Urlop spędzam na Warmii, delektując się urokami agroturystyki (ta skądinąd bywa i całkiem prosta i – taką preferuję – „high-end’owa”). Jeżdżę z rodziną sporo po wsiach i zaułkach, o istnieniu których – z warszawskiej perspektywy – nie miałem nawet pojęcia. Uderzył mnie fakt, że o ile np w Olsztynie dobrych aut jest co prawda (procentowo) zasadniczo mniej niż w Warszawie, ale trochę ich jednak widać i to w różnych częściach miasta. Z kolei w nieco mniejszym już Lidzbarku Warmińskim dobre auta parkują zasadniczo tylko koło 4 gwiazdkowego hotelu, który jest jakby wyspą w mieście (coś na kształt hotelu Sheraton w każdej afrykańskiej stolicy). W mniejszych miasteczkach i na wsiach lepsze auta niemal zawsze mają tablice rejestracyjne z Wielkiej Brytanii, Irlandii, Holandii etc. Polacy z Anglii mieszkają również w gospodarstwie, w którym i my wypoczywamy. Miałem więc okazję porozmawiać i z nimi i z innymi naszymi emigrantami, którzy przyjechali na urlop do kraju, a których spotkałem w pobliskim sklepie. Z rozmów tych wynika, że ideę powrotu do Polski rzucaną co jakiś czas przez naszych polityków traktują jako nic nie warte hasło. Do Polski nie zamierzają wracać, bo pensje, które w Warszawie odstają od pensji na Zachodzie tutaj (w „interiorze”) odstają drastycznie. Nie zamierzają wracać, bo na miejscu albo nie ma pracy, albo praca pozwala co najwyżej na przeżycie. Ludzie ci mają co gorsza przeświadczenie, że „tam” są szanowani przez pracodawców i przez państwo, a „tu” – w razie powrotu – będą nikim. Punktem po przekroczeniu, którego powrót staje się zupełną mrzonką jest posłanie dzieci do szkoły, przy czym z rozmów wynika, że właśnie teraz mija ten czas, gdy latorośle naszej emigracji wkraczają w wiek szkolny. Innymi słowy – jeśli miałbym podsumować te na pewno obarczone sporym ryzykiem błędu obserwacje – to napisałbym, że ów ponad milion Polaków, którzy wyjechali już tu nie wróci. Wracając jednak do samochodów. Pytałem czemu niemal wszyscy moi rozmówcy kupują ca. 10 letnie BMW, Audi czy też Mercedesy, a nie np 2 letnie lub nowe VW, Kia lub Fordy. Jeden ca. 40 latek odpowiedział mi, że po raz pierwszy w życiu stać go na coś, co mu sprawia przyjemność i co powoduje, że czuje się „kimś”, więc – owszem – woli przepłacać za serwis, ale „w końcu poczuć się jak człowiek”, po czym dodał „a czym to się różni od tych, którzy kupują nowe Mercedesy po 200.000 w Warszawie – jakby chcieli dojechać z punktu A do punktu B to też mogliby kupić coś za 100.000. Jedna różnica – ja ich nie pytam czemu, a oni nas pytają”. Niezłą przepaść skądinąd udało się wykopać między Polska A a Polską B.

Ko wyjeżdża? Z rozmów z właścicielami kawiarni, restauracji (tak już mam, że jak jeżdżę po Polsce to rozmawiam z ludźmi i usiłuję zrozumieć swój kraj) – najlepsi – ambitni, pracowici i mający inicjatywę ludzie dawno wyjechali i teraz już znalezienie dobrego pracownika graniczy z cudem. Innymi słowy nawet napływ pieniędzy z transferów od emigracji nie równoważy tego, że Polska B – wbrew pozorom (lepszym drogom i wyspom w rodzaju nielicznych nowych zakładów produkcyjnych czy też lepszych hoteli obsługujących niemal wyłącznie mieszkańców dużych miast) – pogłębia się w marazmie. Miejscowa elita wysyła dzieci na studia do większych miast, przy czym dzieci te z rzadka tylko wracają. Coraz więcej miejscowej elity zarządza biznesem działającym na prowincji zdalnie, przez wynajętych managerów, lub też jedynie doglądając biznesu z daleka. Innymi słowy elita ta nie tworzy tkanki społecznej (kawiarni, galerii, centrów kultury) na miejscu.

Skoro już o miejscowej elicie mowa. Oczywiście nie należy utożsamiać słowa elita z zamożnością. Tym niemniej…. Dzisiaj w ramach zwiedzania okolicy pojechałem z żoną i dziećmi do Barczewa, gdzie mój Dziadek po wojnie spędził jako więzień polityczny 5 z 8 lat więzienia. I znów – proszę mi wybaczyć w tym miejscu wątek motoryzacyjny – ale uderzyło mnie, że przed bramą więzienia stały wyraźnie lepsze auta niż w Barczewie jako takim. Przez moment myślałem, że to może samochody rodzin więźniów, które przyjechały odwiedzić osadzonych, ale okazało się, że odwiedziny są tylko w środy i niedziele (skądinąd tymczasowo aresztowanym – czyli jakby nie patrzeć niewinnym, bo jeszcze nie skazanym – przysługują cztery widzenia w miesiącu, czego nijak nie mogę zrozumieć, bo chyba można tak zorganizować system, by ludzie ci mieli więcej praw). Wracając jednak do meritum – otóż okazuje się, że samochody, które zwróciły moją uwagę należą do pracowników więzienia. Jak mi wyjaśnił jeden z nich, który akurat przechodził obok to „najlepsza praca w mieście”.

Innymi słowy – chcesz dobrze pożyć w Polsce B to wyjedź do Anglii, albo zatrudnij się jako klawisz. A jak prowadzisz biznes i nie wyjechałeś to zainwestuj w mieszkanie w Warszawie, Poznaniu, albo Trójmieście. Będzie na starość bliżej do wnuków.

Autor: Witold Jurasz