Pod określeniem Zbrodnia Katyńska rozumiemy dzisiaj martyrologię obywateli polskich zamordowanych w ZSSR na mocy tzw. dyrektywy sowieckiego Politbiura z dnia 5 marca 1940 r. Ta decyzja przywódców Związku Sowieckiego skazała na śmierć 22 tysiące obywateli II RP. Ale przecież z zagadnieniem tym łączy się bezpośrednio lub pośrednio całe rugowanie i proces zagłady polskości na ziemiach wschodnich II RP, łączą się losy Polaków poległych i pomordowanych na Wschodzie w wyniku sowieckich deportacji i eksterminacji.

Słowo – nazwa Katyń stało się symbolem całego ludobójstwa, jakiego na obywatelach II RP dokonano w ZSRR po agresji z 17 września 1939 r. Bowiem w Katyniu niedaleko Smoleńska odkryto i w 1943 r. fakt ten ujawniono, groby pomordowanych jeńców obozu w Kozielsku. Ale przecież wiedzieliśmy że polskich jeńców przetrzymywano w innych najbardziej znanych i największych obozach, Starobielsku i Ostaszkowie. Wiedzieliśmy, że szeregowych żołnierzy więziono w kilku innych obozach, a więzienia i areszty na polskich Kresach Wschodnich, czyli jak to wtedy określano Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainie wypełnione były przetrzymywanymi z reguły bez sądu wojskowymi, funkcjonariuszami państwowymi, osadnikami i ludźmi w rozmaite sposoby aktywnymi w międzywojennym dwudziestoleciu. Dokonana w Katyniu i innych miejscach kaźni, tych znanych, jak mińskie Kuropaty, charkowskie Piatichatki czy Dergacze, kijowska Bykownia, jak Twer, a także tych mniej znanych, jak Chersoń, czy wreszcie tych o których dzisiaj jeszcze nadal wiemy niewiele czy nie wiemy nic, zagłada kierowniczej warstwy i ludzi zaangażowanych obronę i budowę Niepodległej Polski była prologiem do zniewolenia Narodu Polskiego. Od początku ujawnienia tragicznych losów Polaków uwięzionych w ZSSR w stosunek świata i samych Polaków do tej Zbrodni wpisało się także „kłamstwo katyńskie”. Dzięki późniejszej postawie tzw. wolnego świata wspaniale zgrało się z sowieckimi planami wobec Polski i Europy. Było i nierzadko pozostaje nadal jednym z najtragiczniejszych dziedzictw Zbrodni Katyńskiej i było i jest brutalnie tudzież perfidnie wykorzystywane także w międzynarodowych relacjach. Dzisiaj w wolnej Polsce taka postawa jest skutkiem czy dziedzictwem postaw, przyjmowanych przez wiele osób w latach słusznie minionych, czyli w epoce PRL. Znane przysłowie mówi „czym skorupka za młodu nasiąknie”, ale chyba nie tylko dlatego. Przede wszystkim dlatego, że w niektórych kręgach owa postawa relatywizmu historycznego jest nadal modna, jest dowodem otwartości na „obce czy inne argumenty”, na inne poglądy. W ujęciu i rozumieniu historycznym takie stanowisko nie ma nic wspólnego z faktami. To po prostu manipulacja, świadomy wybór zła i kłamstwa. Nadal można spotkać postawy nie tylko obojętne wobec tamtej tragedii, ale wręcz ją negujące.

Długa droga do prawdy nadal przed nami

Chociaż znamy podstawowy zrąb faktów, a po latach cynicznego przemilczania i ukrywania informacji o sprawcach i okolicznościach spadkobiercy morderców przyznali się do haniebnego „dzieła”, droga do pełnej wiedzy i prawdy na temat Zbrodni Katyńskiej nadal jest długa i wyboista. „Kłamstwo katyńskie” ma się znacznie lepiej niż „kłamstwo oświęcimskie”. Pojęcie tego ostatniego jako czegoś nagannego już dawno nie tylko zakorzeniło się w publicznym obiegu, a za jego użycie grożą procesy sądowe i potępienie w oczach opinii publicznej, po prostu w oczach zwykłych normalnie rozumujących ludzi. A „kłamstwo katyńskie” nadal jest dla wielu – wstyd przyznać że także Polaków – naturalną drogą relatywizowania naszych dziejów, usprawiedliwiania życiowych wyborów, zapewniania sobie wygodnych karier czy po prostu dla „uzasadniania” zajmowanych kiedyś postaw, przyjmowanych czy podejmowanych „gier”… I to w suwerennej Polsce, w której od ponad dwudziestu lat oficjalnie wiadomo, kto, co, jak i kiedy.

