Jedno z haseł antykomunistycznej opozycji z czasów Polski Ludowej wołało „Katyń – pamiętamy”. Straszliwe w swej wymowie, ale także straszliwe dla systemu komunistycznego w Polsce, informacje szeptem podawane z ucha do ucha, nieco rzadziej prezentowane półoficjalnie w wąskich kręgach uczestników Klubów Inteligencji Katolickiej, różnorakich duszpasterstw czy stowarzyszeń.

Głośniej wypowiadane w okresie duchowego odrodzenia polskości w czasie kilkunastomiesięcznego „karnawału Solidarności”. Ale czy dziś data 13 kwietnia kojarzy się Wam z jakimś konkretnym wydarzeniem? Choćby tak jak 10 kwietnia? A mają wiele wspólnego…

Dla wielu Polaków ta data 13 kwietnia pozostaje tylko kolejną kartką w kalendarzu. A przecież to właśnie w kwietniu 1940 r. rozpoczęła się największa fala eksterminacji Polaków uwięzionych w sowieckich więzieniach i obozach. W trzy lata później, w kwietniu 1943 r. jeden z elementów tej zbrodni ujawniony został w lesie nieopodal miejscowości Katyń, w Smoleńskiej obłasti. Właśnie od nazwy miejscowości i lasku, w którym odkryto masowe groby oficerów Wojska Polskiego więzionych wcześniej głównie w obozie w Kozielsku, ludobójstwo to nazwane zostało Zbrodnią Katyńską. W kwietniu 2015 r. minęło zatem 75 lat od zbrodni ludobójstwa popełnionej na przedstawicielach przywódczych warstw narodu polskiego, władz państwowych, administracji, wojska, policji, na obywatelach Rzeczypospolitej, którzy dostali się do niewoli sowieckiej w wyniku agresji ZSRS na Polskę w dniu 17 września 1939 r. Minęło także 72 lata od jej ujawnienia światu.

Takich obozów i więzień jak Kozielsk, w których masowo przetrzymywano Polaków, zanim doszło do ich eksterminacji, było w ówczesnym Związku Sowieckim kilkadziesiąt. Wielusettysięczne masy zapełniały także inne obozy i więzienia, oraz miejsca karnego osiedlenia, jako ludzie przewidziani do wyniszczenia pracą ponad siły w warunkach skrajnego wyczerpania z braku podstawowych dóbr służących podtrzymaniu funkcji życiowych. To, że wiele tysięcy z nich przeżyło zawdzięczać należy wybuchowi wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 r. i w efekcie tegoż podpisaniu umowy pomiędzy premierem Rządu RP przebywającego wskutek wojny w Londynie, generałem Władysławem Sikorskim a przywódcą Związku Sowieckiego, Józefem Stalinem. Rozpoczęto wtedy tworzenie Armii Polskiej w ZSRS pod dowództwem gen. Władysława Andersa i systematyczne zbieranie informacji o Polakach rozsianych po bezkresnych obszarach republik Rosji Sowieckiej. Także i o tych, których ślad ostatecznie urwał się na „nieludzkiej ziemi”.

WRAŻE IMPERIUM KONTRA POLACY

Kiedy w 1920 r. bolszewicka Rosja najechała na Polskę, jej wojska pokazały do czego są zdolne, mordując często Polaków bez pardonu. Jednak tysiące polskich żołnierzy trafiły do niewoli. Wielu z nich zmarło z głodu i chorób w Rosji, część powróciła po zakończeniu działań wojennych. Było to możliwe, bowiem po odwróceniu się losów wojny i odparciu Armii Czerwonej spod Warszawy i Lwowa, a następnie pokonaniu jej w bitwie niemeńskiej, bolszewicy zmuszeni zostali do zaniechania agresji i zawarcia pokoju z Polską. Wtedy Rzeczypospolita obroniła niepodległość. I obroniła czy uratowała swoich obywateli.

