Długo ociągałem się z pisaniem o tej książce. Prawie tak długo jak z jej czytaniem. Przebrnięcie przez nią zajęło mi grubo ponad miesiąc, choć początkowo nic takiego obrotu spraw nie zapowiadało. Dość szybko jednak dotarło do mnie, że jest to jeden z bardziej toksycznych tekstów, z jakim ostatnimi laty miałem do czynienia. Odkładałem, to znów wracałem, by po kilkunastu stronach po raz kolejny rzucić i zająć się czymś przyjemniejszym. I zawsze towarzyszyło mi skrajne obrzydzenie. Tak jakby ktoś kazał mi łykać wysączającą się z kartek truciznę. Z czego brały się te tortury? Najprawdopodobniej z tego, iż dawno żadna książka tak mocno nie rezonowała z moimi najgłębszymi niepokojami.

Zaliczam się do nader szczególnej – nie wiem niestety na ile licznej – kategorii ludzi, którzy po dłuższej nieobecności usiłują odbudować swoją zerwaną więź z Kościołem, lecz przy tym, nawet w najgorszym zwątpieniu w nadprzyrodzone pochodzenie samego Kościoła, nie utracili przekonania, że ma on rację w najbardziej kluczowych punktach toczącej się obecnie wojny o wartości. Nawet jeżeli nie braliśmy udziału w mistycznym życiu Kościoła, traktowaliśmy go jak sojusznika w walce o to, co uważaliśmy za słuszne. Często broniliśmy go przed niesprawiedliwymi atakami, choć zdarzało się i tak, że mieliśmy w tym zakresie konflikt sumienia, czując, że zarzuty, choć formułowane przez wrogów, zawierają ziarno gorzkiej prawdy.

Dziś, kiedy mniej lub bardziej udolnie wracamy, rozglądamy się niepewni, czy jest to ten sam Kościół, który niegdyś porzuciliśmy. No dobrze, może nie powinienem używać liczby mnogiej, bo to swoiście moje doświadczenie – być może wynikające ze specyficznie polskiej perspektywy lub po prostu z tego, że wychowałem się w blasku papieża Karola Wojtyły, który wiele obecnych już wówczas rys i pęknięć bardzo skutecznie zasłaniał. W Kościele, który zapamiętałem, nie kwestionowało się realności diabła ani tego, że małżeństwo może tworzyć jedynie mężczyzna i kobieta, a komunia nie należy się osobom rozwiedzionym. To był jednak inny świat.

I nie żebym nie zdawał sobie sprawy z tych przemian. Nie siedziałem przecież pod korcem. Sęk jednak w tym, że człowiek jest mistrzem wypierania ze świadomości niewygodnych faktów, toteż rozmaite budzące zastrzeżenia procesy długo traktowałem jak groźne, bo groźne, ale mimo wszystko anomalie, nie zaś jak coś, co powoli zaczyna stanowić dominujący nurt w tym, co jeszcze pozostało z ziemskiego wymiaru Kościoła. A tak naprawdę chcę tu po prostu powiedzieć, że „Czas szaleństwa czy czas wiary” Pawła Lisickiego i Tomasza D. Kolanka nie jest chyba najlepszą lekturą dla ludzi takich jak ja. A nie jest nią bynajmniej nie dlatego, że eksploruje bolesne zagadnienia, lecz dlatego, że tak mało w tej książce zwykłej nadziei. To właściwie mój fundamentalny zarzut.

W rozmowach z publicystą magazynu „Polonia Christiana” naczelny „Do Rzeczy” obszernie i rzeczowo rozwodzi się nad przyczynami kryzysu dotykającego dzisiaj instytucjonalny Kościół i związanych z nim próbach ostatecznego rozmontowania opartej na chrześcijaństwie zachodniej cywilizacji, tylko że nie daje w zasadzie żadnego pocieszenia. Niby gdzieś tam między wierszami przewija się myśl, że to Bóg, a nie ludzie i ich śliskie knowania, jest prawdziwym władcą dziejów, ale brzmią one – przynajmniej dla mnie – raczej mało przekonująco, trochę jak doklejone na siłę. Wiem, że nie tego należy oczekiwać po publicystycznych wywodach, ale z drugiej strony ktoś, kto deklaruje się jako wierzący, mógłby swoim towarzyszom w dźwiganiu jarzma krzyża przynieść odrobinę ulgi.