13 kwietnia 1943 r. świat obiegła okrutna wieść o masowym mordzie dokonanym na polskich oficerach w Katyniu. O tym okrutnym odkryciu oficjalnie ogłosili światu Niemcy. Wobec próby wykorzystania przez propagandę hitlerowską faktu masowej zagłady polskich jeńców w ZSSR zarówno społeczeństwo w okupowanym kraju, jak i przebywający na emigracji rząd musieli przyjąć godną postawę, która nie eliminowała Polski z kręgu krajów koalicji antyhitlerowskiej, ale równocześnie nie przyzwalała na zapomnienie o tragedii, jaka dotknęła naród z rąk obecnego „sojusznika”. Tymczasem równocześnie z ujawnieniem faktu mordu rozpoczęła się polityczna „Wielka Gra” pomiędzy ZSSR a pozostałymi koalicjantami. Gra tzw. „sprawą polską” czyli przyszłością polskiego terytorium i obywateli, w której Polska i Polacy niestety nie byli owej gry uczestnikami, ale przedmiotem.

W miesiąc po oficjalnej informacji o odkryciu katyńskich grobów, 14 maja 1943 r. w Warszawie prezes Zarządu Głównego Polskiego Czerwonego Krzyża Wacław Lachert powiedział znamienne słowa: „Mogiłami jest znaczona historia Polski – takiej mogiły jeszcze nie było”. Miał racje nie tylko w kontekście skomasowania ofiar i dowodów okrutnej śmierci. Słowa W. Lacherta były wręcz prorocze także pod innym względem. Bowiem nie tylko nie znaliśmy takiej wielkiej mogiły, jak katyńskie groby, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy jako społeczeństwo, jakie ta mogiła niesie reperkusje dla Polski i Europy. Jak fakt jej powstania i odkrycia zaciąży na losach Polaków przez kolejne dziesięciolecia. I jak bezwzględnie wykorzystywany będzie w politycznych rozgrywkach nawet w czasach, kiedy Polska stała się państwem suwerennym. Czymże bowiem, jak nie próbą manipulacji i dzielenia Polaków jest sprawa zaproszenia lub nie prezydenta czy premiera rządu RP na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, określania kto powinien w tych obchodach uczestniczyć, a kto nie, kto jest reformowalny zdaniem władz Rosji, które najwidoczniej czują się spadkobiercami myśli i ideologii, przyświecającej decydentom z 5 marca 1940 r. i próbują nadal rozgrywać tę kartę.

Sprawa Katynia powinna Polaków łączyć nie dzielić, a jednak w 26. lat po odzyskaniu przez nasze społeczeństwo prawa do samostanowienia byliśmy świadkami gorszącej dyskusji wśród polityków – dodajmy, polskich polityków – czy było to ludobójstwo, czy nie. W polityce od lat funkcjonuje swoisty paradoks, że jeżeli komuś „fakty nie odpowiadają, to… tym gorzej dla faktów”. Jak się okazuje, zgodnie z obyczajami niemal powszechnie obecnie lansowanymi, „nie ma świętości”. Ale chyba wypada znać umiar i granice przyzwoitości. Nie godzi się, aby tylko dla odróżnienia się od kogoś, kto reprezentuje inną partię, inną opcję, zaprzeczać faktom. Jak się okazuje nawet w sprawie katyńskiej to także dla niektórych nie jest oczywiste. A może, jeżeli odwrócimy nieco te kwestię, nie dla wszystkich sprawa katyńska jest aż tak istotna? Może nadal jest tylko elementem gry? Bo przecież taka smutna konstatacja aż wypływała z niedawnej dyskusji, ociekającej kazuistyką, a za nic mającej istotę problemu i fakty historyczne. Takie postawy zaciemniają tylko obraz „sprawy katyńskiej’ w społeczeństwie, a dużą jego część zniechęcają do zastanowienia się nad tragicznymi doświadczeniami i losami Polski i Polaków.

