). Pani z chorym dzieckiem dowiadując się o tym, że ubikacja będzie na zewnątrz załamała ręce. Chora córka nie byłaby w stanie normalnie funkcjonować w takich warunkach. Miasto zgodziło się zmienić lokalizację (głównie ze względu na uporczywość naszej bohaterki oraz pomoc mediów). Dostała swoje wymarzone lokum w samym centrum Siemianowic. Dokładnie na ulicy Świerczewskiego. Miało być pięknie. Miał być remont – remont był. Odmalowano ściany, położono podłogi, zrobiono łazienkę. Wymieniono okna, można by rzec, że wszystko było tak jak powinno. W tym wszystkim jest jednak jedno wielkie „ale”. Mieszkanie znajduje się w takim miejscu, że w jednej z krytycznych chwil nawet pogotowie nie potrafiło znaleźć numeru bloku. Nad tym problem miasto pochyliło się połowicznie, oznaczając wcześniejszy blok strzałką prowadzącą do właściwego numeru. Problem rozwiązano tylko chwilowo. Jako, że nasza bohaterka mieszkanie odbierała w lato, zarzekała się, że nic złego w nim nie może się stać. Sąsiedzi co prawda ostrzegali, że nawet poprzedni lokator miał problemy z grzybem i wilgocią. Pani uporczywie twierdziła, że jest to przecież niemożliwe, skoro miasto daje takie mieszkanie, to nie może być aż tak feralne. Co ciekawe, ze wszystkich lokatorów tak naprawdę tylko rodzina bohaterki spędza w nim regularnie czas. Sąsiadów praktycznie nie ma, a jeśli już są to tylko chwilowo.

Po tygodniach okazało się, że mieszkanie posiada nie tylko problemy wewnątrz, ale również i na zewnątrz. Bohaterka pisała pismo o to, że w piwnicach nie ma światła. Na zewnątrz natomiast w czasie deszczu zapchane rynny wyrzucają wodę na zewnątrz, co z kolei prowadzi do ulewy prosto na parapet. Nie mówiąc o tym, że cały brud oraz błoto trafia praktycznie bezpośrednio na okna. Przez kolejne dni wychodziły nowe problemy. Okazało się, że źle jest pociągnięta kanalizacja. Specjaliści słysząc tylko adres, już wiedzieli, że to będzie większy problem. Doskonale jednocześnie wiedząc o problemach z wodą w przeszłości. Co zrobiono tej sprawie przez lata? Praktycznie nic, a dopiero w momencie kiedy zaczęto zalewać inne mieszkania oraz piwnice, kanalizację poprawiono.

Kolejne pisma to kolejne walki z wiatrakami. Do tej pory nie wiadomo jak wygląda instalacja elektryczna. Lokatorzy zebrali podpisy pod petycją, w której prosili o remont, o wymianę rur, o remont w piwnicy. Światła, którego nie ma w piwnicach nie ma do tej pory a sprawa toczy się już kilka lat. Żeby było ciekawiej, specjaliści od nadzoru budowlanego, wiedząc, że piwnice są nieoświetlone przyszli wyłącznie z latarkami w… telefonach. Bohaterka musi wietrzyć mieszkanie po to, aby nie pojawił się grzyb na ścianie. Na ścianie to mało powiedziane, bo grzyb sięga już prawie połowy ścian. I ciągle rośnie. Do kolejnych urzędów wysłane są kolejne pisma, z których nie wynika kompletnie nic. Poniżej prezentujemy petycje, przez którą mieszkańcy oczekiwali oględzin. Oględziny były i na tym się skończyło. Konkrety? Żadnych.

scan-3

Kolejne kontrole nie wniosły nic nowego. Specjaliści stwierdzili, że na ścianach nie ma grzyba, jest za to „nalot”. Nalot, to jedyna specjalność urzędników, którzy przez ostatnie miesiące wchodzili do tego mieszkania wielokrotnie. Niestety nie zrobili nic.