W 19 lat później, kiedy rosyjski imperializm napadł na Polskę w porozumieniu z Hitlerem, do niewoli sowieckiej dostało się prawie 250 tysięcy żołnierzy WP. Trafnie określili ich późniejsi historycy jako jeńców niewypowiedzianej wojny. Wkroczenie Armii Czerwonej na ziemie polskie nie było bowiem, jak twierdzili komunistyczni politycy i dyspozycyjni historycy, aktem „bratniej pomocy” dla zamieszkujących wschodnie ziemie RP mniejszości narodowych, ale najzwyklejszym aktem agresji. Jednak ZSRS faktycznie nie wypowiedział wtedy oficjalnie wojny II RP, a tylko jego władze uznały, że dzięki agresji niemieckiej Polska nie ma już racji bytu jako samodzielne państwo.

W efekcie tych wydarzeń w historycznym obiegu pojawiło się pojęcie „IV rozbioru Polski”. Pojęcie jak najbardziej zgodne ze stanem faktycznym. Bo czymże innym, jak nie rozbiorem był w istocie dokonany w wyniku umowy niemiecko-sowieckiej, znanej jak Pakt Ribbentrop-Mołotow, podział ziem polskich pomiędzy dwóch agresorów? I dlaczego, skoro była to „bratnia pomoc”, więzienia i obozy w ZSRS i na zajętych ziemiach II RP zapełniły się tysiącami polskich obywateli, nie tylko Polaków zresztą, przetrzymywanych wbrew jakiemukolwiek cywilizowanemu prawu?

A patrząc szerzej, dlaczego ziemie Europy Wschodniej podzielone zostały na „strefy wpływów”, co skutkowało dalej utratą niepodległości przez kraje bałtyckie, oraz sowiecką agresją wobec części terytorium Rumunii? Dlaczego wreszcie jako początek Wielkiej Wojny Ojczyźnianej przyjmują Rosjanie datę 22 czerwca 1941 r., podczas gdy II wojna światowa rozpoczęła się 1 września 1939 r. O nowym ładzie w Europie z dumą mówili wtedy i Hitler i Stalin. Niemcy podkreślali, że przestało istnieć „Saisonstaat” czyli „państwo sezonowe” – Polska, zaś sowiecki minister spraw zagranicznych, Wiaczesław Mołotow (prawdziwe nazwisko Skriabin) mówiąc o likwidacji Rzeczpospolitej użył określenia „jurodliwyje dietiszcze wersalskowo dogowora” czyli „pokraczny bękart traktatu wersalskiego”, który rozsypał się pod jednym uderzeniem armii niemieckiej i drugim – armii sowieckiej.

Formalnie wojny z ZSRS nie było, ale żołnierze polscy walczyli z najeźdźcą pod Grodnem, Kodziowcami, Szackiem czy Wytycznem. Gen. Franciszek Kleeberg wyprowadzał Samodzielną Grupę Operacyjną „Polesie” z Pińska i głębi Polesia aż na Lubelszczyznę, w ślad za nim maszerowało zgrupowanie Korpusu Ochrony Pogranicza dowodzone przez gen. Wilhelma Orlika-Rückemanna. Dowódcy czynili to właśnie po to, aby ich żołnierze mieli szansę uniknięcia katyńskich mogił. Bo wrogie nastawienie Rosji – bez względu, białej czy czerwonej, wobec Polski i Polaków było znane i oczywiste. Ale prawdopodobnie, mimo dużej wiedzy o zbrodniczej istocie systemu komunistycznego, w najśmielszych przypuszczeniach nie brano pod uwagę, że mord, jeżeli do niego dojdzie, dokonany zostanie tak masowo. Bo oprócz całej ogromnej martyrologii społeczeństwa polskiego pod sowiecką okupacją, Zbrodnia Katyńska była także największą masową zbrodnią na jeńcach wojennych.

W wyniku sowieckiej agresji z 17 września 1939 r. w głąb Związku Sowieckiego wywieziono z ziem Rzeczypospolitej w czterech głównych falach wysiedleń co najmniej milion obywateli polskich. Co najmniej, bowiem w przypadku większości wymienionych grup czy fal aresztowań różne źródła podają odmienne dane liczbowe. Ze względu na brak wielu dokumentów z archiwów posowieckich liczby te nie zawsze mogą być zweryfikowane. Peerelowski kultowy i wzorcowo zakłamany serial „Czterej pancerni i pies” rozpoczyna się właśnie w głębi ZSRS. Janek Kos, syn polskiego oficera, wyrusza na wojnę z Niemcami z dalekowschodnich terenów Związku Sowieckiego. Autorzy – scenariusza i serialu – nie wyjaśniają, skąd wziął się na Syberii. Tak, jakby pojechał tam na wycieczkę z „Orbisem”.

