Bezdyskusyjni obrońcy tez o dobrodziejstwie tzw. władzy ludowej i bezkrytyczni zwolennicy „prawd objawionych” w publikacjach rozmaitych towarzyszy Wałachów z maniakalnym uporem prezentują czarno-białą wizję wydarzeń w Polsce, w tym oczywiście na Ziemi Wadowickiej, w okresie po 1944/45 r. Oczywiście dla nich ową białą stroną byli „fajni chłopcy z bezpieki”, zaś szwarccharakterami leśni, czyli „bandyci”.

Tymczasem rzeczywistość wyglądała zdecydowanie inaczej, przy czym te jaśniejsze barwy zdecydowanie opromieniały leśnych, zaś wszelkie dowody i informacje świadczą znacznie częściej na niekorzyść pretorian „władzy ludowej” niż na ich chwałę. A cała narracja piewców słusznie minionego systemu zasadza się na głębokiej manipulacji wiedzą, dostępną niegdyś tylko wybranym – bo wcale nie wszystkim – funkcjonariuszom resortu (nie)bezpieczeństwa i aparatu komunistycznego oraz sprokurowanym w tych instytucjach kłamstwie. Zatem dzisiaj nieco informacji o szczerości resortu, komunistycznej praworządności i funkcjonariuszach niosących śmierć i tragedię.

CZEKISTOWSKA SZCZEROŚĆ I KRYSTALICZNA UCZCIWOŚĆ TOW. PUŁKOWNIKA WAŁACHA

Autor szeroko onegdaj rozreklamowanych a zatem w efekcie poczytnych acz niestety całkowicie sfałszowanych opowieści o „utrwalaniu władzy ludowej” w Krakowskiem i nie tylko, były szef kilku Urzędów Bezpieczeństwa w naszym regionie, później szef Służby Bezpieczeństwa całego województwa krakowskiego, pułkownik Stanisław Wałach zasługi dla władzy komunistycznej miał ogromne. I absolutnie nie te, które opisywał najchętniej, czyli „walkę zbrojną z okupantem”, ale właśnie przede wszystkim wkład w skuteczne zdezinformowanie kolejnych pokoleń Polaków o faktycznym przebiegu zdarzeń w Polsce i regionie, w tym całkowite zmanipulowanie opisu i spore odwrócenie „ocen” tego, co działo się w wadowickiem.

O działalności Wałacha i jego szwagra – późniejszego ministra spraw wewnętrznych Franciszka Szlachcica – w szeregach szumnie po wojnie nazywanego i kreowanego „oddziału im. Jarosława Dąbrowskiego” Armii Ludowej niewiele mówią dokumenty. Także te wytworzone przez Niemców, którym owa działalność miała przynosić „wielkie szkody”.

Niemiecka sprawozdawczość policyjno-administracyjna była dosyć szczegółowa, nawet w sprawach błahych i drobnych, tym bardziej zatem jeżeli chodziło o sprawy zagrożenia okupacyjnej władzy i zapewnienia spokoju na zapleczu – nawet odległym – prowadzonych działań wojennych. Wiadomo, że cały proces tworzenia komunistycznych struktur politycznych i zbrojnych na okupowanym Śląsku był od początku koordynowany przez gestapo, a zrealizowany przede wszystkim po to, aby rozpracować patriotyczne środowiska polskie, wywołać reakcję polskiej konspiracji na komunistyczną aktywność i rozpoznać polskich konspiratorów. Tragicznym finałem tej operacji była wielka akcja aresztowań Polaków na Śląsku i w części województwa krakowskiego włączonej do III Rzeszy, które dziwnym trafem nie objęły późniejszego „bohatera AL”. Ale czy nie objęły?

Bowiem w najstarszych dokumentach personalnych Wałacha są passusy nakazujące daleko posuniętą rezerwę w dawaniu wiary owemu bohaterowi. W życiorysie towarzysza pułkownika jest informacja o dwukrotnym aresztowaniu go w 1944 r. przez niemiecką tajną policję, czyli gestapo. I – jak z dalszej relacji wynika – o wypuszczeniu go bez żadnych konsekwencji. Na marginesie przy owym fragmencie życiorysu uważny weryfikator, najprawdopodobniej znacznie sprytniejszy od Wałacha i kontrwywiadowczo bystrzejszy funkcjonariusz Biura do Spraw Funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego odnotował, że gdyby owa działalność i aresztowania były faktem „zapłaciłby życiem”.