Im więcej wiedzy to niewiedzy także

Właśnie w pierwszych dniach kwietnia mija dokładnie 70. lat od rozpoczęcia akcji rozstrzeliwania jeńców obozów i więźniów objętych dyrektywą z 5 marca 1940 r. Trzeba zatem przypominać o tych faktach, trzeba przywoływać pamięć o Ludziach, którzy mogli jeszcze wiele uczynić dla Rzeczypospolitej, ale nie dane im było. Nie było im dane, bowiem i Rzeczpospolita miała zniknąć, zmienić się w jedną z sowieckich republik.

Złożoność prawdy o agresji ZSSR z 17 września 1939 r. nadal z trudem przebija się do świadomości pewnych środowisk. Nadal spotkać można w powszechnym obiegu informacyjnym ówczesne propagandowe kłamstwo o tym, że armia Czerwona niosła obronę i pomoc dla mieszkańców Zachodniej Białorusi i Ukrainy. Ale im więcej znamy faktów o tym, co i jak działo się na polskich Kresach Wschodnich w latach 1939-41, powinniśmy stawiać podstawowe pytanie: Czy owa pomoc i opieka musiała przyjąć formy masowych mordów i deportacji? Przecież od dawna wiemy, że dotknęły one także obywateli II RP narodowości niepolskiej, Ukraińców, Białorusinów, później także Litwinów, a nawet Żydów, których znaczna część manifestowała przecież przynajmniej na początku bardzo pozytywny stosunek do sowieckich „oswobodzicieli”.

Dzisiaj tzw. „lista katyńska” obejmuje coraz więcej nazwisk, ale nadal nie wiemy, albo mamy tylko śladowe informacje o losach kilku tysięcy więźniów, którzy zginęli z tego samego rozkazu co odnalezieni w grobach Katynia, Charkowa i Miednoje. Sowieci przenosili jeńców z obozu do obozu, włączali do transportów jeńców nie objętych listami czy spisami, wyłączali innych i wywozili do więzień, na dalsze badania, przesłuchania, a wreszcie do innych miejsc kaźni. Nie podważa to samego faktu wymordowania ponad 14 tysięcy jeńców, ale nadal w wielu wypadkach wymaga szczegółowych i precyzyjnych badań. Tych, którzy wywiezieni zostali z więzień na Kresach Wschodnich do więzień w Rosji sowieckiej, na sowieckiej Białorusi czy Ukrainie, było ponad 7 tys. Wiadomości o ich losach nadal są tylko fragmentaryczne. Brak wielu podstawowych dokumentów i informacji pozwalających wskazać miejsca ich ostatniego spoczynku. I co chyba najistotniejsze dla oczyszczenia atmosfery politycznej, nadal w przypadku rosyjskich decydentów brak wyraźnej woli pomocy w wyjaśnieniu wątpliwych kwestii. Wystarczy wskazać na dzieje rosyjskiego śledztwa w „sprawie katyńskiej”, na jego wyniki, a raczej na ich konsekwentne utajnianie przed Polakami, a teraz już przed Europą i światem. Trudno jakoś uwierzyć, że 70. rocznica katyńskiego mordu będzie okazją do przełomu w postawie rosyjskich władz. Nie mówiąc już o tym, że rosyjskie prawo narzuca jeszcze jeden problem, tzw. rehabilitacji ofiar zbrodni komunistycznych. Nadal bowiem dla wielu system był „wspaniały” a wszystkiemu złu winne były „błędy i wypaczenia” oraz „kult jednostki”. Tylko że wspomniany „kult” był po prostu najnormalniejszą i najoczywistszą emanacją systemu, zaś „błędy i wypaczenia” były zapisaną w doktrynie podwaliną jego budowania. Jednak z punktu widzenia Polaków należy zapytać wprost: Co to jest owa „rehabilitacja” i do czego ona Polakom potrzebna? Polakom, których pomordowano po prostu za to, że byli Polakami. Że byli żołnierzami broniącymi suwerenności i niepodległości swojej ojczyzny, że mogli nimi być nadal i że o Polskę walczyć chcieli, jeżeli tylko z obozów zostali by zwolnieni. Że byli budowniczymi niezależnego od „imperium zła” państwa, które po zakończeniu wojny nadal chcieli budować. Odbudowywać i budować.