Tragicznie sytuacja zaczęła wyglądać dopiero w tę zimę. Grzyb wszedł na meble, przez co część swoich mebli nasza bohaterka musiała usunąć. Tak stwierdził jeden ze specjalistów. Tak, to było najlepsze wyjście. Dzięki niemu nie ma już kilku szafek a grzyb wchodzi coraz wyżej. Publikujemy zdjęcia  nie po to aby pokazać jak się żyje, ale po to, aby pokazać jak NIE powinno się mieszkać. Tym bardziej, kiedy rodzina nie ma problemów z alkoholem, mama stara się jak może a dzieci uczą się pilnie i cały czas chodzą do szkoły. Do tego wszystkiego syn naszej bohaterki drugi raz w ciągu miesiąca zdołał się rozchorować. W ciągu ostatnich dwóch lat nie chorował ani razu. Córka natomiast ma coraz większe problemy, ponieważ rozwijająca się wilgoć stwarza nie tylko problemy w normalnym funkcjonowaniu.  Przez nią zaczął również się psuć aparat do pomiaru cukru. Baterie nie wytrzymały wilgoci, przez co nie można wykonać żadnego pomiaru. Jest to jedna z najważniejszych czynności. Nie chodzi już o samo mieszkanie. Chodzi o życie. Życie dziecka.  Zdjęcia zrobione zostały kilka tygodni temu. Dzisiaj jest jeszcze gorzej. Nie pomagają nawet apele do prezydenta, który jednak obiecał się pomóc, jak tylko może. Wierzymy na słowo.

Jednak to nie koniec. Grzyb i wilgoć to nie jedyne problemy w mieszkaniu. Na podłogach, a właściwie spod nich zaczęły wychodzić robaki. Różnego typu, z którymi nasza bohaterka nie potrafi sobie poradzić. Pojawiają się głównie w kuchni. W kuchni, która powinna służyć do jedzenia dzieją się straszne rzeczy. Z tą plagą ciężko już walczyć. Ktoś prosi o dowody? Proszę bardzo.

15183916_668601843310984_2051997904_o 15182550_668601896644312_1198532351_o

Na tym można zakończyć część pierwszą. Część druga zacznie się przynajmniej pozytywnie.

Udało nam się porozmawiać ze specjalistami z tej dziedziny. Doszło nawet do kolejnej kontroli. Tym razem przyjechali fachowcy z innego miasta. Od razu doszło do szczegółowego badania grzyba. Werdykt? Mieszkanie jest do generalnego remontu a grzyb siedzi głęboko w ścianach. Blok należałoby ocieplić, piwnice wreszcie naprawić, podobnie jak i dach a ściany w mieszkaniu skuć do gołej cegły. Wtedy zrobić wszystko na nowo, tym razem porządnie. Oczywiście TEŻ za wielkie pieniądze. Kontrola dała werdykt, wysłała pismo do urzędu miasta i bohaterka znowu musi czekać. Zbliżają się święta, wilgoci jest coraz więcej a grzyb jak rósł, tak rośnie dalej.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że całej sytuacji dałoby się uniknąć. Wystarczyło sprawdzić wcześniej lokum, dokładnie zastanowić się nad przydzieleniem takiego mieszkania naszej bohaterce. Wtedy byłoby zupełnie inaczej. Jak długo zatem będzie w takich trudnych warunkach żyła rodzina? Przypominamy, że naszej bohaterce nie zależy na nowym, pięknym mieszkaniu. Zależy jej przede wszystkim na dobru własnego dziecka. Sama natomiast czuje się z dnia na dzień coraz gorzej. Zszargane nerwy dają się we znaki a każdy kolejny dzień mrozu, to walka. Już powoli walka o przetrwanie. Jak skończy się ta sprawa? Czas pokaże. Oby tylko nie było za późno.

A my niebawem pokażemy kolejny lokal socjalny. W jeszcze gorszym stanie, z którym też nie zrobiono nic. Przypominamy, że można się do nas zgłaszać. Postaramy się pomóc. Każdemu. Polecamy również śledzić nasz fanpage. https://www.facebook.com/akcjapomoc/?ref=bookmarks