Pierwsze ustalenia odnośnie polskich jeńców wziętych przez Armię Czerwoną podejmowano na Kremlu już 2 października 1939 r., a więc zaledwie po dwóch tygodniach działań wojennych przeciwko Polsce. Zapadły wtedy decyzje o przekazaniu części szeregowych Niemcom, natomiast o zgromadzeniu najbardziej „kontrrewolucyjnego elementu”, czyli głównie oficerów, ale także żandarmów, policjantów itp. w odrębnych obozach – generałów i oficerów w obozie w Starobielsku, policjantów i żandarmów w obozie w Ostaszkowie. Bardzo szybko po zapełnieniu obozu starobielskiego oficerów zaczęto także grupować w Kozielsku.

Jeńców poddawano przesłuchaniom i inwigilacji przez działające przy poszczególnych obozach specjalne oddziały NKWD, które powołano już w początkach października. Niewiele później, 5 listopada sowieckie organa bezpieczeństwa przystąpiły do opracowywania materiałów na temat zamieszkałych bądź pozostających w wyniku wydarzeń wojennych na terenach tzw. Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy (czyli zaanektowanych przez ZSRS ziemiach RP) policjantach, urzędnikach, ziemianach, duchownych, osadnikach, działaczach społecznych itp. oraz ich rodzinach. Więzienia w tych obwodach zapełniły się bardzo szybko i aresztowani przez kilka miesięcy oczekiwali na decyzję w sprawie swoich losów.

Co ciekawe, także wtedy przystąpiono do opracowania podobnych materiałów dotyczących ziem, które znalazły się pod okupacją niemiecką, czyli w ówczesnej strefie wpływów Hitlera. Nie ma dowodów, czy zebrane wtedy dane przekazano Niemcom. Ale komuniści mieli znacznie bardziej dalekosiężne plany. Owe materiały miały się przydać po najeździe ZSRS na III Rzeszę i zajęciu Europy na zachód od linii rozgraniczającej strefy wpływów. I rzeczywiście, jak świadczą nieliczne ślady archiwalne, owe sporządzane w 1939 i 1940 r. listy proskrypcyjne i spisy „wrogiego elementu” wykorzystane zostały przez organa NKWD i UB po roku 1944 w miarę zajmowania ziem polskich przez wojska sowieckie i instalowania polskojęzycznej władzy komunistycznej.

W dniu 5 marca 1940 r. zapadła „w trybie specjalnym” decyzja skazująca na eksterminację 14700 oficerów i funkcjonariuszy zgromadzonych we wspomnianych trzech obozach oraz około 11 000 innych obywateli polskich więzionych na Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainie. Od 3 kwietnia do 19 maja 1940 r. wymordowano jeńców obozów, a przez całą wiosnę wywożono przetrzymywanych w więzieniach aresztowanych, po których od tej chwili ślad zaginął. Według dokumentów sowieckich pochodzących z lat późniejszych (1956 r.) zamordowano wówczas łącznie 21 857 osób, w tym 14 552 jeńców oraz 7305 więźniów. Zatem poddanych działaniu dyrektywy biura politycznego partii sowieckiej z dnia 5 marca 1940 r. zostało prawie 22 tysiące obywateli polskich, którzy znaleźli się w niewoli wskutek agresji ZSRS wobec Polski.