Wiadomo, że ojciec towarzysza pułkownika, Szczepan Wałach zginął w obozie, dokąd trafił za nielegalny ubój latem 1944 r. Syn, który według własnoręcznie pisanego życiorysu pomagał ojcu w tym procederze, nie trafił do obozu. Jak pisał po wojnie „przeszedł na stopę nielegalną” i ukrywał się w lesie. Z reguły za politykę aresztowało gestapo, za nielegalny ubój policja kryminalna lub żandarmeria. I z reguły gestapo nie wypuszczało, a tym bardziej dwukrotnie, ale policji, nawet niemieckiej, zdarzało się to np. z tzw. „braku dowodów”. Zatem towarzysz pułkownik był aresztowany czy nie? I za politykę, czy za świnie? A jeżeli zwolniony, to… na jakiej podstawie i z jakiej przyczyny?

W ślad za wspomnianą uwagą o „zapłaceniu życiem” resort zajął się prześwietleniem Wałachowego życiorysu. Ale nie po to aby go ukarać, czy to za prawdopodobną współpracę z okupantem, czy też przynajmniej za mitomaństwo vel kłamstwo w dokumencie urzędowym. Nieee… Po to, aby uzyskać tzw. kompromaty, czyli materiały kompromitujące, przydatne w razie potrzeby rozprawienia się ze zbyt ambitnym czy odchylającym się od linii partyjnej towarzyszu. Takie było standardowe założenie w myśl idei wzrastającej walki klasowej – wszyscy mogli być wrogami.

Informacja, że Wałach mógł być uważany za konfidenta niemieckiej policji nie jest niczym zaskakującym. W bezpiece było pełno zarówno mitomanów, jak również ludzi w rozmaity sposób związanych z hitlerowskimi władzami okupacyjnymi. Co najmniej dwóch szefów PUBP w Wadowicach, ale także kilkunastu innych funkcjonariuszy wadowickiej bezpieki wywodziło się w rodzin współpracujących z gestapo i innymi formacjami policji niemieckiej bądź np. SS, albo zajmujących się donosicielstwem płatnym i ochotniczym tudzież tzw. szmalcownictwem.

W latach pięćdziesiątych na stanowiskach kierowniczych aparatu bezpieczeństwa w województwie krakowskim, w tym najbliższych nam powiatów: krakowskiego, myślenickiego, oświęcimskiego, suskiego, wadowickiego czy żywieckiego znaleźli się przedstawiciele co najmniej trzech rodzin – ze względu na dużą liczebność prawie klanów – w których aktach tzw. „dział II – kontrola specjalna” zawiera szczegółowe informacje o działalności przeciw Polakom i powiązaniach z organami policji III Rzeszy. Tacy byli dla komunistów najlepsi i służyli najwierniej.

W okresie powojennym, mimo, iż S. Wałach, lubiący używać swojego pseudonimu „Zdzich”, z owej „partyzantki” i „konspiracji” przeszedł bezpośrednio do pracy w UB, mianując się majorem AL. Przez wiele lat nie chciano mu jednak nadać żadnego odznaczenia bojowego. Nawet władze komunistyczne nie miały bowiem jakichkolwiek materiałów dokumentujących „Zdzicha” i jego „oddział”, poza oczywiście materiałami dotyczącymi dziwnych „nie-aresztowań”.

Ale upływ czasu, awanse szwagra tudzież samego Wałacha pozwoliły pokonać i tę przeszkodę. I w 1958 roku towarzysz pułkownik otrzymał Order Krzyża Grunwaldu – na Virtuti Militari się nie zdecydowano – zaś Polska Ludowa zyskała kolejnego „bohatera pocztu sławy”. A on sam niewątpliwie poczuł się tym bardziej zobowiązany do wiernej służby reżimowi. Przejawem tej wierności były niewątpliwie późniejsze publikacje zniesławiające i oczerniające uczciwych ludzi, bohaterów walki o niepodległość, zwykłych Polaków, którzy chcieli po prostu żyć i pracować w wolnej ojczyźnie.

