W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych do jednej z natowskich ambasad w Warszawie, ok. godziny 10 rano, zadzwonił z pokoju w hotelu Forum Polak, który zażądał rozmowy z „kimś ze służb” bo ma ciekawe zdjęcia. W odpowiedzi usłyszał, że „żadnych służb nie ma w ambasadzie”, ale by szybko przyszedł do konsulatu. Technika szybko zawiadomiła odpowiedni wydział Departamentu II, ale i tak ambasada miała wyprzedzenie, bo trzeba byłoby rozgonić kolejkę pod konsulatem. Ustalono szybko pokój i tożsamość tego faceta. Po kilku godzinach ambasada wypuściła go prosto w nasze objęcia. Powiedział, że rozmawiał z „jakimś dyplomatą”, co mówił i jakie zdjęcia przekazał. Dostał 50 dolców od nich i 8 lat od nas, a my mieliśmy problem. Nikomu z ambasady nic nie można było udowodnić, a sfotografowany obiekt trzeba było uznać za zdekonspirowany. Ambasada od początku założyła, że to może być prowokacja, ale zadziałała jak powinna. Telefon z hotelu i rozmowa otwartym tekstem, to rzeczywiście tak, jakby od razu zadzwonił do nas. Na szczęście, pracowali tam podobni do mnie „amatorzy”, więc zaprosili go do siebie. Nie zdradzam kraju, ale mówili w języku angielskim i zawsze mieli duuuuużo pieniędzy.

16 kwietnia 1985 roku, już dawno po neutralizacji Angletona, do ambasady ZSRS w Waszyngtonie, nie przejmując się „pezetami” i obserwacją, wszedł Amerykanin z kopertą i zażądał spotkania z kimś z KGB (to jest opisane w zeznaniach i w akcie oskarżenia ). Ci głupi Rosjanie, zamiast zadzwonić natychmiast do FBI i wydać go, bo przecież wejść przy tym reżimie kontrwywiadowczym do ambasady sowieckiej to na pewno prowokacja, pogadali z nim trochę i tajnie wywieźli z placówki. Potem ów Amerykanin dzwonił kilka razy do placówki z telefonu stojącym u niego w pracy na jego własnym biurku. Ów prowokator pracował w CIA i nazywał się Aldrich Ames. Jacy głupi ci Rosjanie! Prawda. Niejaki Hansen z FBI trzykrotnie zgłaszał się do nich telefonicznie, a oni go przyjmowali. Też nie zawiadomili FBI. Telefon do placówki? Zgroza!

W roku 1994, w ramach pewnej dość skomplikowanej operacji, obywatel RP zadzwonił do ambasady FR i powiedział, ze ma dla „KGB informacje, ale nie chce przez telefon”. Rosjanka czujnie powiedziała, „że KGB już nie ma” i „by przyszedł do placówki, jeśli ma jakąś oficjalną sprawę”. Obywatel miał i poszedł. Przez domofon powiedział, że „wcześniej dzwonił”. Głupi Rosjanin zaprosił go do środka, w korytarzu wysłuchał o co chodzi, powiedział, że nic go to nie obchodzi, ale zapyta w Moskwie, po czym wyprosił z placówki. Aha, wziął jeszcze dowód tego obywatela. Co dalej nie jest ważne, bo to rzeczywiście była prowokacja i Rosjanie szybko to odgadli. O to zresztą chodziło. Ostatecznie, mieli adres obywatela. Głupcy, powinni od razu zadzwonić do nas i oszczędzić sobie czasu.

Napisałem powyższe historyjki tylko dla wprawki stylistycznej. Gdzież mnie równać się z asami polskiego wywiadu. Ja pracowałem w kontrwywiadzie (lat w Wydziale XI i tych po roku 2000 nie liczę, ponieważ „elyta” narodu na wysokich stołkach rozśmieszała mnie tak, że nie wiedziałem gdzie pracuję), a my z kontrwywiadu, jak powszechnie wiadomo, jesteśmy tak głupi, jak ci cudzoziemcy z ambasady w Polsce i ci Rosjanie w Ameryce.

Wolę być nazwany oszołomem, kretynem, idiotą, prowokatorem porównywany z Angletonem, który podobno „położył kierunek wschodni” w CIA, jak twierdzili „chłopcy z Agencji i MI6” w latach tzw. resetu amerykańskiego w stosunkach z Rosją, wolę to ze wszystkich stron po stokroć, niż przez ułamek sekundy, być na usługach obcych memu krajowi służb.