Dwóch wrogów, podobne metody

Przez wiele lat w społeczeństwo polskie sączono jad propagandowych kwantyfikacji i gradacji… śmierci. Bo dla komunistycznej propagandy śmierć żołnierza spod Lenino nie była równoznaczna z tą spod Monte Cassino. W ślad za przynależnością do „właściwych i jedynie słusznych” opcji, armii czy organów szła chwała epoki, dla tych co nie znaleźli się w miejscu i czasie właściwym pozostawiano przemilczenie, wręcz zapomnienie. Wszystko zależało od kontekstu wydarzeń politycznych i doraźnych potrzeb rządzącej partii.

Podobnie było z oceną wrześniowej agresji. Ta niemiecka, hitlerowska, była jednoznacznie zła i okrutna. Ta o ponad dwa tygodnie późniejsza, sowiecko-rosyjska z reguły była chwalona. Jako mądra zapobiegliwość i opiekuńczość Stalina wobec mieszkańców Kresów Wschodnich RP niepolskiej narodowości, jako słuszny krok dziejowy. Jeżeli już pojawiały się głosy wątpliwości, przypominające o represjach, które dotknęły zamieszkujących tam Polaków, z reguły obwarowane były „uzasadnieniami” o wrogości tych ostatnich wobec ZSSR. W wykonaniu Niemców nawet przypadkowe represje nie mówiąc o faktycznych aktach eksterminacji były Zbrodniami Wojennymi. W wykonaniu sowietów nawet najgorsze zbrodnie były owymi „błędami i wypaczeniami” ale najczęściej uzasadnionymi „dziejowymi koniecznościami” czy splotem okoliczności. Te kalki pojęciowe, mimo odchodzenia pokolenia świadków wojny i okupacji, mimo poszerzania stanu wiedzy o wydarzeniach lat 1939-1945 i powojennych, jeszcze dzisiaj nierzadko odbijają się w społecznym odbiorze historii… jak w krzywym zwierciadle.

Spróbujmy ujednolicić obserwacje doświadczeń. Dzisiaj wiemy nie tylko o niemieckich planach eksterminacyjnych wobec Polaków, a przypomnijmy, że są one o wiele lat wcześniejsze, niż plan zagłady Żydów. I jako pierwsze były realizowane. Czymże, jak nie wstępem czyli pierwszymi elementami niemieckiego Generalplan-Ost były owe Intelligenz-Aktion, czyli akcje przeciwko polskiej inteligencji, zwłaszcza tej zamieszkującej ziemie włączone do III Rzeszy. Zgodnie z niemiecką duszą, nawykłą do porządku i pewnej systematyczności podzielone według poszczególnych prowincji, np. Pommern, Schlesien itd. A dalej Ausserordentliche-Befriedungsaktion, czyli osławiona Akcja A-B, której symbolem stało się aresztowanie i wywiezienie do obozów koncentracyjnych profesorów uczelni krakowskich. Wiele kolejnych seryjnych wręcz represji tylko powielało owe wzorce i kontynuowało je. Pamiętajmy, że działo się to w okresie od jesieni 1939 do wiosny 1940 r.

Przez wiele lat tylko zbiorowa pamięć świadków wydarzeń na Kresach niosła doświadczenie kolejnych fal deportacji, z których pierwsza wielka miała miejsce już w pierwszym okresie sowieckiej okupacji. Później przyszły jeszcze trzy dalsze fale. Ale przecież pamiętać musimy także o tych mniejszych, codziennych dolegliwościach związanych z funkcjonowaniem sowieckiego aparatu represji, uosabianego głównie przez funkcjonariuszy NKWD, acz instytucje te miały „wiele twarzy”. A jednak bardzo podobnie do wydarzeń po niemieckiej stronie okupacyjnego kordonu, w masowych sowieckich aresztowaniach, deportacjach czy mordach, główne ostrze represji skierowane było także przeciwko inteligencji, przeciwko urzędnikom, prawnikom, lekarzom, nauczycielom czy leśnikom. Oczywiście także przeciwko osadnikom wojskowym i wszelkim aktywnym elementom polskiego społeczeństwa. Gdzieś w tle pojawiało się groźne słowo „ubezhołowienie” – ubezgłowienie, czyli pozbawienie głowy. Nie chodziło o to, aby ścinać głowy tym których ujęto. To oni byli zbiorową „głową” społeczeństwa. Miano ich zatem zlikwidować, aby pozbawić społeczeństwo tej głowy, a w efekcie łatwiej podporządkować sobie naród „bez głowy”.