Czym był ów „tryb specjalny”? Był doraźnym i zaocznym sądem kapturowym, urągowiskiem z elementarnych zasad sądzenia i skazywania. W tym konkretnym „polskim” przypadku trzech wysokich urzędników sowieckiego NKWD, wiceministrów i szefów wydziałów w centrali Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ZSRS, Leonid Basztakow, Bogdan Kobułow i Wsiewołod Mierkułow podpisało wniosek do najwyższych władz partyjnych i państwowych ZSRS o ostateczne załatwienie sprawy przetrzymywanych jeńców i więźniów polskich, poprzez ich eliminację, czyli likwidację. Ten wniosek akceptowało całe Biuro Polityczne sowieckiej partii, towarzysze: Josif Stalin, Klimient Woroszyłow, Wiaczesław Mołotow, Anastas Mikojan, Michaił Kalinin i Łazar Kaganowicz, którzy nakazali zastosowanie wobec więzionych Polaków „najwyższego wymiaru kary – rozstrzelania”. Nie było żadnego przewodu sądowego, żadnego dowodzenia „winy”. Sprawę załatwiono kilkoma pismami przepływającymi pomiędzy centralnymi urzędami w Moskwie. Tak „sprawnie” komuniści decydowali o losach tysięcy ludzi rozsianych w więzieniach i obozach na rozległym obszarze imperium. O losie ostatecznym.

Prowadzona w ZSRS eksterminacja Polaków realizowana była w tym samym czasie, co prowadzone na ziemiach polskich okupowanych przez III Rzeszę działania kolejnych „Polen-Aktion”, Inelligenz-Aktion”, „Ausserordentliche-Befriedukgsaktion” czyli „Akcji (przeciw)Polskiej” „Akcji (przeciw) Inteligenckiej” i „Akcji A-B”. Dzisiaj wiadomo, że co najmniej od późnej jesieni 1939 r. i początku zimy 1940 r. hitlerowska tajna policja państwowa, czyli gestapo oraz sowiecka policja polityczna, czyli NKWD, nawiązały ścisłą współpracę zwłaszcza w zakresie likwidacji „żywiołu polskiego”. Nie można nie dostrzec, że prowadzona równolegle po obydwu stronach linii Ribbentrop-Mołotow – nawet, jeżeli obie strony niekoniecznie przekazywały sobie wszystkie materiały czy informacje – akcja eksterminacyjna wygląda na bardzo dobrze skoordynowaną.

WADOWICKI POMNIK KATYŃSKI I INNE ASPEKTY GOLGOTY WSCHODU WADOWICZAN

Kiedy przed pięciu laty samorząd Wadowic postanowił trwale upamiętnić mieszkańców regionu i osoby z naszym terenem związane, a zamordowane w Katyniu, Charkowie, Twerze i innych miejscach kaźni, udało się zweryfikować związki z Ziemią Wadowicką aż 250. ofiar Zbrodni Katyńskiej. Już wtedy wiadomo było, że konieczne są dalsze badania a lista ofiar będzie obszerniejsza, tym bardziej, że do dnia dzisiejszego nieznane są wykazy Polaków aresztowanych i zamordowanych na Białorusi.

Znane są także nazwiska co najmniej kilkunastu osób na pewno więzionych w obozach jenieckich oraz więzieniach NKWD, których nie wymieniono na ujawnionych dotychczas listach wywozowych czy listach stanów tych więzień i obozów, a których ślad zaginął w 1940 r. w ZSRS. Dzisiaj nadal trwają badania i weryfikacja różnych informacji, a obecny stan wiedzy pozwala założyć, że w przyszłości pomnik trzeba będzie uzupełnić co najmniej liczbą 50, a być może nawet do 100 nazwisk. Prowadzone badania pozwalają na dotarcie do wielu rodzin pomordowanych na Wschodzie, pozwalają także ustalić bardziej szczegółowo losy wymienionych na Pomniku. A także zweryfikować czy ustalić kolejne nazwiska pomordowanych, które trzeba będzie „dopisać” na Wadowickim Pomniku Katyńskim. Będą wśród nich m.in. ppor. rez. dr Wiktor Leśko, sędzia wadowickiego Sądu Okręgowego przed 1939 r. czy emerytowany st. sierż. 12 pp Stanisław Górecki i co najmniej pół setki innych Wadowiczan.