A tymczasem śledzenie wymiany jakże błyskotliwych refleksji obu panów może pozostawić czytelnika zmiażdżonym, bezradnym, wytartym z resztek nadziei, że jeszcze nie wszystko z kretesem przegrane. Może w związku z tym przywieść do wniosku, że być może do takiego Kościoła nie warto wracać, bo zwyczajnie nie ma do czego. Pozamiatane, szlus, kaplica. Ale znów – może to tylko moje skrzywienie, wynikające z… no, licho właściwie wie czego. Ze zbyt słabej wiary? Wrodzonej skłonności do widzenia świata w odcieniach czerni?

Tym bardziej więc wypada mi zgodzić się z konstatacją autorów, że ta książka nigdy nie powinna była powstać. Nie powinniśmy bowiem – jak odnotowuje Kolanek w przedmowie – nigdy dożyć czasów, w których Kościół zacznie tak spektakularnie odchodzić od swego najważniejszego zadania, czyli walki o zbawienie ludzkich dusz. Co za tym idzie – katolicy nigdy nie powinni być stawiani przed tak trudnym wyborem jak dziś: stać na straży zawartej w przesłaniu Chrystusa Prawdy czy być posłusznymi swym pasterzom, z samym papieżem na czele, nie wspominając o powszechnym poddawaniu w wątpliwość boskości Zbawiciela czy autentyczności Ewangelii.

Trafna wydaje się też diagnoza, że coraz wyraźniej zauważalna we współczesnym Kościele erozja jego fundamentów jest o wiele bardziej niebezpieczna niż wszystkie dotychczasowe – od wielkiej schizmy zachodniej po reformację. One – jak zauważają rozmówcy – miały w gruncie rzeczy dosyć ograniczony zasięg. Dotyczyły najwyższych struktur hierarchii i bardziej światłych wiernych, lecz w żaden sposób nie odbijały się na życiu ochrzczonych mas. Dziś jest inaczej – zamęt doktrynalny coraz częściej dotyka szeregowych wiernych, którym w zależności od rejonu Ziemi, w którym żyją, aplikuje się różne wersje nauczania.

Dodatkowy powód do niepokoju stanowi według Lisickiego fakt, że ta pełzająca rewolucja dokonuje się niejako w białych rękawiczkach. A do tego już nie z zewnątrz – z szańca wrogów, których można w miarę łatwo zidentyfikować i wyprowadzić skuteczną kontrę – lecz od środka, za sprawą ukąszonych relatywizmem kardynałów, teologów i historyków niezmordowanie pracujących nad podważaniem nadprzyrodzonego rozumienia misji Kościoła i głoszonych przezeń, przekazanych przez samego Syna Bożego, imponderabiliów. Oczywiście dzielnie sekundują im w tym otwarcie antykościelni lewicowi ideolodzy, ruchy feministyczne i rzesze intelektualistów, którzy nieustannie rewidują i dekonstruują zarówno samą Biblię, jak i pisma pozostawione przez późniejszych ludzi Kościoła.

Tutaj szczególnie warte głębszego wczytania się są uwagi Lisickiego o negowaniu historyczności treści Ewangelii. Szef „Do Rzeczy”, posiłkując się źródłami, wykazuje nie tyle nawet ignorancję, co po prostu złą wolę wielu badaczy, którzy prawem kaduka rzutują w przeszłość panującą obecnie w humanistyce obsesję doszukiwania się wszędzie dyskryminacji i przemocy. W rezultacie otrzymujemy zafałszowany przekaz, w myśl którego najpierw ewangeliści, a następnie ojcowie Kościoła ustalający biblijny kanon, próbowali coś przed nami ukryć. Na przykład rzeczywistą rolę Marii Magdaleny, która to jakoby padła ofiarą wczesnochrześcijańskiego patriarchatu.

