Nie jestem zwolenniczką żadnej partii politycznej, ponieważ w ogóle nie znoszę partyjniactwa, szyldów i etykiet determinujących postępowanie i zastępujących osobisty światopogląd. Interesują mnie jednak przyczyny podwyżek cen wody, podatków, zmian w systemie emerytalnym, obniżenia poziomu edukacji i świadczeń zdrowotnych. Obchodzą mnie kradzieże publicznych pieniędzy, ponieważ to są także moje pieniądze. Chcę mieć wpływ na decyzje podejmowane przez rządzących w moim imieniu. Choćby na poziomie lokalnym.

Jednak stosunek wielu Polaków (pewnie i innych nacji) do polityki i polityków można streścić w kilku punktach:

  1. Tylko „oszołomy” zajmują się polityką albo …
  2. Polityka jest dla wybranych i…
  3. Politycy kłamią i kradną – polityka jest brudna oraz…
  4. Nic z tym nie można zrobić, a w ogóle…
  5. Lepiej się nie wychylać, bo…

Zdania te są w dużej mierze prawdziwe. Są też samospełniającą się przepowiednią. Takie stanowisko wobec polityki jest rządzącym jak najbardziej na rękę, ponieważ:

  • najważniejsze stanowiska pozostają w ich rękach (bez kontroli obywatelskiej);
  • obywatele nie zwracają się do nich w swoich potrzebach (zostawiają ich w spokoju);
  • korupcja nikogo nie dziwi i nie skutkuje sankcjami prawnymi.

Taka postawa odcina obywateli od „ludzi władzy”, zwiększając dystans między nimi (brak przepływu informacji z „dołu”); jest przyczyną bezradności wyuczonej, a także stygmatyzuje jednostki aktywne społecznie i politycznie. I to jest najgorsze. Ktoś, kto uczestniczy w posiedzeniach rady miasta, pisze petycje, składa wnioski, zakłada stowarzyszenia lub choćby udostępnia informacje w Internecie, to „oszołom” i z pewnością coś z tego ma. Pewnie chce się dopchać do „koryta”. Tak jest postrzegany. Przecież normalni ludzie nie interesują się polityką. Nie aż tak, żeby się angażować w procesy decyzyjne ich dotyczące.

Post scriptum: Powyższe wnioski wynikają wyłącznie z moich osobistych obserwacji i rozmów.