Ale Zbrodnia Katyńska to tylko jedno ze swoistych apogeów traktowania Polaków przez sowiecki imperializm. Ofiar było znacznie więcej, umierających czy mordowanych w różnych warunkach i okolicznościach, niekoniecznie na mocy dyrektywy z 5 marca 1940 r., za to niewątpliwie w myśl odwiecznej polityki wschodniego imperium wobec Polski i Polaków. W wyniku prowadzonych poszukiwań powiększyła się lista znanych nazwisk żołnierzy polskich związanych z Ziemią Wadowicką, którzy w 1939 r. trafili do sowieckiej niewoli. Niektórzy z nich zmarli w obozach już w pierwszych miesiącach wojny, jak Stanisław Kaspera z Przeciszowa, żołnierz 12 Pułku Piechoty Ziemi Wadowickiej zmarły 21 listopada 1939 r. w jenieckim obozie pracy Marganiec – Stalińskaja Żeleznaja Doroga, w obłasti Dniepropietrowskiej.

Inni marli w wyniku katorżniczej pracy zwiększającej śmiertelność wśród jeńców. Jak Karol Mosor (Mosór) z Jaszczurowej, który wycieńczony pracą i nieludzkimi warunkami niewoli zmarł 21 stycznia 1941 r. w obozie Ukszta na Syberii i pochowany został na brzegu rzeki Ural.

Inni – nie tylko żołnierze, ale także cywilni uciekinierzy z terenu zajętego przez III Rzeszę zmarli na zesłaniu, jak np. emerytowany urzędnik wadowickiej poczty, Józef Karpiński w styczniu 1942 r. w Suslanger w Maryjskiej obłasti, czy ppor. rez. WP i kier Szkoły Powszechnej w Przeciszowie-Podlesiu Jan Nikiel, który podczas przechodzenia granicy sowiecko-niemieckiej w listopadzie 1939 r. złamał nogę i zmuszony został do pozostania pod okupacją sowiecką, po czym zesłany do obozu Mołoga, na południowy wschód od Leningradu (dziś Petersburga) skąd nie powrócił. Tragiczne były także losy wielu wadowickich Żydów, którym powidła się wprawdzie ucieczka przed wojskami Hitlera, ale nie przetrzymali pobytu na Syberii czy w azjatyckich republikach ZSRS.

Sowieckie imperium kontynuowało swoją zbrodniczą politykę wobec obywateli polskich na ziemiach Polski od 1944 r. W 1945 r. wywieziono z Wadowic grupę mieszkańców, wśród których był m.in. urzędnik Andrychowskich Zakładów Braci Czeczowiczka, kpt. rez. WP Aleksander Barabasz, mąż profesorki Gimnazjum Teresy Heriadinówny, zmarły 6 grudnia 1945 w lwowskim więzieniu przy ul. Łąckiego, plut. rez. WP a w latach międzywojennych policjant miejski i pracownik Zarządu Miejskiego Wadowic Kazimierz Ćwięk, zmarły 18 września 1945 r. w obozie Nural na Kaukazie, czy Stanisław Kryjak z Choczni zastrzelony w rejonie Penzy na Uralu 17 marca 1945 r. podczas próby ucieczki z transportu na Sybir. Masowo ginęli i marli bo byli obywatelami Rzeczypospolitej, bo taka była kwintesencja polityki Rosjan wobec Polski i Polaków, wobec ludzi którzy na tej ziemi wyrośli, pracy i służbie dla niej poświęcili najlepsze swoje lata, i którzy właśnie za fakt tej pracy i służby skazani zostali na wyniszczenie. Jesteśmy im – wszystkim męczennikom Golgoty Wschodu – winni pamięć. Szczególne, chociaż nie tylko w dniu 13 kwietnia, ogłoszonym decyzją Prezydenta RP „Dniem Pamięci Katynia”.

SMOLEŃSKA TRAGEDIA – KLAMRA POLITYKI I PAMIĘCI

Przed pięciu laty, gdy przygotowywaliśmy się do odsłonięcia Wadowickiego Pomnika Katyńskiego, 10 kwietnia 2010 r. Polaków przytłoczyła kolejna tragedia. W katastrofie na smoleńskim lotnisku zginął Prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej wraz z małżonką oraz 94 towarzyszące im osoby, udające się na obchody rocznicy Zbrodni Katyńskiej. Chociaż byli przedstawicielami różnych środowisk i nurtów politycznych, wszyscy pragnęli zjednoczeni wobec narodowej tragedii oddać hołd jej ofiarom. Bo to miało służyć Polsce, bo to była służba Polakom. I tak zjednoczeni w potrzebie narodowej pamięci stali się kolejnym kamieniem polskiej historii. I kolejnymi tragicznymi ofiarami.