Tutaj natykamy się na kolejne wskazywane przez Lisickiego i Kolanka zagrożenie. O ile bowiem dawne nurty rewolucyjne, na czele z komunistami, usiłowały otwarcie Kościół niszczyć – co w pewnym sensie stwarzało czystą sytuację – o tyle dziś coraz częściej możemy zaobserwować dużo bardziej podstępną taktykę polegającą na oswajaniu Kościoła, przeciąganiu go na swoją stronę. Stąd między innymi próby udowadniania, że gdyby Jezus narodził się dziś, to bez wątpienia wspierałby postulaty LGBT – przecież miłość nie wyklucza – bądź robienia z Marii Magdaleny niedocenionej przez historię ikony feminizmu. Dzieje się tak z dwóch powodów: po pierwsze zdano sobie sprawę, że Kościół jest za duży, by tak po prostu upadł, po drugie chrześcijański kod, nawet zeświecczony, wciąż ma wpływ na kulturę.

Chodzi więc już nie tyle o to, ażeby Kościół zneutralizować, usunąć z drogi nieuchronnego postępu, co raczej o to, by poddać go intoksykacji duchem czasów i poprzez to włączyć w ów proces. Trochę jak w „Stranger Things”, gdzie pochodzący z innego wymiaru łupieżca umysłów zarażał ludzi, sprawiając, że stawali się częścią niego. W tym zresztą – co nie powinno stanowić żadnego zaskoczenia dla znających choćby pobieżnie konserwatywną myśl – autorzy „Czasu szaleństwa” upatrują zasadniczy wspólny cel tych zabiegów. Przy okazji zaś konstatują, że współczesny Kościół – pozbawiony autorytetów na miarę Ratzingera i zmęczony rolą wiecznego chłopca do bicia – chętnie się owemu diabelskiemu uwodzeniu poddaje.

Ale gdzie w takim razie szukać przyczyny? Tu też raczej nie napotkamy na niespodziankę, choć może sposób, w jaki kwestię ujmuje Lisicki, napawa grozą i – chyba nawet stokroć bardziej – smutkiem. Otóż przyczyną jest – ni mniej, ni więcej – utrata przez ludzi wiary i żywej relacji z Bogiem. Jak więc w takiej sytuacji mamy z otwartym sercem przyjąć prawdę o niepokalanym poczęciu, rzeczywistej przemianie hostii w ciało Chrystusa czy o tym, że umarli mogą powrócić do życia? Musimy – tak jak przywoływani przez Lisickiego badacze – uznać to w najlepszym razie za mit, alegorię, zapis ówczesnej świadomości, a w najgorszym zwalczać, i to tym zajadlej, im bardziej nie mamy racjonalnych kontrargumentów. Jak ja to, cholera, dobrze znam.

Na marginesie tego wątku nie mogę nie odnotować całego rozdziału, w którym Lisicki pochyla się nad tzw. holokaustianizmem. Objaśnia on mianowicie, że w obliczu utraty więzi z Bogiem bałwochwalcze czczenie Holokaustu stało się swego rodzaju substytutem religii – najpierw dla samych Żydów, którzy nie dosyć, że nie przyjęli Chrystusa, to jeszcze wyrzekli się Boga ze Starego Testamentu, a potem dla liberalno-lewicowych elit, którym kult Zagłady również służy za protezę metafizyki, a także jako nader poręczna pałka do walenia w chrześcijaństwo i ideowych oponentów pod pretekstem świętej wojny z antysemityzmem. Tę prawidłowość też niestety poznałem na własnej skórze.

No i cóż mam rzec tytułem podsumowania? Może to, że odkładając „Czas szaleństwa czy czas wiary”, czułem się trochę, jakbym opuszczał mroczny pokój pełen potworów. Tyle że niestety nawet w blasku dnia słyszę ich warczenie. Przyznam też, że nieco udzieliła mi się wiejąca z tej książki aura beznadziei. Miałem pokusę, żeby sobie odpuścić, pójść jakąś własną drogą – a niech to wszystko gnije, niech się w cholerę wreszcie zawali. Po co się napinać, skoro wszelkie wysiłki i tak zostaną zniweczone przez tych silniejszych? Chociaż z drugiej strony – jeśli tak zrobię, pozwolę im wygrać. No i tak się z tym kulam.