Przypominając inne formy represji wobec Narodu Polskiego warto zwrócić uwagę na fakt, że obydwaj okupanci starali się wykorzystać podbite społeczeństwo do pracy na rzecz swoich celów ekonomicznych i wojennych. I w tej dziedzinie więcej można wyliczyć podobieństw, niż różnic. Pamiętajmy, że wszystko zaczęło się od sierpniowego z 1939 r. paktu o nieagresji podziale stref wpływów pomiędzy ZSSR i III Rzeszę, a którego zewnętrzną emanacją była wspólna defilada wojsk obydwu państw w Brześciu nad Bugiem. Ale przecież na tym nie skończyła się współpraca obydwu „bratnich” krajów. Dosyć przypomnieć zimową z przełomu 1939 i 1940 r. konferencję specjalistów policji politycznych obydwu krajów w Zakopanem i co najmniej dwie inne edycje wymiany policyjnych doświadczeń. Skoro odbywała się ona na podbitych ziemiach Polski, to jest więcej niż tylko domniemaniem, że dyskutowano tam nie o odległych i teoretycznych problemach. Dostępne dane mówią wprost, że o zwalczaniu aktów wymierzonych przeciwko obydwu okupantom przez Polaków po obu stronach kordonu.

Nie jest przypadkiem, że czas eksterminacji jeńców i więźniów w Katyniu, Charkowie, Miednoje i innych miejscach zbieżny jest z jedną z największych fal deportacyjnych, która objęła właśnie rodziny wtedy pomordowanych. A spisy rodzin sporządzono także w przypadku jeńców, których bliscy pozostawali także po niemieckiej stronie kordonu.

Zniewolić, zlikwidować, unicestwić …pozbawić pamięci

Szacuje się, że łącznie w wyniku działań wojennych do niewoli sowieckiej wziętych zostało ok. 240-250 tys. żołnierzy polskich, a także policjantów i innych funkcjonariuszy Państwa Polskiego. Głównie szeregowych, ale było wśród nich ok. 10 tys. oficerów. Wszyscy skazani zostali na eksterminację właśnie za to, że byli obywatelami Rzeczypospolitej. Wbrew politycznym spekulacjom czy lansowanym niekiedy tezom, nie była to tylko zemsta Stalina za klęskę ZSSR w wojnie lat 1918-1920. Bo przecież gdyby tak było, to dlaczego wymordowano także młodych, tych z pokolenia dojrzewającego i zdobywającego samodzielność już w Niepodległej Rzeczypospolitej?

Zanim doszło do ostatniego aktu dramatu, najpierw zgromadzono ich w kilkunastu obozach przejściowych, gdzie rozpoczęto staranną selekcję. Owa selekcja trwała później nadal, przez kolejne miesiące, aby ostatecznie zgromadzić zdecydowaną większość oficerów w obozach w Starobielsku i w Kozielsku, a funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa, żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza i większość zatrzymanych z innych grup w Ostaszkowie. W wyniku działań organów bezpieczeństwa ZSSR na ziemiach polskich w więzieniach na okupowanych Kresach Wschodnich znalazło się dalsze kilka tysięcy oficerów i pracowników aparatu państwowego II RP, a także przedstawicieli inteligencji, ziemian, osadników wojskowych. Mimo, że łączna liczba zgładzonych na podstawie dyrektywy z 5 marca 1940 obywateli Polski jest kwotą pięciocyfrową oscylująca w pobliżu 22 tys. ludzi, nie można patrzyć na ten fakt tylko pod kątem masowości. Bo nie tylko liczebność jest istotna. Także jakość owej grupy. To ona całkowicie potwierdza, że zamiarem władz ZSSR nie była tylko zemsta za przegraną sprzed dwudzistu lat, ale przede wszystkim pozbawienie Polski jak największej grupy przedstawicieli owej warstwy kierowniczej narodu. Przywódc& oacute;w, zdolnych kierować budową czy odbudową państwa, działaczy mogących porwać naród do „wybicia się na Niepodległość”, dowódców mających doświadczenie w prowadzeniu do walki i zwycięstwa czy wreszcie nauczycieli, mających przekazywać kolejnym pokoleniom prawdę o tym, czym jest Polska.