Jeszcze na dobre nie skończyła się żałoba narodowa, gdy rozpoczęła się cyniczna gra nad grobami ofiar tej tragedii. I trwa już pięć lat. W tym czasie niewiele konkretnego dowiedzieliśmy się o przebiegu tragedii, o zdarzeniach jej towarzyszących, o okolicznościach tego, co nastąpiło potem. Za to informacyjne wrzutki, publikacje, wypowiedzi „ekspertów” podzieliły społeczeństwo i podsycają różne animozje. I jako żywo przypominają ową przepychankę propagandowo-informacyjną po Zbrodni Katyńskiej, kiedy Sowieci usilnie starali się obciążyć odpowiedzialnością za ową tragedię Niemców. A jakże, nawet w akcie oskarżenia w Procesie Norymberskim znalazł się odpowiedni passus, przygotowany przez przedstawicieli Rosji pod wodzą generała Rudenki. I padł zdruzgotany przez prawdę. Ale wtedy dowody – a przynajmniej ich część – pozostawały w zasięgu przedstawicieli Wolnego Świata.

Dowody w sprawie tragedii smoleńskiej nadal są w wyłącznej dyspozycji Rosji. Polacy i Wolny Świat wydają się być skazani na wersję przygotowaną przez przedstawicieli Rosji pod wodzą generał Anodiny. A ta każe nam wierzyć w „ustalenia” bez poparcia dowodami. Zamiast naukowych badań, obliczeń i materialnych dowodów pokazano nam kolorową i nader sugestywną prezentację. Tudzież opowieść o „pancernej brzozie”, opowieść, która, gdyby nie dotyczyła tak olbrzymiej tragedii, mogłaby służyć za scenariusz groteski.

Rodziny ofiar próbuje się dzielić na te lepsze i te „zacietrzewione”. I zadaje się podchwytliwe a cyniczne pytania w stylu: „Czy tragedia smoleńska nie przysłoni Zbrodni Katyńskiej?” Jestem pewien, że nie przysłoni. Jestem przekonany, że wręcz odwrotnie, uwypukli. Bo oni polecieli do Smoleńska właśnie podkreślić ważność pamięci o tej tragedii dla Polaków. Ich śmierć dodała tamtej wielkiej zbrodni sprzed lat dodatkowy tragiczny wymiar dzisiaj. I jeszcze głębiej wryła ją w polską pamięć.

Zgodnie z cywilizowanymi zasadami prawnymi, dopóki jakiejkolwiek hipotezy nie jesteśmy w stanie obalić czy wykluczyć bez wątpliwości, powinniśmy traktować ją jako dopuszczalną. I chwała zespołowi Antoniego Macierewicza, że mimo ataków rozmaitych „uconych”, „naukawych” i „ałtorytetów” nie lekceważy wątpliwości.

Wszak w tej tragedii zginęła część polskiej elity państwowej, politycznej, wojskowej. Żadnego tragicznego zdarzenia nie wolno wyjaśniać byle jak, ale tego zdarzenia tym bardziej. Szkoda, że zamiast pomocy organów państwa pracom zespołu Macierewicza towarzyszy zmasowana nagonka mediów na obcym żołdzie. Szkoda, że od śledztwa odsuwani są prokuratorzy, którzy mieli odwagę zwrócić się po pomoc międzynarodową, m.in. do Amerykanów. Czy tej pomocy władze polskie nie chcą? Czy nie chcą zdjęć satelitarnych mogących pomóc w wyjaśnieniu tragedii? Czy może tylko nie chcą ich ujawnić? Ale skoro prawda o Zbrodni Katyńskiej przebiła się do publicznego obiegu, choć trzeba było na to czekać 50 lat, miejmy nadzieję, że i prawda o smoleńskiej tragedii także doczeka się – i to znacznie szybciej – pełnego ujawnienia. Bo najważniejsza i najciekawsza jest prawda.

Michał Siwiec-Cielebon

Źródło: portal Wadowice24.pl/ fot. Marcin Płaszczyca.