Historia transatlantyku „St. Louis” z 1939 roku skłania do gorzkiej refleksji na temat bierności Zachodu wobec nazizmu.
Wszyscy znamy historię statku St. Louis, na pokładzie którego niemieccy Żydzi próbowali uciec przed rozpętaną przez Hitlera rzezią ich rodaków. Okręt wypłynął z portu w Hamburgu. Dopłynąwszy do Ameryki statek krążył  między Hawaną a Florydą (wiosna 1939).
Kiedy „St. Louis” wypływał z Hamburga, jego pasażerowie mieli nadzieję, że odmienią swoje życie. Wśród 937 osób obecnych na pokładzie aż 930 było żydowskiego pochodzenia. Uciekali z nazistowskich Niemiec, gdzie stali się kozłami ofiarnymi, winnymi wszelkich niepowodzeń, jakie dotknęły kraj. Po „nocy kryształowej” internowano 30 tys. Żydów. Hitler planował już „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Jednak marszałek Rzeszy Hermann Göring akceptował pozbycie się z kraju części przedstawicieli tego narodu jako tymczasowe rozwiązanie. Dlatego wydał zgodę na rejs. Oczywiście uciekinierzy musieli zapłacić III Rzeszy możliwie najwyższą cenę. Najtańszy bilet kosztował 600 marek – często składała się na niego cała rodzina. Dodatkowo pasażerom skonfiskowano wszelkie dobra z wyjątkiem osobistej odzieży, nałożono też na nich horrendalnie wysokie podatki.
Rozmawiano z władzami Dominikany, Hondurasu, Kolumbii, Chile, francuskich terytoriów zamorskich, Martyniki, Gwadelupy, Kanady. Kolejne rządy odmawiały.
Do prezydenta USA Franklina Roosevelta płynęły listy. Odpowiedzi były lakoniczne i okrutne jednocześnie: kontyngent emigrantów z Niemiec i innych krajów Europy Środkowej na 1939 r. został wyczerpany.
St. Louis wyruszył w drogę powrotną do Europy. Komitet pasażerów wysłał ostatni apel do prezydenta Roosevelta, do organizacji żydowskiej Joint i agencji Associated Press. Telegram był krótki: Bardzo pilne. Zwracamy się ponownie o pomoc dla pasażerów statku St. Louis. Panie Prezydencie, proszę pomóc 900 pasażerom, wśród których ponad 400 to kobiety i dzieci?. Telegram pozostał bez odpowiedzi. 
Tymczasem na statku kończyły się zapasy wody i żywności. 2 czerwca „St. Louis” podniósł kotwicę i krążył między Hawaną a Florydą, szukając miejsca, które przyjęłoby emigrantów. Przedstawiciele organizacji żydowskich rozmawiali z władzami Dominikany, Hondurasu, Kolumbii, Chile, francuskich terytoriów zamorskich, Martyniki, Gwadelupy, Kanady. Bezskutecznie. Listy słano też do prezydenta USA Franklina Roosevelta, ale odpowiedź była krótka: kontyngent emigrantów z Niemiec i innych krajów Europy Środkowej na 1939 r. został wyczerpany – było to 27 370 osób.
Historycy nie znaleźli w amerykańskich archiwach choćby śladu wskazującego na to, że Waszyngton rozważał przyjęcie pasażerów St. Louis. Także prasa łagodnie komentowała decyzję Roosevelta.
Z podobnym apelem jak pasażerowie St. Louis 29 maja 1939 r. zwróciło się 67 pasażerów statku Orduna, również pozbawionych nadziei zejścia na ląd Kuby czy Ameryki. Ale Stany Zjednoczone pozostały niewzruszone. Ameryka patrzyła obojętnie na statki widma. Statki wróciły do Niemiec, a ich pasażerowie zostali zamordowani w obozach koncentracyjnych lub umierali w strasznych warunkach w tworzonych gettach.
Jaką trzeba mieć czelność, aby teraz żądać od na Polaków pieniędzy za to co zrabowali i zniszczyli Niemcy oraz komuniści, niszczący Polskę również dzięki USA, która swoich niedawnych sojuszników oddała w strefę wpływów Sowietów. Polaków, którzy uratowali największą ilość Żydów przed zagładą, a dowodem na to jest fakt, że nasi rodacy są największą grupą narodowościową Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata nagrodzonych przez Instytut Yad Vashem.
Ratowali, mimo że za ten czyn groziła śmierć dla całych rodzin, a czasami ginęły całe wioski.