Jeden z mentorów, a jak twierdzą niektórzy badacze „współautorów” Wałachowych kreacji czy raczej kreatur na temat Żołnierzy Niezłomnych, profesor historii Uniwersytetu Śląskiego, Henryk Rechowicz napisał we wstępie do książki „Świadectwo tamtym dniom…”, że „w pracach Wałacha nie ma zajadłej nienawiści.(…) przebija rozwaga, brak ostrych określeń. Przemawiają fakty.

Ten humanizm nie jest przypadkowy. Stanisław Wałach jest komunistą.” I te stwierdzenia mogą posłużyć za clou definicji komunistycznego humanizmu. Bowiem ów „brak ostrych określeń” wynikał z potrzeby operacyjnej manipulacji społeczną wyobraźnią, a niewątpliwa „rozwaga” – głównie w prezentowaniu faktów, które czytelnicy mogliby zweryfikować – z niezgodności ich opisów z oryginalnymi dokumentami, które posłużyły li tylko do zafałszowania i uprawdopodobnienia faktograficznej warstwy publikacji. Nie chodziło bowiem o przekonanie przekonanych, ale o zamącenie obrazu tym mniej świadomym, a zwłaszcza kolejnym pokoleniom. Ten przykład świetnie pokazuje, jak komuniści, zresztą podobnie jak i inne lewackie ugrupowania, bo przecież hitlerowski Goebbels był takoż świetnym manipulatorem, potrafili oddziaływać na społeczeństwo falsyfikując treści zawarte w patriotyzmie, demokracji i humanizmie.

IM DALEJ W LAS, TYM WIĘCEJ DRZEW – gwałciciele, złodzieje i mordercy z UB

Przysłowie głoszące, że im bardziej wchodzi się w gęstwinę leśną, tym więcej drzew widać dookoła, ba, same drzewa, jest nie tylko bardzo prawdziwe, ale świetnie ilustruje wiele innych zagadnień. Także wchodzenie w problematykę utrwalania władzy ludowej i walki komunistów z podziemiem zbrojnym i politycznym. Bo takim gęstym lasem jest wiedza o skali przestępstw komunistycznego aparatu bezpieczeństwa na terenie Ziemi Wadowickiej.

Im więcej pojawia się informacji, im więcej odkrywa się faktów i zdarzeń, ów las przestępstw rośnie i okazuje się rozleglejszy. I nie są to tylko przestępstwa polegające na „standardowym” biciu, strzelaniu lub mordowaniu przeciwników politycznych czy żołnierzy podziemia. Funkcjonariusz bezpieki mieli bowiem absolutne poczucie bezkarności. Niekoniecznie nawet w sensie, że kary nie poniosą w ogóle, ale wiedzieli, że owa kara, jeżeli już będzie, to raczej nie będzie dla nich zbyt dolegliwa. I w poczuciu tej bezkarności zarówno w służbie, jak i poza służbą bawili się świetnie, nie licząc się z życiem ludzi i ich majątkiem. A kiedy już mieli ponieść jakąkolwiek odpowiedzialność z reguły usprawiedliwiali się stresem służby i zasługami.

Przykładem takiego zdarzenia jest grupowy wyjazd funkcjonariuszy wadowickiego PUBP na uroczystości odpustowe do Żarek w sąsiednim powiecie chrzanowskim, skąd pochodził ówczesny kierownik PUBP, por. Władysław Kosowski. Mimo trwającego w wadowickiem ostrego pogotowia w dniu 9 maja 1946 r. zabrał on grupę trzynastu podległych funkcjonariuszy i przydzielonych żołnierzy KBW wraz z dowódcą grupy zaporowej 18 pp ppor. Jerzym Jarosławskim i udał się do rodzinnej wsi na imprezy towarzyszące obchodom rocznicy zwycięstwa na Niemcami, ale przede wszystkim parafialnemu odpustowi.