Rodziny dotknięte katyńską tragedią nie chciały wymazać z pamięci swoich bliskich, nie chciały zapomnieć o okolicznościach, bardziej lub mniej domniemanych ich śmierci. Jednak w miarę upływu lat chciały normalnie żyć. Czasem założyć nowe rodziny, czasem tylko uregulować sprawy w dokumentach, w aktach własności. Jednym z podstawowych ograniczeń narzuconych przez władze komunistyczne, była niemożność wskazywania w sporządzanych sądownie metrykach zgonu daty śmierci innej niż 1941 r. lub np. 9 maja 1946 r. co sugerowało uznanie za zaginionego po upływie roku od ustania działań wojennych w europie. Ale absolutnie nie 1940 r. Upamiętnianie straconych najbliższych na cmentarnych tablicach kończyło się często uszkodzeniem tychże tablic, jeżeli słowo Katyń sąsiadowało na nich z rokiem 1940. Większość rodzin dotkniętych katyńską tragedią pozostawała do końca lat 80. XX w. pod „dyskretną opieką” działających w imieniu ZSSR tzw. „polskich” służb specjalnych. Zamówienie mszy św. za pomordowanych w Katyniu w prowincjonalnym kościele graniczyło nierzadko z cudem. Wszystko oczywiście zależało od proboszcza, czy księdza przyjmującego intencję, ale przy takim brzmieniu zapisu także niektórzy duszpasterze bywali… bardzo ostrożni. Kiedy na cmentarzu w niewielkim miasteczku wywieszono w dzień Wszystkich Świętych symboliczną klepsydrę z prośbą o modlitwę w intencji Ofiar Zbrodni Katyńskiej, cmentarz zaroił się od esbeków, którzy obserwowali i fotografowali wszystkich podchodzących do nekrologu, a kiedy tylko w pobliżu nie było nikogo, nekrolog zerwali.

Pomniki ze spiżu, z kamienia… przede wszystkim z naszych serc

Zmordowani w sowieckich kaźniach w ramach kompleksu Zbrodni Katyńskiej byli zwykłymi ludźmi, a jednak jeden motyw łączy ich wyraźnie. Niezależnie od wcześniejszych postaw i życiowych dróg, od zamiłowania do służby wojskowej lub tylko wypełniania obywatelskiego obowiązku, kiedy nadeszła godzina próby stanęli na wysokości zadania. Wytrwali wierni przysiędze, nawet za cenę dopełnienia ich losu w katyńskim lesie i innych miejscach. I choć przez lata usiłowano wmawiać nam „słuszność” postawy Berlinga, to przecież także zdecydowana większość społeczeństwa, a zwłaszcza rodzin katyńskich, pozostała wierna swojej przeszłości i swoim korzeniom, wierna Ich Pamięci. Od 26 lat możemy otwarcie mówić o ludobójstwie, któremu na imię Zbrodnia Katyńska. Już nic za to nie grozi. Mówmy więc, i mówmy prawdę, jak najwięcej Prawdy, nie dając się wciągać w polityczne gierki kosztem naszej narodowej tożsamości. Skoro nie udało się komunistom unicestwić pamięci to zadbajmy o to, aby ta pamięć trwała.

Katyńskie rozstrzeliwania rozpoczęły się 4 kwietnia i trwały do połowy maja. Zatem niech to będzie szczególny czas dla oczyszczenia i budowania naszej zbiorowej pamięci. Nie możemy pozostawić sprawy pamiętania o nich tylko ich najbliższym. Prymas Tysiąclecia mówił: „Gdy gaśnie pamięć ludzka, dalej mówią kamienie”. Zatem budujmy im pomniki, z kamienia, ze spiżu… Ale przede wszystkim nie pozwólmy, aby pamięć ludzka, nasza pamięć o nich gasła. Niech najważniejszymi pomnikami będą nasze serca. Bo nawet jeżeli nie każda rodzina ma „swojego” katyńczyka, to przez to, czego dokonali w obliczu groźby największej, zagrożenia życia, poprzez swą Wierność Rzeczypospolitej stali się Bliscy Nam Wszystkim.

Michał Siwiec-Cielebon

(Jest to skrót artykułu „Zafałszowywanie Katynia” zamieszczonego w „Dodatku specjalnym IPN” na łamach „Niezależnej Gazety Polskiej – Nowego Państwa” dokonany przez autora na prośbę redakcji portalu Pressmania.pl)

Fot. Józef Brynkus