Tam wszyscy zjedli posiłek obficie zakropiony wódką i samogonem po czym nie bacząc na tłumy ludzi we wsi i na przyległych łąkach urządzili strzelaninę oraz rzucanie granatów, jak później tłumaczyli, dla uczczenia dnia zwycięstwa, a także z racji… „odpustowej tradycji”. Następnie część z nich z W. Kosowskim udała się na zabawę urządzaną przez miejscowe koło Związku Walki Młodych, gdzie szef wywołał awanturę usiłując zmusić obsługę do wpuszczenia całej ekipy bez opłat za wstęp. „Bohaterom i obrońcom się należy” – twierdzili funkcjonariusze.

Po kolejnej strzelaninie awantura ta przeniosła się do jednego z domów prywatnych, który zdemolowali. W międzyczasie do wsi dotarli funkcjonariusze PUBP z Chrzanowa, którzy próbowali uspokoić awanturników, a gdy ci po raz kolejny zaczęli strzelać, w wymianie ognia zabity został funkcjonariusz z Wadowic – Stanisław Piela – i ranionych trzech żołnierzy KBW. Chociaż sprawa stała się tak głośna, że interweniowało MBP, jednak ostatecznie naczelnik WdsF MBP mjr J. Siedlecki zawnioskował do ministra o niekierowanie sprawy do sądu, a jedynie „biorąc pod uwagę zasługi w/w położone w walce o Polskę Demokratyczną” o zwolnienie W. Kosowskiego z aparatu bezpieczeństwa.

Propozycję tą zatwierdził 27 listopada 1946 r. wiceminister BP Mieczysław Mietkowski, a ostatecznie umorzono sprawę 6 maja 1947 r. Już trzy miesiące później W. Kosowski uzyskał rekomendację KW PPR w Krakowie do organów MO i podjął pracę jako kierownik Wydziału Śledczego KM MO w Krakowie, następnie jako zastępca komendanta powiatowego w Bytomiu, komendant powiatowy w Tarnowskich Górach aby w dwa lata później objąć stanowisko zastępcy komendanta wojewódzkiego MO w Poznaniu. Z tego ostatniego stanowiska został zwolniony w 1953 r. w stopniu kapitana za stosowanie i akceptowanie niedozwolonych metod śledczych – tzw. konwejera, czyli przesłuchania ciągłego.

Jak widać, mimo „wyczerpującej służby” oraz prawie stałego stanu gotowości bojowej funkcjonariusze prowadzili nader ożywione i niekoniecznie mieszczące się w ramach regulaminowych życie towarzyskie. Z reguły wszelakim imprezom towarzyszyła konsumpcja alkoholu i to w znacznych ilościach. Niestety ogólne rozpicie polskiego społeczeństwa w okresie powojennym było powszechne. Było dziedzictwem okupacyjnej i pookupacyjnej biedy i chorób, na które jedynym „środkiem zaradczym” bywał w warunkach skrajnej nędzy alkohol, pozornie uśmierzający troski i bóle, ale z drugiej strony jeszcze bardziej niszczący organizmy i degenerujący dusze. Pili zresztą nie tylko funkcjonariusze bezpieki, ale także ogół społeczeństwa.

Znacznie bardziej odrażającego przestępstwa, dopuścił się plut. Tadeusz Petek, żonaty i ojciec pięciorga dzieci, który wieczorem 12 lipca 1946 r. zgwałcił ułomną fizycznie i upośledzoną umysłowo mieszkanką Andrychowa. W śledztwie jako okoliczność łagodzącą podawał, że był pod wpływem alkoholu a owa kobieta „mu się narzucała”. Jak ustalono w czasie dochodzenia, pod wpływem alkoholu bywał często, natomiast grupa operacyjna, do której należał, stacjonowała w Andrychowie od ponad dwóch tygodni.

Mając prawie codzienny kontakt z późniejszą ofiarą (kupował od niej w trafice gazety i papierosy) musiał widzieć jej ułomność fizyczną i zdawać sobie sprawę z upośledzenia. Aresztowano go tylko dlatego, że śledztwo wszczęła Prokuratura Sądu Okręgowego w Wadowicach, która sprawę przekazała do WUBP dopiero po oficjalnym ustaleniu, iż sprawcą jest funkcjonariusz PUBP. Ostatecznie jednak T. Petek uniknął odpowiedzialności, gdyż prowadzący jego sprawę oficer śledczy WPR uznał, iż za czyn ten sprawcy wymierzono by karę poniżej pięciu lat więzienia i zawnioskował o umorzenie postępowania na mocy amnestii. Powyższa sprawa jest jedną z wielu z terenu Ziemi Wadowickiej, w których dochodzenie przeprowadzono tylko dlatego, iż rozpoczęła je Prokuratura SO, a zatem organ spoza formalnego politycznego systemu bezpieczeństwa.

Popełniane poza służbą przestępstwa miały nierzadko służbowy parawan. Przykładem może być tutaj zatrzymanie i przetrzymanie w areszcie w dniach 18-25 grudnia 1946 r., radnego PRN, działacza SD i podstarszego cechu rzemieślniczego w Wadowicach, ale przede wszystkim właściciela kilkumieszkaniowego domu mieszkalnego, Mikołaja Glanowskiego.

Ponieważ w jego kamienicy przy ul. Legionów (przemianowanej w PRL na ul. Feliksa Dzierżyńskiego) zamieszkiwały rodziny funkcjonariuszy MO i UB, które nie miały przydziałów na mieszkanie, usiłowano wymusić na nim akceptację powyższego stanu rzeczy, za pomocą aresztowania i zastraszenia, oskarżając go o wystąpienia antypaństwowe.

Szef PUBP załatwił z Komendantem Powiatowym MO, aby przez trzy dni przetrzymano Glanowskiego w areszcie KPMO, po czym na kolejne trzy dni „przejęto” go do aresztu PUBP. W ten sposób oba organy pozornie nie naruszyły przepisów o konieczności uzyskania sankcji prokuratorskiej czy sądowej na zatrzymanie. Ostatecznie, mimo zwolnienia Glanowskiego z aresztu, jego skarga do Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie na postępowanie UB i MO nie została uwzględniona, a rodziny funkcjonariuszy pozostały w zajmowanych lokalach. Prokurator wojskowy uznał bowiem 30 lipca 1947 r., że „organa bezpieczeństwa nie przekroczyły swej władzy” i postanowił nie wszczynać postępowania.

Akcje prowadzone w terenie dawały niektórym funkcjonariuszom okazję do dowolnego dysponowania mieniem obywateli, czyli kradzieży czy wręcz rabunku. Podczas „akcji pościgowej” w Jastrzębi 11 grudnia 1946 r. starszy sierżant podchorąży PUBP Wadowice Włodzimierz Michta wraz z towarzyszącymi mu milicjantami i żołnierzami weszli przemocą – czyli najzwyczajniej włamali się – do domu Ewy Urbańczyk, gdzie akurat nie było nikogo z mieszkańców.

W czasie czynności wewnątrz domu, które raport naczelnika WdsF określił jako „rewizję” stróże prawa zrabowali słoninę, pół kilograma kiełbasy, brzytwę, firanki, wełniany sweter, flaszkę wina, dwie zapalniczki, 1 m materiału, 250 zł gotówki oraz męskie buty oficerskie, które przywłaszczył sobie sam Michta. Kiedy opuszczali mieszkanie nadeszła właścicielka, która zorientowawszy się w dokonanej kradzieży natychmiast zaczęła interweniować.

Żołnierze oddali jej jedynie słoninę, zaś po interwencji dowodzącego żołnierzami oficera Michta porzucił buty. Pozostałe rzeczy zabrali żołnierze UB i KBW, którzy odmaszerowali już wcześniej do Lanckorony. Główny sprawca owej złodziejskiej „rewizji” W. Michta pochodził z zasłużonej rodziny komunistycznych oprawców i politruków z miechowskiego. Jego bratem był Norbert Michta, funkcjonariusz UB i PPR, znany późniejszy ideolog komunistyczny i generał LWP.

Sam Włodzimierz został w lecie 1946 r. przydzielony do PUBP w Wadowicach z PUBP Nowym Sączu, gdzie zasłynął z łatwości używania broni wobec bezbronnych obywateli. M.in. podczas akademii zorganizowanej przez Ligę Kobiet postrzelił Kazimierza Leśniaka. Prawdopodobnie usiłowano w ten sposób uchronić go przed odpowiedzialnością. Na terenie powiatu wadowickiego odnotowano jednak kolejne jego wyczyny, niewiele mające wspólnego z praworządnością.

W tydzień po wspomnianej akcji w Jastrzębi, 19 grudnia 1946 r. podczas wykonywania czynności służbowych w Zatorze W. Michta wraz z funkcjonariuszami Wacławem Firą, Kazimierzem Gajdą i Romanem Kaczmarczykiem poszukiwali nielegalnie przechowywanej centralki telefonicznej. Sprzętu tego nie odnaleźli, jednak nie zrezygnowali z „poszukiwań” ale po spożyciu alkoholu w restauracji Stybaka postanowili przeprowadzić akcję poszukiwania broni i udali się na rewizję do domu Józefa Gołby. Tam także nic nie znaleźli, ale przesłuchujący Gołbę Michta pobił go po twarzy a następnie zabrał na Posterunek MO gdzie nadal bił go wspólnie z R. Kaczmarczykiem.

Ponieważ Gołba nie przyznał się do posiadania broni, zakazali mu mówić komukolwiek o pobiciu i kazali iść do domu. Powyższy czyn był tylko jednym z zarzutów postawionych Michcie w raporcie naczelnika WdsF, sporządzonym przez por. Boksę. Oprócz tego zarzucono mu wyżej wspomniane postrzelenie człowieka w Nowym Sączu oraz kradzież butów oficerskich. Ostatecznie – za brak dyscypliny i niewłaściwe zachowanie – ukarano go 14-dniowym aresztem oraz zwolnieniem z pracy w organach UB, natomiast zawnioskowano umorzenie sprawy w WPR na mocy amnestii.

Obecnie wiadomo, że postrzelenie Kazimierz Leśniaka w Nowym Sączu było tylko formalnym pretekstem przeniesienia Michty do Wadowic. W rzeczywistości na tamtejszym terenie popełnił on o wiele poważniejsze przestępstwo. Podczas rzekomej obławy na partyzantów jednego z oddziałów Zgrupowania „Błyskawica” majora Józefa Kurasia zastrzelił nad ranem 1 czerwca 1946 r. w Siedlcu Józefa Górawskiego vel Górowskiego, podejrzewanego o współpracę z oddziałem „Ognia” oraz doktora Szymona Niedźwiedzia, któremu zarzucano udzielanie pomocy rannym żołnierzom „Ognia”.

Funkcjonariusze UB wyprowadzili zatrzymanych z ich domów – Górowskiego po pretekstem wskazania drogi zaś Niedźwiedzia pod pretekstem konieczności udzielenia pomocy. Górowski zginął 200 metrów od własnego domu zaś dr Niedźwiedź w ogrodzie plebanii, gdzie mieszkał i miał gabinet. W komunistycznej publikacji „Oddali życie w walce o nową Polskę” informacje dot. dra Niedźwiedzia na str. 171 sfałszowano, prezentując go jako „ofiarę podziemia nie zaangażowaną po stronie władzy ludowej” podając błędne imię Szczepan zamiast Szymon, określając jego zawód jako „lekarz-weterynarz” podczas gdy był doktorem wszech nauk lekarskich, oraz opisując, że „zginął w nocy 31 V/1 VI 1946 r. w Siedlcach z rąk nie ustalonej bojówki podziemia”. Czyżby zatem w owej akcji funkcjonariusz W. Michta wraz z towarzyszącymi mu w popełnianiu zbrodni funkcjonariuszami PUBP N. Sącz: sierż. Wojciechem Jaroszewiczem, sierż. Józefem Ciulikiem oraz kapralem Władysławem Chladnym vel Hladnym oficjalnie występowali jako oddział pozorowany?

W świetle przedstawionych informacji powraca pytanie: Czy organy bezpieczeństwa zapewniały bezpieczeństwo obywatelom, czy jedynie realizowały w praktyce zbrodniczą doktrynę komunistyczną? I czy bezkarność funkcjonariuszy wynikała z prawnego bezwładu państwa lub pomieszania systemu praworządności, czy raczej była przemyślaną koncepcją polityczną, pozwalającą na „wychowanie” bezwzględnie posłusznych wykonawców najbardziej zbrodniczych rozkazów?

MICHAŁ SIWIEC – CIELEBON